72. Wanna

Karolina patrzyła na swoje nogi wystające z wody w wannie. Szczupłe uda i kolana tworzyły dwie jasne wyspy ponad taflą. Dziewczyna powoli zanurzyła ramiona. Poczuła nieprzyjemne szczypanie na całej powierzchni ciała. Było jej zdecydowanie za gorąco, ale postanowiła na razie nie odkręcać zimnego strumienia. Wiedziała, że po jakimś czasie to wrażenie minie, ciało się rozluźni. 

Do końca projektu konserwacyjnego zostały cztery tygodnie. Kiedy minął szalony sylwester, cała ekipa wesołych pracowników wróciła na rusztowanie i w kościele znów odezwały się odgłosy odkurzacza zbierającego pył, szlifowania białych dekoracji, nawoływania z różnych pięter konstrukcji żeby podać jakieś narzędzie, o którym się zapomniało albo kubek z czystymi pędzlami. Po wizycie we Freiburgu razem z Hanką Karolina wróciła do klasztoru dumna i nieco obolała. Z nowymi tatuażami na rękach i portfelami chudszymi o parę dobrych euro obie pokazywały wieczorem przy kolacji dzieła tatuatora z ciemnej uliczki. 

– Teraz możesz czuć się bardziej… Cygańsko. Podróżniczo – podsumował Theo, opierając głowę na chudych ramionach. – Masz na ręce wskazówkę, gdzie cię serce niesie.

Jednak Karolina nadal nie czuła, że wie, gdzie prowadzi ją dalsza część jej własnej opowieści. Kilka miesięcy wcześniej słuchała rozedrganego głosu Gosi, która przemierzając Bałkany szukała odpowiedzi na najważniejsze pytania. Rzucona w wir radosnego podróżowania Małgorzata Swadźba dowiedziała się wiele o sobie, aż w końcu wróciła do Torunia i po niedługim czasie na powrót odnalazła swoje miejsce w życiu. Karolina za to w pogoni za miłością straciła energię oraz cel. W jakimś sensie jej wyjazd do Niemiec okazał się przedłużeniem czasu studiów, co na każdym kroku swoim zachowaniem podkreślali jej koledzy i koleżanki z rusztowania. Wśród codziennych śmiesznostek i zwykłej, nużącej pracy mieli czas na filozoficzne rozmowy, zwiedzanie okolicy, bitwę na śnieżki, wspólne piwo, herbatę czy głupie filmy. Obserwując swoich polskich znajomych przez media społecznościowe Karolina czuła się jak beztroski dzieciak – co chwilę na ekranie jej smartfona pojawiały się zdjęcia pierścionków zaręczynowych, mieszkań kupionych na kredyt albo słodkie buzie dzieci. 

Zanurzona po szyję w gorącej wodzie dziewczyna dała w końcu za wygraną. Odkręciła na chwilę zimny strumień. Po kilku sekundach chłód dotarł do jej stóp kojącą falą. Odetchnęła. 

“Czy muszę już wiedzieć, o co mi chodzi? Może dobrze będzie po powrocie z tego projektu znaleźć po prostu następny?” – myślała.

Tak właśnie od roku funkcjonował Kris. Skończone studia dawały mu możliwość pracy w zawodzie, ale zdecydowanie bardziej wolał krótkie wolontariaty w ciekawych miejscach, projekty oparte na pomocy lokalnym społecznościom albo nawiązywaniu międzynarodowej sieci kontaktów. Dopóki Karolina nie porozmawiała z nim poważnie o jego życiowych priorytetach, uważała taki styl życia za pozbawiony głębszego sensu. Szli na jeden ze swoich weekendowych spacerów po okolicznych lasach, zaopatrzeni w herbatę, czekoladę i małą butelkę nalewki. Karolina nieśmiało zasugerowała, że Kris nie wykorzystuje swojego potencjału, nie zarabia na przyszłość, tylko się bawi.

– Serio tak uważasz? Że zmarnowałem ostatni rok? – zapytał lekko rozbawionym tonem. Śnieg skrzypiał pod ich butami, kiedy szli leśną ścieżką. – Czy to ogólnie przyjęty model życia nie pasuje do moich decyzji?

– Nie wiem, co dokładnie mi nie pasuje – odpowiedziała, omijając nisko zwieszoną, ośnieżoną gałąź buku. – Po prostu rozsądne wydaje się zaraz po studiach robić karierę, kiedy masz na to czas, kiedy masz dużo siły, nie znalazłeś jeszcze życiowej partnerki, dla której z wielu rzeczy trzeba rezygnować, twoi rodzice są zdrowi i sprawni i nie musisz ich na razie wspierać…

Kris zatrzymał Karolinę wyciągając ramię w bok. Położył palec na ustach. Kilka kroków przed nimi pomiędzy pniami drzew przesuwały się brązowo-szare kształty. Dopiero po chwili Karolinie udało się wypatrzyć wielkie oczy, chude nogi i białe zady saren. Powoli, uważnie, pięć zwierząt przeskoczyło przez ścieżkę, obdarzając ich krótkim spojrzeniem. Kiedy znikły za kurtyną ośnieżonych gałązek, dziewczyna zwróciła wzrok na Krisa. Chłopak z iskrami w oczach wpatrywał się dalej w miejsce, gdzie przed chwilą zniknęły zwierzęta. 

– Piękne, co?

– Aha.

– Ja naprawdę nie wiem, jak można nawet pomyśleć o strzelaniu do nich.

Ruszyli dalej. Chłopak wyciągnął z plecaka czekoladę i poczęstował Karolinę.

– Powiedziałaś, że rozsądne jest według ciebie rzucić się w wir dorosłości, ciężko pracować i tak dalej, prawda? 

– Tak mi się wydaje. 

– Ja właśnie dlatego robię coś zupełnie odwrotnego – uśmiechnął się. – Na poważne decyzje, uwiązanie się do jednego miejsca przyjdzie jeszcze czas. Poznałaś mnie trochę lepiej, więc  wiesz, że to nie wynika z lekko myślności. W moim wypadku jeżdżenie z projektu na projekt nie zaspokaja jakiejś niespokojnej potrzeby, fascynacji zmianą. Może w tym co teraz powiem wyczujesz nawet lekki weltschmerz… – zatrzymali się pod ogromnym świerkiem. Patrząc na niego Kris mówił dalej. –  Zanim dorosłość mnie dopadnie z całą swoją paletą złośliwych, dołujących zagrywek, mam szansę poznać Europę od trochę bardziej beztroskiej strony. Nowi ludzie i miejsca niesamowicie mnie ciekawią, choć żadna ze mnie dusza towarzystwa. Skoro i tak pewnego dnia utonę w tej smutnej zupie, to teraz chcę czerpać z moich możliwości pełnymi garściami. Rozumiesz?

Karolina głęboko odetchnęła mroźnym powietrzem. 

– Rozumiem. Tylko nie wiem, czy my w Polsce możemy sobie pozwolić na taki luksus. 

– To nie luksus – uśmiechnął się Austriak. – To indywidualny wybór. 

Kiedy wracali do klasztoru, powietrze jeszcze bardziej się ochłodziło. Zziębnięci postanowili przebiec ostatni kawałek przez zaspy i wpadli na teren pod kościołem zdyszani, z nosami czerwonymi z zimna. 

– Marzę teraz o wannie gorącej wody – Kris otworzył drzwi wejściowe do budynku, w którym spali. – Chyba zaraz tam wskoczę.

– Macie wannę w pokoju? – zdziwiła się Karolina. Otrzepała buty ze śniegu i weszła w ciemność korytarza. – Myślałam, że w każdym jest prysznic. Zresztą, ja bym z wanny nie zrobiła wielkiego użytku. Nigdy jej nie miałam i nie rozumiem przesiadywania w tylu litrach wody.

Kris z teatralnym zdumieniem aż przetarł okulary. 

– Niemożliwe! Nigdy nie leżałaś w wannie? Nie czytałaś w niej? Zero relaksu?

– Nie.

Pokręcił głową. Ruszyli schodami do góry.

– To musisz to zrobić dzisiaj.

– Ale jak to? – Karolina roześmiała się. 

– No musisz, mówię ci. To najlepsze miejsce do myślenia. Skoro do końca projektu zostały nam tylko cztery tygodnie, a potem chcesz się poświęcić robieniu zawodowej kariery bez żadnych rozrywek czy zabaw, przed powrotem powinnaś zrobić jeszcze mnóstwo nowych rzeczy – zapał w głowie chłopaka był tak zaraźliwy, że Polka po krótkiej chwili zgodziła się spróbować dobroczynnego wpływu wanny na zziębnięte ciało. – Bierz ręcznik i płyn do kąpieli i przychodź do naszego pokoju jak najszybciej. 

Godzinę później Karolina nadal nie rozumiała tego fenomenu. Choć jej organizm przystosował się do gorącej wody, zanurzona po szyję obserwowała swoje ciało pod taflą ze sceptyczną miną. Może po prostu nie umiała się rozluźnić, nie tylko po spacerze, ale również życiowo? Może jej problemem wcale nie był brak wytyczonej sztywno ścieżki kariery, ale wewnętrzne ciśnienie, by zrobić to idealnie, jak najszybciej, bez wprowadzania poprawek?

To jedno musiała przyznać: podobała jej się koncepcja poświęcenia ostatnich dni pobytu w Szwarcwaldzie na próbowanie nowych rzeczy. Miała już pamiątkę w postaci tatuażu, którego zdjęcie z radością wysłała do przyjaciółek w Toruniu. Zdecydowanie podszkoliła swój niemiecki, a także umiejętności manualne potrzebne przy dbaniu o zabytki. Noc spędzona ze zwariowanymi właścicielami kamperów na przełęczy sprawiła, że gdzieś z tyłu głowy zagnieździł jej się pomysł na kolejne przygody w trasie. Ze wstępnych wyliczeń dokonanych w pamięci wynikało, że udałoby się stary samochód taty przerobić na taki wyprawowóz. Zwykła tygodniowa praca oraz weekendowe wyprawy mogły być alternatywą dla całkowicie cygańskiego stylu życia. Wyobraziła sobie każdy szczegół swojego przyszłego vana: jego wnętrze, turystyczny sprzęt zlokalizowany pod materacem do spania, polową kuchnię wysuwaną na szynach i śliczne lampki wiszące nad głową. Aby zrealizować pierwszą fazę swojego nowego planu nie musiała nawet rzucać wszystkiego i jechać w Bieszczady, bo Sudetom jako górom przecież niczego nie brakowało, a dzikich miejsc znała w nich na pęczki.

Wychodząc z wanny miała już w głowie wstępną listę kolejnych nowych doznań do odkrycia. Ponieważ chciała natychmiast podzielić się nią z Krisem, niedbale owinęła ręcznik wokół ciała, wyszła z wanny na zimne kafelki i bez ostrzeżenia otworzyła drzwi do łazienki.

– Wiesz, to jednak był świetny pomysł, żeby…

Urwała w pół słowa. 

Przy biurku w pokoju siedział Calin, równie zaskoczony sytuacją, co Karolina. 

– O rany, myślałem, że to Kris tam siedzi – chłopak udawał, że nie patrzy na odsłonięte, mokre ciało koleżanki. 

– A ja nie wiedziałam, że ty tu jesteś, sądziłam, że Kris… To ja tam wrócę.

Szybko wskoczyła z powrotem za drzwi łazienki. Spojrzała w lustro. Parsknęła nerwowym śmiechem i poklepała się po czole, mrucząc pod nosem inwektywy na własny temat. “No to do listy nowych doświadczeń mogę dopisać kolejną – pomyślała. – Od dziś na sto procent zostanę obiektem plotek na temat romansu z Austriakiem.”

 

71. Nie skakaliśmy z radości

Sowa zaciągnęła się papierosem, ostatnim z limitu trzech dziennie, który narzuciła sobie rok temu. Jej sypialnię wypełniał półmrok oraz muzyka dochodząca z głośników. W górę ponad łóżko na którym leżeli razem ze Stanisławem, uniosła się strużka dymu. Zapach tytoniu podrażnił nozdrza i dotarł do zakamarków w umyśle mężczyzny, które natychmiast przypomniały mu o dawnym nałogu.

– Może zastanowisz się nad rzuceniem? – powiedział miękko.

– Zastanowię się. Pewnie to nic w moim życiu nie zmieni, ale zastanowię się.

Sowa wyciągnęła dłoń w stronę popielniczki ustawionej na stercie książek przy poduszkach. Zazwyczaj nie paliła nigdzie indziej, niż przy oknie lub na balkonie w kuchni, ale dziś wyjątkowo czuła przyciąganie łóżka, jego zawiłą, niewytłumaczalną grawitację. 

Stanisław westchnął ciężko. Spojrzał na zegarek, w ciemności błysnęła na niebiesko tarcza elektronicznej opaski na rękę.

– O której jedziesz? – zapytała Sowa.

– Godzinę temu.

Dziewczyna odwróciła się powolnym ruchem w stronę mężczyzny. Oparta łokciem o poduszkę czuła się mało stabilnie, bo rękę z papierosem starała się trzymać poza zasięgiem pościeli przykrytej kocem.

– To znaczy, że będziesz nadrabiał na trasie?

Stanisław wpatrywał się w sufit z uśmiechem czającym się w kącikach ust. Długo nie odpowiadał na pytanie. Sowa ponagliła go uniesieniem brwi.

– Będę jechał bezpiecznie. Nie martw się.

Aleksandra paliła dalej swojego ostatniego papierosa i przyglądała się, jak półmrok zaciera maleńkie zmarszczki wokół oczu i ust Stanisława. Zdawało jej się, że dopiero co przyjechał na Chopina przed Wigilią. Nie do końca wiedziała, na czym spędzili cały ten czas. Być może na wspólnym sprzątaniu strychu? Na pewno oglądali razem filmy i na zmianę zasypiali sobie nawzajem na ramionach albo udach, w zależności od wybranego tytułu. Kochali się też w blasku świec, choć namiętność wcale nie odegrała tego wieczoru głównej roli. Ledwie zaczęli zanurzać się w tajemnice swoich zmysłów, przerwała im zazdrosna Bajka z całym arsenałem kocich zachowań. Przewróciła dwie zapalone świeczki, zaczęła szaleńczo biegać i skakać po pokoju, a wyrzucona za drzwi sypialni przeraźliwie miauczała. Stanisław śmiał się i mówił, że muszą przyzwyczajać kota do takich sytuacji, ale Sowie jakoś nie było do śmiechu. Nie wiedzieć czemu, straciła po kocich harcach cały dobry nastrój.

– Kiedy znów przyjedziesz? 

Stanisław niespiesznie odwrócił głowę w stronę Aleksandry. Dłonią dotknął jej przedramienia i w zamyśleniu przesuwał palcem po odsłoniętej skórze ręki. 

– Właściwie, to mógłbym zaraz wracać do Torunia po tym wyjeździe, ale mam do ciebie inne pytanie. Jest ważne. Być może zadane za wcześnie zepsuje to, co między nami, ale co mi tam. Ufam ci, jak nikomu. 

– Tak? Co to za pytanie? – Sowa przymknęła powieki, czując delikatny dotyk palców mężczyzny na swoim przedramieniu. 

– Jak myślisz, mógłbym tu zamieszkać? 

Dziewczyna otworzyła oczy. Zaciągnęła się papierosem. Zgasiła go w popielniczce precyzyjnym, powolnym ruchem.

– Nie wiem – spojrzała na Stanisława uważnie. – A chciałbyś?

– Może to duża prośba, może wczesna – mężczyzna przestał gładzić przedramię dziewczyny i chwycił ją za dłoń. Miał ciepłe, suche palce, a ręka Sowy ginęła w jego dużej dłoni. – Powiedz mi po prostu, co o tym myślisz. Plusy są takie, że dużo częściej możemy się wtedy widywać. Jeśli nie czujesz się przekonana – dodał po chwili, gdy Sowa nadal milczała – możesz po prostu przemyśleć to kiedy będę w pracy, a za tydzień dasz mi znać. 

Aleksandra patrzyła na ich dłonie. Otulone półmrokiem i muzyką, leżące nieruchomo na kocu, wyglądały jak jedność, co bardzo jej się spodobało. 

– Mój dom zawsze był otwarty dla ludzi – powiedziała w końcu. Odszukała wzrokiem oczy Stanisława i bardzo poważnym tonem dokończyła: – Ale ty chcesz nie tylko zamieszkać w moim domu, skoro mnie o to pytasz. Prawda?

– Nie tylko. 

Piosenka płynąca z głośników skończyła się. Przez chwilę Aleksandra miała wrażenie, że resztki dźwięków oraz echo ich słów płyną powoli w powietrzu jak dym, jak kurz w słońcu. Wsiąkły w jej pokój pogrążony w ciemności. 

– Pomyślę o tym.

Continue Reading

70. Ogólnie pojęta samotność

Karolina pociągnęła spory łyk grzanego wina z kubka, który przed chwilą wręczył jej Kris. Mroźna pogoda utrzymywała się w Szwarcwaldzie od tygodnia, cienka warstwa śniegu pokrywała wszystko wokół: świerki, drogi, daszki jarmarcznych budek ustawionych wokół kamiennego filaru. Stojąc pod wielkim wiaduktem kolejowym, łączącym dwie ściany wąwozu, Karolina poczuła się nagle malutka i przytłoczona. Wzrokiem odszukała pozostałą część ekipy. Wszyscy uczestnicy konserwatorskiego projektu wybrali się w ostatni weekend przed wigilią na legendarny świąteczny jarmark w Ravennaschlucht.

 Radosny śmiech Hanki dobiegł od strony stoiska z bardzo brzydkimi ludowymi wyrobami.

– Kupię to mojej ciotce – machała drewnianym aniołkiem o wykrzywionej twarzy. – Ona zawsze ma taką minę, jak mnie widzi. 

– Strasznie to drogie, ale pyszne – zza lewego ramienia Karoliny wynurzył się Calin z naręczem miejscowych wędlin i dwoma słoikami czegoś, co na pierwszy rzut oka przypominało miód, ale równie dobrze mogło być morelowym dżemem. – Byłem chyba na wszystkich stoiskach, gdzie są degustacje. Najgorsze, że też kupiłem wszystko…

– Ale masz jeszcze na bilet powrotny, co? – rozweselona Irene machnęła w jego stronę pustym już kubkiem po grzańcu. – Wydaje mi się, że potrzebujemy uzupełnić płyny. 

Karolina niespiesznie podążała za nimi i dopijała resztki swojego wina. Pod wielką choinką obsypaną szczodrze światełkami kłębił się leniwie tłum ludzi. Gdzieś pomiędzy innymi dźwiękami, muzyką, stukotem kół pociągu przejeżdżającego na górze, słyszała głównie niemiecki, ale dało się też rozpoznać inne języki. Bywała nie raz na jarmarku we Wrocławiu – kolorowym, tłumnym, gwarnym i pełnym zapachów – ale ten w Szwarcwaldzie miał zupełnie inny klimat. Ściśnięte w wąwozie sklepiki oraz kramy sprawiały wrażenie naturalnie wyrosłych z ziemi, a nie postawionych na początku grudnia zgodnie z planem lokalnych przedsiębiorców. W kilku miejscach wokół choinki paliły się ogniska, przy których zmarznięci ludzie ogrzewali stopy, patrzyli na siebie z radością i śmiali się pijąc grzaniec. Dzięki mniejszej skali całość była bardziej przytulna, a zamiast agresywnej muzyki gdzieś niedaleko Karolina usłyszała znajomą melodię, przebijającą się przez rozmowy ludzi.

Dziewczyna ruszyła w stronę, skąd dobiegały dźwięki.

“I wish I had a river I could skate away on”…

Stanęła pomiędzy ciepłem jednego z ognisk a budką, gdzie zamontowany był głośnik. Wsłuchała się w melodię tak uważnie, że odcięła od niej w głowie pozostałe dźwięki. Ledwie zamknęła na chwilę oczy, pomyślała o tym, że w Toruniu Wisła na pewno tak jak zawsze przepływa pod mostem. Ciemna woda wiruje, sunie w dal bez zatrzymania, nieubłaganie prze naprzód. Rozedrgane światła i panorama miasta delikatnie drżą, odbite od tej wodnej masy. Nad Toruniem na pewno ciemnieje teraz taka sama noc, jak tutaj. A rzeka płynie i płynie. Nic jej nie zatrzymuje, nic jej nie przeszkadza, ona tylko powoli toczy swoje wody i gdyby jej zabrakło, cały Toruń nie miałby sensu. 

Pomyślała ciepło o Sowie i Gosi, które prawdopodobnie jeszcze dzisiaj biegają i załatwiają wszystko co konieczne, by święta odbyły się zgodnie z ich planem. Mama w domu w Szklarskiej Porębie na pewno też szaleje z porządkami i zakupami, tata się na nią denerwuje i mówi, że święta i tak przyjdą. Uśmiechnęła się smutno, otworzyła oczy. 

– Karolina, tu jesteś! – uśmiechnięty Kris z zaczerwienionymi policzkami nagle pojawił się obok. – Co tak się zamyśliłaś?

– Tęskno mi. 

Continue Reading

69. Śnieg

Gosia zdjęła słuchawki i powiesiła je sobie na szyi. W przytłumionym świetle lampki stojącej na radiowym biurku zobaczyła, jak Igor rozkłada ręce w geście zrezygnowania. Dziewczyna pokręciła głową.

– Serio?

– No nic na to nie poradzę!

– Igor. Serio? – nachyliła się w stronę monitora i przeczytała dwa wersy piosenki, która wygrała konkurs na świąteczny hit. – “Śniegu padaj, padaj śmiało, ale tutaj cię nawiało”? Czy lepsze jest “Przytul się do mnie mój kocie, nie siedź dziś tyle w robocie, bo Święta, Święta, Święta”?

– Taką piosenkę wybrali nasi słuchacze. Nic nie poradzę na to, jakich mamy słuchaczy.

Redaktor napił się kawy  ze swojego kubka. Z premedytacją unikał wzroku młodszej koleżanki. Poprawił dłonią maleńkie bombki na ich mikro choineczce, stojącej pomiędzy monitorami.

– No trudno. Albo grubo, albo wcale – Gosia z powrotem założyła słuchawki, widząc, że zbliża się czas na jej wejście. Ostatnie nuty świątecznej piosenki wwierciły się w jej uszy dźwiękiem kiczowatych, elektronicznych dzwoneczków. – To była zwyciężczyni naszego konkursu, Zuza Woźniak. Możecie być pewni, że jej “Kochany Mikołaju” zabrzmi jeszcze nie raz na naszej antenie. Śnieg również prawdopodobnie pojawi się dziś w naszym mieście, więc jest czego wypatrywać. Prawdziwa zima jeszcze tego popołudnia może dać się nam we znaki. A teraz wszyscy kierowcy, proszę was o uwagę, bo Bartek ma już dla was najnowsze informacje na temat korków na toruńskich drogach. 

Czerwona lampka nad jej głową na chwilę zgasła, kolega z sąsiedniego studia przejął głos. Gosia znów zdjęła słuchawki i spojrzała na Igora z wyczekiwaniem. Wpatrywał się w ekran swojego monitora, czytając wypowiedzi słuchaczy na radiowej stronie na Facebooku.

– “Szybko wręczaj nam prezenty, nie bądź znowu taki święty, Mikołaju, Mikołaju, Mikołaju?”

– Gosieńko! – zneicierpliwiony śmiech Igora wypełnił studio nagraniowe, ale natychmiast zmiękł, wtapiając się w ciemne gąbki na ścianach. – Jak masz ochotę pracować dla jakichś wyższych celów kulturalnych, to mamy jeszcze w tym mieście galerie sztuki, teatr i całkiem sporą uczelnię. Trzeba było znaleźć inną pracę, niż paplanie co rano w regionalnej rozgłośni dla zwykłych ludzi. 

Młoda dziennikarka machnęła ręką.

– Dobra. Dopóki nie muszę publicznie na antenie przyznać, że ta piosenka jest cudownym, ciepłym hitem i bardzo mi się podoba, to nie ma problemu. Nie będę przecież nawet przeprowadzać wywiadu z tą Zuzą.

Igor o mało nie zakrztusił się pitą właśnie kawą. Bez słowa, powolnym ruchem odstawił kubek na blat biurka. Gosia rzuciła okiem na jego zachowanie i po złośliwym uśmieszku czającym się w kącikach ust poznała, że wpadła jak śliwka w kompot. Jeśli jeszcze nie została oddelegowana do tego zadania, to na pewno będzie. 

– Jesteś potworem – powiedziała z przekonaniem. Widząc, że zaraz znów wchodzą razem na antenę, założyła słuchawki i dodała: – Będziesz się smażył w tym kręgu piekła, gdzie w kółko puszczają durne świąteczne piosenki.

 


Manewr z nalewką zaproponowany przez mecenasa Dobkowiaka w pierwszej fazie negocjacji nie przyniósł pozytywnego skutku. Sowa porozmawiała co prawda ze swoją sąsiadką o starych czasach, powspominały dziadka z czułością, ale nie udało jej się dogadać w sprawie dokumentów własności mieszkania. Nawet nie dotarły do tego tematu. Starsza pani mimo mizernej postury miała mocną głowę, a odzwyczajona od picia Aleksandra jeszcze przez dwa dni po wizycie na Rubinkowie u siostry pani Mularczyk reagowała odruchem wymiotnym na samo wspomnienie słowa “alkohol”. Na domiar złego dziś robotnicy na strychu piłowali, pukali, walili, stukali, wiercili i nie zamierzali przestać aż do popołudnia. Jako właścicielka lokalu i ich pracodawczyni mogła co prawda powiedzieć im, że mają fajrant aż jej przejdzie ból głowy, ale nie chciała powodować kolejnego dnia opóźnienia w kalendarzu prac nad stworzeniem hostelu.

 Remont bardzo mozolnie szedł naprzód. Wchodząc teraz na strych można było wyróżnić konkretne pomieszczenia, zlokalizować łazienkę, spojrzeć na światła miasta przez nowe okna. Nerwy Sowy nie spuchły na szczęście od dyrygowania tą orkiestrą majstrów – wynajęta firma solidnie zajmowała się każdym zadaniem, a nadzorujący ludzi pan Witek nie miał żadnej wady oprócz kompulsywnego palenia papierosów i seplenienia. Aleksandra nie wiedziała jak pracownicy z grupy remontowej są w stanie go zrozumieć. Zanosiło się na to, że przed świętami uda się zamknąć ostatni etap remontu i zostanie tylko to, co Sowę przerażało i ekscytowało jednocześnie: urządzanie wnętrza. 

Sowa akurat siedziała w kuchni pilnując gotującego się rosołu, z laptopem otwartym na stronie z roletami okiennymi, gdy wściekła jak osa Gosia wróciła do domu po pracy. Głowa jeszcze trochę bolała Aleksandrę, więc dodatkowy tajfun emocji przechodzący z hukiem przez korytarz nie był dla niej niczym przyjemnym. 

– Co za podły pacan! Idiota dyplomowany!

– Cześć, Gosiu – rzuciła w stronę wejścia.

– Bałwan okropny, wredny orangutan! – z korytarza dobiegł dźwięk spadającej z szafki torebki. – Aaaa, nienawidzę tego dnia! Jestem głodna, zmarznięta i jeszcze muszę za godzinę jechać do tej idiotki, która ani nie umie śpiewać, ani pisać tekstów!

Młoda dziennikarka weszła do kuchni po kilkunastu sekundach rzucania rzeczy w korytarzu. Przyjrzała się przyjaciółce zatopionej w oglądaniu kolorowych zasłon. Uniosła podbródek w górę, zaczęła węszyć, w końcu jej wzrok padł na garnek czerwieniący się na kuchence.

– Rosół? – zapytała z nadzieją.

– Tak, będzie za jakieś pół godziny. Chyba zdążysz zjeść.

Dziewczyna ciężko usiadła na krześle naprzeciwko Sowy. W ciszy było słychać jedynie jakieś pukanie na strychu, a pomiędzy tymi dźwiękami kroki ludzi na klatce schodowej. Gosia westchnęła głęboko.

Sowa oderwała na chwilę wzrok od komputera.

– Dzisiaj ma przyjechać Stanisław – powiedziała.

– O, faktycznie. To już? – brunetka pokręciła głową z niedowierzaniem. – Grudzień to prawdopodobnie najkrótszy miesiąc w roku. Nie mam pojęcia, kiedy to minęło. 

– Ja też.

– Cieszysz się, że Staś będzie tu na dłużej?

Aleksandra uśmiechnęła się. Trudno było jej znaleźć słowa, bo gotowość na jego przyjazd w zmiennych proporcjach mieszała się w niej z obawą. Pozwalała sobie czasem wybiegać myślami w przyszłość, ale trzymała je wszystkie na rozsądnej smyczy – bez przesadnego hasania po zrealizowanych marzeniach. 

– Co będzie, to będzie – odpowiedziała w końcu. 

Obie przyjaciółki w milczeniu siedziały przy kuchennym stole, każda zanurzona we własnych myślach. Po dłuższej chwili Sowa wstała, żeby doprawić rosół. 

– O, pada śnieg – uchwyciła kątem okna płatki wirujące za oknem. – Twoje radio nie kłamało.


– Sowa, Sowa. Obudź się.

Stanisław potrząsnął delikatnie ramieniem dziewczyny, która ubrana w pasiastą piżamę spała mocno pod kołdrą. Przez chwilę nie mogła zrozumieć co się dzieje i dlaczego jakiś wielki facet zimną ręką dotyka jej we własnym łóżku. W ciemności wypatrzyła łysą głowę.

– Obudź się, no dalej!

– Stasiu – wymamrotała Aleksandra. Sięgnęła po leżące na nocnej szafce okulary. – Jesteś wreszcie.

– Musisz się ubrać, wystarczy kurtka – podekscytowany Stanisław uśmiechał się znad szalika. – Obiecuję ci, że nie będziesz żałować. 

– Teraz? – Sowa spojrzała na swój telefon, żeby sprawdzić godzinę. – Jest środek nocy.

– Właśnie! Teraz jest najlepiej!

Dziewczyna z niechęcią spojrzała w stronę okna. Pomarańczowa łuna od kilku godzin tworzyła tło dla dachów starego miasta, ale zdawało się, że śnieg już nie pada. 

Stanisław podał Sowie sweter leżący na krześle obok łóżka.

– Nie wiem, co kombinujesz – odpowiedziała dziewczyna. – Ale jeśli zmarznę i będzie mi źle, to nie wracasz na Chopina, tylko nocujesz w aucie.

Mężczyzna dalej z uśmiechem popędzał ją, żeby się ubierała. Zeszli na dół, otworzył jej drzwi swojego samochodu. Dopiero po chwili Sowa zorientowała się, że wokół jest dość jasno jak na trzecią w nocy – puszysta warstwa śniegu pokrywała całe miasto. Nienaruszona i dziewicza upiększała wszystko: chodniki, dachy, drzewa, przystanki, auta. Ruszyli spod kamienicy na Chopina po pokrytej bielą drodze.

– Ale jest ślicznie – powiedziała Sowa, gdy mijali Plac Rapackiego i zawracali w stronę Bydgoskiego Przedmieścia. – Dokąd jedziemy?

– Na górkę.

Kilka minut później Sowa wysiadła z samochodu prosto w puchaty, biały dywan przy wejściu do parku. W świetle latarni wydawało się, że śnieg jest różowo – pomarańczowy. Gdzie tylko sięgnęła wzrokiem, skrzyła się kołderka z mroźnych płatków. Aleksandra popatrzyła krytycznie na swoje niezawiązane buty, z których wystawały spodnie od piżamy. Usłyszała, że Stanisław zatrzasnął bagażnik. Kiedy odwróciła się w jego stronę, stał przy aucie szeroko uśmiechnięty, a w ręce trzymał sznurek od drewnianych sanek.

– Siadasz?

Sowa szczerze zdumiała się na ten widok.

– Boże, nie wiem, kiedy ostatni raz byłam na sankach.

– To zapraszam.

Od miejsca, gdzie zostawili samochód, aż do szczytu parkowej górki Aleksandra milczała i w zachwycie chłonęła zimowy krajobraz. Staś ciągnął sanki, szedł przodem. W ciszy nocy słychać było tylko skrzypienie śniegu pod jego butami i ślizganie się metalowych płoz po zasypanym chodniku.

Dojechali. Mężczyzna usiadł za Sową na sankach, które natychmiast przechyliły się do przodu. W akompaniamencie radosnych pisków i krzyków zjechali w dół, kończąc oczywiście w głębokiej zaspie. Otrzepali się, podbiegli na szczyt górki i zjechali jeszcze raz. Potem jeszcze raz, zawsze kończąc na boku, plecach, brzuchu albo twarzy. Ich zabawa wytyczyła w nienaruszonej niczym, białej połaci nieregularne ścieżki, po których z zapałem wspinali się znów do góry. Sowa z zadyszką ciągnęła sanki, kiedy poczuła, że Stanisław chwycił brzeg jej kurtki i próbuje ją przewrócić. Broniła się zaciekle, ale nie miała z nim szans – po chwili oboje leżeli na ziemi, cali w białym zimnym puchu. Mężczyzna patrzył z zachwytem na czerwony z zimna nos Sowy, jej mokre rękawiczki i okrągłe okulary, w których odbijało się światło latarni.

– Dzięki, że jesteś – powiedział miękko, a w powietrze uniósł się obłoczek pary.

– Jeszcze raz! – zawołała Sowa. Jednym ruchem ciała podniosła się z ziemi.  Niedbale otrzepała kurtkę ze śniegu. – No dalej, kto ostatni na górze, ten jutro robi śniadanie.

 

68. Aż do śmierci

Sowa patrzyła w zamyśleniu na gałęzie sosen nad swoją głową. Ciemne na tle jasnoszarego nieba chwiały się powoli, jakby tańczyły w zwolnionym tempie do szalejącego w ich koronach wiatru. Na szczęście na ścieżce nie był aż tak silny.

– Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam w lesie – powiedziała dziewczyna, wciskając zmarznięte ręce głęboko do kieszeni kurtki. 

– Ja staram się być codziennie – odpowiedział mecenas Kamil Dobkowiak wesołym tonem. – Przez tę szaloną, niewybieganą… No właśnie, gdzie ona zwiała? Nela!

Brązowa, smukła sylwetka psa wystrzeliła z pobliskich krzaków w stronę swojego właściciela. Zahipnotyzowana wpatrywała się w trzymaną przez Kamila piłkę. Machając ogonem Nela uderzała co chwilę o nogę Sowy, co bolało tak mocno, jakby ktoś bił ją w udo napiętą liną albo cienką listewką. W końcu po wykonaniu komendy mecenas rzucił psu piłkę. Suka w niewiarygodnym tempie pognała przed siebie.

– Nawet bym cię przeprosił, że się tym razem nie spotykamy w kancelarii, ale chyba mi tu nawet lepiej, niż w centrum miasta. 

– Dopóki zawozisz mnie i odwozisz na Chopina, możemy jeździć do lasu na każde spotkanie.

– Oho, zapamiętam! – Kamil roześmiał się. Jeszcze raz rzucił podekscytowanemu psu piłkę. – A przechodząc do meritum… Jednak mamy na naszej drodze ku świetności pewną przeszkodę. Pani Mularczykowa spod dwójki nie chce się zgodzić na nasze warunki. 

– Mularczykowa? – Sowa w zdumieniu spojrzała na prawnika. – Przecież ona od kilku lat u nas nie mieszka. Wyprowadziła się do siostry, na Rubinkowo. 

Mecenas wzruszył nieznacznie ramionami. 

– Nie mieszka, ale formalnie uważa się za właścicielkę lokalu. Dała mi wyraźnie znać, że nie zamierza tej sprawy załatwiać pokojowo. 

Przez chwilę szli w milczeniu, a pod ich stopami trzaskały suche gałązki. Wśród szelestu liści ze ścieżki po prawej stronie wyłonił się zdezelowany rower. Starszy pan majestatycznie pedałował dalej, nie zwracając uwagi na psa, który kilka razy szczeknął na niego ostrzegawczo. 

– No dobrze, czyli co z tym robimy? – zapytała Sowa. – Mam siedzieć i czekać na jakieś kroki prawne, które podejmiesz, czy mam zadzwonić do niej i wyjaśnić, co się wydarzyło?

Kamil przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią. Wesoły wyżeł biegał w tym czasie wokół jego ręki i szczekał, żeby ponownie rzucić mu piłkę. 

– Najlepiej chyba będzie zacząć od zwykłego telefonu. Macie jakieś wspólne wspomnienia z przeszłości? Czy ona znała twojego dziadka?

– Tak, znała – dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem. – Jako banda dzieciaków robiliśmy sobie z niej żarty i dzwoniliśmy do jej drzwi bez powodu. Potem oczywiście uciekaliśmy. Kiedyś ktoś jej nawrzucał patyków do skrzynki na listy, bo nas goniła jak graliśmy w piłkę. Dziadek po takich akcjach szedł do niej na ugodę ze swoją wiśniową naleweczką. 

– O, proszę. Jest o co zahaczyć. Nela, NIE! – spokojną wymianę zdań przerwała wydana ostrym tonem komenda. Kiedy mecenas upewnił się, że pies porzucił wąchanie sarnich bobków, ponownie podjął temat. – W takim razie proponuję ci wybranie się do niej z naleweczką. 

– Okej. A jak to nie pomoże?

– Spotkamy się na kolejnym spacerze, porzucasz Neli piłkę i przygotujemy parę nudnych pism, wzywających panią Mularczykową do opamiętania się. 

– Brzmi jak plan.

Nela przyniosła piłkę prosto w ręce Sowy. Obśliniona, gumowa kulka dotknęła dłoni dziewczyny, a ta skrzywiła się z niesmakiem. Popatrzyła w brązowe, radosne oczy psa i westchnęła z rezygnacją. Mocniej chwyciła śliski przedmiot, rzuciła go daleko pomiędzy drzewa. Nela ruszyła jak strzała, wzbijając małą chmurkę suchych liści w powietrze. 

– A mówiąc o planach… Widzimy się dzisiaj na wieczornym graniu?

– Chciałabym, ale chyba nie – Sowa wycierała ręce w ostatnią czystą chusteczkę. – Dopiero po południu może przyjść elektryk, więc nie wiem do której będę uziemiona. Takie tam sprawy do załatwienia, rozumiesz.

Mecenas Dobkowiak wypatrzył nadbiegającego spomiędzy drzew psa. Rzucił się ku niemu, aż poły eleganckiego płaszca zafurkotały w powietrzu. Udało mu się dopaść Nelę i przewrócić ją na ziemię dla zabawy. Suka zaszczekała, wyślizgnęła się zręcznie z jego uścisku. Kamil zachwiał się i niemal całkowicie stracił równowagę, w ostatniej chwili podparł się ręką o ziemię.

– Boże, to dorosłe życie nas kiedyś zabije! – roześmiał się.  Continue Reading

Świąteczne Pudełko z Kryzysem

Jeszcze nie masz papierowego Kryzysu, a potrzebujesz jakiegoś pretekstu, by go zdobyć?
Chcesz zarazić kogoś czytelniczą pasją, podarować zestaw na trudne czasy?

Z radością odpowiadam na tę potrzebę! Zamów Pudełko z Kryzysem i uciesz kogoś (lub siebie) papierową książką z ilustracjami, ceramicznym kubkiem gotowym na codzienną służbę na Twoim biurku oraz naklejkami lub pocztówkami z kryzysowymi ilustracjami.

Zestaw jest uniwersalny, jeśli chodzi o wiek: nie trzeba mieć 25 lat, by go otrzymać.  Jest też unisex, bo przecież trudne czasy nie omijają nikogo.

Zamów swój Kryzys TUTAJ.

67. Orion

– Kim właściwie jest ta twoja koleżanka? – zapytał Kris, poprawiając pasek zapakowanego po brzegi plecaka.

– Ma na imię Valeria. Znamy się ze studiów, przyjechała do Polski na Erasmusa i obiecałyśmy sobie, że jeszcze się zobaczymy – Karolina odblokowała telefon. Sprawdziła jeszcze raz, czy przypadkiem nie przyszła jakaś nowa wiadomość. – Potem wróciła do Hiszpanii, pracowała na jakiejś ekologicznej farmie, jeździła po Afryce stopem i w końcu kupiła sobie vana. Teraz mieszka w nim z dwoma psami.

Kris schował zmarznięte ręce do kieszeni. Od pół godziny stali we dwoje na przystanku, robiło się coraz zimniej, a pod ponurym niebem w ciemności znikały powoli wzgórza Szwarcwaldu pokryte cienką warstwą śniegu. 

– Może coś ją zatrzymało?

– Nie wiem, nic nie pisze…

Chwilę później zza zakrętu wyłonił się żółty Volkswagen Transporter z naklejoną na masce psią łapką. Terkocząc i prychając auto zatrzymało się w zatoczce przystanku, na którym czekali Karolina i Kris. Dziewczyna podeszła do drzwi, żeby je otworzyć. Z siedzenia pasażera spojrzał na nią w dół łaciaty pies o jednym oku błękitnym, a drugim brązowym. Znad psiej sylwetki wynurzyła się dziewczyna z ciemnymi dredami.

– Wsiadajcie, szybko! 

Kris zaraz za Karoliną wspiął się na pokład żółtego wehikułu, który wydawał głośne dźwięki niezależnie od tego, czy było się na zewnątrz, czy wewnątrz. Pies zeskoczył na tył, a oboje nowych pasażerów znalazło swoje miejsce z przodu. Kris zamknął drzwi, Valeria ruszyła naprzód. 

Zwisający z lusterka łapacz snów pełen piórek i koralików poruszył się w prawo i w lewo, gdy van włączał się do ruchu.

– Coś się stało, że tak późno dotarłaś?

– O, spóźniłam się? – Hiszpanka spojrzała na zegar w desce rozdzielczej. Przepraszająco machnęła ręką. –  Miałam problem, żeby wyjechać z poprzedniego noclegu jak sypnęło śniegiem. Ale już wszystko dobrze. Droga przed nami, chmury nad nami, wszystko będzie dobrze!

– Cześć, jestem Kris – chłopak wychylił się do przodu i przywitał z uśmiechniętą dziewczyną kierującą pojazdem. – A dokąd właściwie jedziemy? Karolina tylko mówiła, że spotkać się z jakimiś ludźmi…

– Tak, jedziemy na polanę pośrodku niczego. Dokładnego adresu nie pamiętam, ale mam tu wklepany w nawigację – radość Valerii kontrastowała teraz z wyrazem twarzy Krisa. – Spotkamy się ze znajomymi, których ostatni raz widziałam w Afryce i ich rodziną. Będzie para cyfrowych nomadów z Niemiec, małżeństwo pracujące zdalnie jako obsługa IT oraz ich kuzynka z dziewczyną. One też mają psa, nie mieszkają cały rok w kamperze jak ja, ale wynajęły sobie na dwa tygodnie. Są chyba… Piosenkarkami? Nie wiem, w każdym razie zajmują się muzyką. 

– To wesoło – podsumował Kris, wpatrzony w krętą drogę wijącą się pomiędzy świerkami.

Continue Reading

66. Rozmowa z Maćkiem

Maciek położył dłoń na barierce schodów. W korytarzu oświetlonym mdłym światłem żarówki zagradzał sobą całe przejście. Spojrzał na Gosię. Udawała, że szuka czegoś w torebce.

– Porozmawiaj ze mną teraz.

Dziewczyna uniosła głowę. Zniecierpliwiona machnęła rękoma.

– Nie mam czasu, nie widzisz? Muszę iść.

– Na takie rzeczy nigdy go nie masz.

– Na jakie rzeczy.

Maciek westchnął i opuścił głowę. Dziewczyna przez chwilę patrzyła w milczeniu na wysokiego faceta, który przez ostatnie tygodnie znaczył dla niej coraz mniej. Z początku biła się z myślami, w duchu karciła za swoje zachowanie, aż w końcu przestała odpowiadać na jego wiadomości i czuć jakiekolwiek wyrzuty sumienia z tego powodu. Teraz Maciek stał przed nią nieruchomo, ubrany w zimową kurtkę z plamami od deszczu na ramionach. 

W końcu podniósł wzrok. 

Gosia miała wrażenie, że cały świat razem z nią wstrzymał oddech na kilka sekund. W koniuszkach palców poczuła lekkie mrowienie. Poruszyła dłońmi nie spuszczając oczu z Maćka, a napięcie i czas zatrzymane w powietrzu wokół nich znów zaczęły płynąć. 

– Chcesz rozmawiać teraz? – zapytała.

– Tak.

– Tutaj?

– Tak.

– Dobrze.

Dziewczyna stanęła pewniej na nogach. Zaplotła ręce na piersi. Gdzieś nad ich głowami, na remontowanym poddaszu, rozległ się warkot wiertarki. 

– To o czym chcesz rozmawiać? 

– O tym, co się dzieje między nami – Maciek lekko zmarszczył brwi. – Albo raczej co się nie dzieje. Dowiedziałem się przypadkiem od Sowy, że byłaś na jakichś Andrzejkach beze mnie.

– No i co, nie mogę iść bez ciebie na imprezę?

– Oczywiście, że możesz! Po prostu nic mi nawet o tym nie powiedziałaś. Nie widujemy się ostatnio prawie wcale…

– Jestem bardzo zajęta.

– …Bo zawsze pracujesz, musisz gdzieś iść, nie masz czasu ani ochoty na żadną aktywność, która miałaby się dziać w moim towarzystwie. Małgorzatko.

Maciek wszedł o jeden stopień wyżej. Wiertarka nad ich głowami ucichła nagle, a światło na korytarzu automatycznie zgasło. Oboje machnęli rękoma, żeby znów się pojawiło. 

– Małgorzatko… – głos chłopaka załamał się ledwie zauważalnie. – Co się dzieje?

Dziewczyna oparła się biodrem o barierkę. 

Na tak postawione pytanie nie miała gotowej odpowiedzi. Mimo, że już od jakiegoś czasu układała sobie w głowie potencjalne monologi, które miały trafić do jej chłopaka podczas trudnej rozmowy, mimo wpisywania na próbę (i potem kasowania) rozsądnych wiadomości w okienko czatu w internetowym komunikatorze, mimo wszystkich podjętych wcześniej wysiłków, by rozłożyć tę sytuację na czynniki pierwsze, na logiczne powody oraz światłe refleksje, wyszło jak zawsze – niezbyt mądrze.

– Nie czuję już… tego. 

Maciek zacisnął mocniej rękę na barierce schodów. Wiertarka znów odezwała się nad ich głowami. 

– Ale przecież jak tylko mi mówiłaś, że coś ci nie pasuje, starałem się to naprawić. Próbowałem odpowiedzieć na wszystkie twoje prośby i rozwiewać wszystkie wątpliwości.

– Wiem, że się starałeś – dziewczyna dalej trzymała ramiona zaplecione na piersi. – Bardzo to doceniam. Ale…

– Wiesz, że “ale” przekreśla poprzednie zdanie?

– Nic nie przekreśla! – zniecierpliwiła się Gosia. – No nie wiem. Po prostu coś się wyczerpało. Nie wierzę, że nam się uda wrócić do tego pięknego początku, który mieliśmy. 

– Mi się nic nie wyczerpało – Maciek wszedł o jeszcze jeden stopień do góry, a dziewczyna automatycznie odsunęła się od niego. – Ja chcę z tobą być. 

– No widzisz.

Światło w korytarzu znów zgasło automatycznie, jakby zadrwiło z wypowiedzianych przez Gosię słów. Chłopak machnął ramieniem w powietrzu, a żarówka rozświetliła korytarz i wydobyła z mroku niedużą figurkę Gosi, która w szarym płaszczyku, z nieco wystraszoną i naburmuszoną miną, nieruchomo stała pośrodku półpiętra.

– Ja już nie czuję, że jest tu cokolwiek do naprawienia. Nie ma o co walczyć.

– Nie zgadzam się. Chcę o ciebie walczyć.

– Maciek, naprawdę! – na policzkach Gosi pojawiły się rumieńce. – Ja już nie jestem jakąś tam studentką, mam zupełnie inny tryb życia, mam inne cele i priorytety…

– Zakochałaś się w kimś innym? – chłopak bezwiednie zniżył głos do groźnego tonu. – W kimś z radia, tak?

Przez moment oboje stali nieruchomo, nie odzywając się do siebie. Na tak postawiony zarzut Gosia miała ochotę na złość chłopakowi wykrzyczeć, że u niej w pracy przynajmniej można z kimś pogadać na poważne tematy, a nie o najnowszym wyniku w internetowej grze w czołgi. Wahała się też, czy nie zaprzeczyć gwałtownie – nie chciała, by Maciek pomyślał, że jej decyzja w jakikolwiek sposób jest podyktowana wydarzeniami z zewnątrz. Postanowienie, by się z nim rozstać, było być może bardziej efektem zaniedbania niż racjonalnej kalkulacji, ale w całości należało do niej. Zanim jednak znalazła sposób na udowodnienie swoich intencji, chłopak pokiwał głową, jakby wszystko było już dla niego jasne. Ucichła też wiertarka. 

– Dobrze. Dobrze – powtórzył. Wsadził obie ręce do kieszeni. – Rozumiem.

– Co rozumiesz?

Zamiast odpowiedzieć na jej pytanie, chłopak odwrócił się na pięcie. Znów na chwilę zgasło światło w korytarzu, więc zanim Gosia zdążyła zareagować, Maciek był już pół piętra niżej. 

– Hej, poczekaj! – zawołała za nim. Ruszyła w dół po schodach. – Poczekaj!

Zdenerwowany chłopak zatrzymał się dopiero przy skrzynce na listy na parterze. Podłoga była tam śliska od naniesionej przez mieszkańców wody. Gosia z rozpędem zeskoczyła z ostatniego schodka i poślizgnęła się na kafelkach. Kiedy odzyskała równowagę i odszukała wzrokiem swojego chłopaka, nadal nie wiedziała, dlaczego zawołała za nim, aby się zatrzymał. Zrobiła to odruchowo, żadne sensowne słowa nie przychodziły jej do głowy, gdy patrzyła na jego szerokie ramiona, mokre od deszczu. 

– Ja nie chciałam, żeby tak wyszło.

Ledwie skończyła mówić te słowa, już miała wrażenie, że to zupełnie inny przekaz, niż dyktowały jej serce razem z głową.

Maciek zamknął oczy. Domyśliła się, dlaczego. Po chwili na brzegu jego powiek zobaczyła zbierające się łzy. 

– No to cześć – rzucił szybko.

Prawie wybiegł z kamienicy na zewnątrz, prosto w ulewę. Drzwi do budynku powoli zamykały się dzięki obciążającemu je mechanizmowi, aż definitywnie zatrzasnęły się i szum deszczu ucichł. 

Tym razem Gosia nie ruszyła za Maćkiem i nic nie zawołała za nim w przestrzeń. Stała nieruchomo przy pierwszych stopniach prowadzących na piętro, oddychała głęboko. Po kilku chwilach znów automatycznie zgasło światło. Dopiero wtedy dziewczyna zorientowała się, że już po wszystkim. Odwlekana przez tygodnie rozmowa, którą projektowała w swojej głowie na tyle sposobów, wskoczyła niezgrabnie na linię czasu.

Z wielkim wysiłkiem przypomniała sobie, po co właściwie wyszła z mieszkania na Chopina. Chciała iść do drogerii po kosmetyki i papier toaletowy. Te sprawy do załatwienia tak błahe i przyziemne, że aż kontrastujące z odbytą właśnie rozmową, przywołały jej myśli na spokojniejsze tory. “No to muszę iść do sklepu. Muszę iść do sklepu. Idę do sklepu” – powtórzyła sobie w myśli. Odczekała jeszcze chwilę na wszelki wypadek, by nie spotkać na swojej drodze Maćka, a potem ruszyła na zewnątrz. 

Pod parasolem szła w stronę ulicy Mickiewicza. Czuła przejmujące zimno, które kąsało ją w rozgrzane policzki i ręce. Słyszała stukanie własnych obcasów na betonowym chodniku, daleki odgłos tramwaju, szum samochodów. Minęła parę studentów i dwie staruszki. Jak w transie bez żadnych konkretnych myśli dotarła do skrzyżowania. Powinna pójść w lewo, jeśli chciała dotrzeć do drogerii. Zatrzymała się tylko, by przepuścić człowieka jadącego na rowerze i nagle poczuła na sobie ogromny ciężar, tak przygniatający, że nie pozwolił jej zrobić kroku w żadną stronę. 

“Czyli to koniec. Skończone.”
Przez kilka sekund wpatrywała się w brązowy liść, który wdeptany w częściowo w szpary na chodniku wyglądał niezwykle żałośnie. Mokre płytki i materiał jej parasola przyjmowały kolejne krople deszczu. W towarzystwie jednego krótkiego westchnienia ulgi ciężar opadł z jej barków, ale jednocześnie w jej piersi nagle pojawił się szloch. 

Gosia stała na chodniku i ryczała jak bóbr. Sięgając do kieszeni po chusteczkę, by wytrzeć chociaż cieknący nos, myślała o sobie same nieprzychylne rzeczy. Zaczęła od obwiniania się o odwlekanie rozmowy, przeszła płynnie przez fazę “dlaczego ja ryczę, skoro to ja jestem ta zła?” i skończyła na refleksji, że na pewno płacz rozmazał cały jej makijaż. Przechodnie mijali ją na chodniku, nieco zdziwieni, ale nikt się nie zatrzymywał. W końcu dziewczyna pociągnęła solidnie nosem, schowała chusteczki do kieszeni i zamiast w lewo, poszła prosto przed siebie. 

Dwadzieścia minut później stała u progu rodzinnego domu. Nie zabrała ze sobą kluczy do mieszkania rodziców, więc zadzwoniła do drzwi. Mama Gosi otworzyła je szeroko, a widząc mokrą od deszczu, zapłakaną córkę, szczerze się zdziwiła.

– Kochanie, co tu robisz? Wejdź!

– Mamo… – Gosia skrzywiła się i poczuła, jak kolejna fala łez nadciąga nieubłaganie. – Rozstałam się z chłopakiem. 

65. Strefa komfortu

– I co, Marcinku, która najbardziej ci się podoba?

– Ta propozycja z górami i księżycem, wszystko wpisane w trójkąt. Trójkąt jest takim dynamicznym kształtem, pasuje do Karoliny.

– Do Karoliny?

Sowa odwróciła się ze zdumieniem. Pomiędzy pościelą w delikatne kwiatki a koszem białych poduszek nie widziała żadnych gór ani trójkątów. Rudy mistrz marketingu, który właśnie przyjechał z Warszawy na weekend, wpatrywał się w swój telefon. Uniósł głowę i pokazał Sowie ilustrację, która wyświetlała się na ekranie.

– Ahaaa – dziewczyna uśmiechnęła się. – Ty o tatuażu.

– A ty o czym?

– O pościeli!

Marcin rozejrzał się wokół siebie. Przez chwilę w milczeniu kręcił głową. Podszedł do wiszących w równym rzędzie, kolorowych poszewek. 

– Będziesz to pewnie musiała prać w wysokiej temperaturze? – ze zmarszczonymi brwiami przekładał tkaniny ze swojej prawej strony na lewą.

– Pewnie tak.

– To weź jasną bawełnianą i tyle.

Sowa chwyciła w rękę białą pościel całkowicie zadrukowaną rysunkami kwiatów, które wyglądały, jakby zstąpiły na tkaninę prosto ze stron starej książki o botanice.

– Za droga.

– Za droga – potwierdziła dziewczyna. Z westchnieniem zwróciła się w stronę tańszych pościeli. – Ale póki co i tak nie będę nic brała. Powinnam się pewnie bardziej skupić na tym, czy majstrowie dobrze kładą fugi w łazience, a nie na dodatkach. Ciekawe, czy uda się otworzyć hostel jeszcze w styczniu. 

Ruszyli razem dalej po wyznaczonej między półkami ścieżce. Podążali za strzałkami leniwie, wyprzedzani przez zestresowane matki z dziećmi i pary kłócące się o kolor wybieranych krzeseł. 

Marcin wyrwał się na kilka dni z Warszawy akurat w tym samym czasie, kiedy lokatorzy z jego mieszkania – Mania i Kuba – postanowili odwiedzić swoich rodziców. Stanisław też wyjechał z Torunia po długim czasie, zapewniając, że tym razem tylko na dziesięć dni. I jeśli Sowa wyraża taką chęć, może wrócić na cały następny miesiąc, zostać na Chopina do końca grudnia. Gosia nie chciała wyjeżdżać na wycieczkę do Ikei, zajęta na zmianę pracą i leczeniem kaca, więc wybrali się tylko we dwoje.

– Jak ja się cieszę z naszego wspólnego czasu. Tylko naszego – Marcin uśmiechał się do Sowy szeroko, gdy mijali dział z lampami. Jego oczy łapały i odbijały każdą iskrę światła z pozapalanych na wystawie żarówek. – Już dawno nie mieliśmy żadnej niezwykle racjonalnie uzasadnionej, wspólnej wyprawy po trzy noże i dwa koce. 

– To prawda. Pójdziemy coś zjeść po zakupach? 

– Jasne. 

Continue Reading

64. Rytuał przejścia dalej

“Wiktor się znalazł.”

Karolina od dwudziestu minut leżała w ubraniu na łóżku i mieliła w sobie tylko to jedno zdanie. Co jakiś czas podnosiła telefon, patrzyła na wiadomośc od siostry Wiktora i znów odkładała rękę na posłanie. 

Dlaczego jeszcze w ogóle wzbudzało to w niej jakieś emocje? Dlaczego były tak silne?

Po co męczyła się, zastanawiając się czy zdecyduje się do niej przyjechać? Co prawda znalazł się w Szwajcarii, która faktycznie była tuż za miedzą. Mógł zaplanować jakąś wycieczkę w okolice, mógł napisać i zaprosić Karolinę na wędrowanie po alpejskich trasach. Istniała taka możliwość.

Dziewczyna usłyszała pukanie do drzwi.

– Nie idziesz na kolację?

Kris stanął w progu. Przez moment przyglądał się zabałaganionej połowie pokoju należącej do Irene. 

Karolina z westchnieniem podniosła się z łóżka. 

– Unikanie jedzenia jeszcze nikomu w niczym nie pomogło, prawda? – rzuciła, podchodząc do Austriaka. 

– No, chyba, że schudnąć.

Dziewczyna zamknęła za sobą drzwi na klucz i ruszyli razem korytarzem.

– Coś cię gryzie?

– Wiktor się odnalazł, jego siostra napisała do mnie – Karolina chwyciła zimną poręcz schodów, jakby faktycznie potrzebowała się na czymś oprzeć. – I zdawało mi się, że nie zrobi to na mnie żadnego wrażenia. Ale zrobiło. Nie rozumiem, dlaczego. Taki trup z szafy, przecież już skreśliłam go na tyle różnych sposobów, na tylu różnych poziomach.

Kris uniósł lekko brwi.

– Ale zamierzasz się do niego odzywać?

– Boże, nie! – Karolina roześmiała się nerwowo na tę propozycję. – Najbardziej to bym chciała, żeby już na zawsze znikł z mojego życia, w jakiejkolwiek roli go nie spotkam.

– Rozumiem – chłopak otworzył przed Karoliną drzwi i wyszli na wewnętrzny klasztorny korytarz prowadzący do jadalni. – To czemu się tak stresujesz?

– Nie wiem.

Kris usłyszał w tych dwóch krótkich słowach tyle smutku i złości naraz, że spojrzał uważnie na koleżankę. Wyciągnął rękę i poklepał dziewczynę przyjaźnie po ramieniu.

– Będzie lepiej, zobaczysz. 

– Ale już było lepiej! Czemu nie jest nadal, na stałe!

Chłopak roześmiał się. Weszli do sali pełnej stół, krzeseł, obrusów i zapachu jedzenia. Na miejscu przeznaczonym dla konserwatorów była już Hanka, nakładała sobie na talerz posiłek przygotowany przez siostry zakonne. Kris i Karolina usiedli obok. Po chwili zjawili się pozostali członkowie ekipy, nad stołem jak zawsze rozbrzmiał gwar. Calin donośnym tonem opowiadał coś o swoim planie na weekend, Irene o niezwykłym nauczycielu jogi, który zapraszał ją do Indii na warsztaty. W końcu Karolina schowała do kieszeni telefon, na który co jakiś czas spoglądała.

– Co tam się dzieje, prawie cię dzisiaj  z nami nie ma przy tym stole – Hanka spojrzała na Polkę przenikliwym wzrokiem. 

Wiedząc, że koleżanka nie odpuści zanim się nie dowie, Karolina przypomniała wszystkim historię listu, którego razem szukali w śmietniku. 

– Czyli w zasadzie nic się nie stało? – doprecyzowała Irene.

– Nic. Nic! – Karolina w geście frustracji wyrzuciła ręce do góry nad stół. – Nic się nie stało, a ja się zachowuję, jakby zaraz miało się wydarzyć wszystko.

– Dobra, musisz po prostu zamknąć to gówno jakimś rytuałem – Hanka wzruszyła ramionami. Dolewając sobie herbaty do kubka dodała: – Wiadomo, że nie zawsze działa, ale warto próbować. To wszystko poparte psychologiczną wiedzą, żeby nie było. Palenie listów do byłych, wywalanie ich rzeczy na śmietnik, to są uwalniające rytuały. Ja po każdym facecie robiłam sobie jakiś tatuaż, żeby jednocześnie to zamknąć i przeboleć. 

Wzrok wszystkich padł na ramię Hanki. Uśmiechnęła się, gdy to dostrzegła. Odstawiła kubek z herbatą na stół. Podwinęła rękaw koszuli. Pokazywała palcem skórę jak mapę z punktami zwrotnymi w swoim życiu.

– Te fale to był Steve, świetny facet, żeglarz. Psia łapę mam po Karolu, hodowcy terierów. Tu mam jeszcze górę, bo Marek był wspinaczem. A po drugiej stronie… – przesunęła palcem po ramieniu, gdzie wytatuowana paproć zieleniła się soczyście. Uśmiechnęła się smutno. – Ivan. 

– A co będziesz miała po mnie? – zapytał rozbawiony Calin, nachylając się nad stołem. 

Hanka spojrzała na chłopaka z rozbawieniem. Od dziesięciu dni regularnie, w mniej lub bardziej oczywisty sposób, próbował ją podrywać. Karolina i pozostali uczestnicy konserwacyjnej przygody nie raz deklarowali, że ten pobyt w Szwarcwaldzkim klasztorze przypomina im wyjazd nastoletniej klasy na szkolną wycieczkę, ale w ich niedużej grupie do tej pory jeszcze nie zajaśniało na horyzoncie widmo romansu.

– Zobaczymy, co mi zostawisz w moim lodowatym sercu – odpowiedziała Hanka, świdrując Calina wzrokiem.

– Dobra, dobra – Karolina gestem uspokoiła stolik, nad którym rozległy się śmiechy, westchnienia i inne dźwięki. – Czyli polecasz rytuał na odcięcie się?

– Polecam. 

Przez dwa kolejne dni Karolina zastanawiała się, jaki sposób będzie najlepszy, by zamknąć wspomnienia w mentalnym pudełku i nie wracać do nich przy każdej możliwej okazji. Za namową Gosi, która tego typu życiowe sprawy załatwiała precyzyjnie i systematycznie, robiła sobie w telefonie listę możliwości. Miała tam już napisanie długiego listu do Wiktora i spalenie go, rozrysowanie ich wyprawy na kartce i zakopanie jej pod drzewem w pobliskim lesie oraz kilka innych opcji. W trakcie pracy, słuchając na rusztowaniu podcastu znalazła kolejne sposoby. Wszystkie potwierdzały, że takie działanie będzie wskazane, słuszne, mądre, że będzie emanacją jej pewności siebie oraz nowej tożsamości.

– I właśnie to mnie jakoś nie przekonuje – wyznała Karolina Krisowi, gdy w pobliskim sklepie kupowali prowiant na krótką górską wycieczkę, którą planowali razem z Calinem na niedzielę. – To powinno mnie uwolnić, zmienić, podkreślić, że jestem jakaś… nowa.

– A co, nie jesteś?

Dziewczyna zatrzymała się przy lodówkach pełnych kolorowych napojów gazowanych. Przez chwilę patrzyła na nie w milczeniu.

– A co, jestem?

Kris poprawił okulary, które zjechały mu na czubek nosa. 

– Na to pytanie tylko ty możesz sobie odpowiedzieć. No, wybieraj co tam chcesz i zmywamy się stąd, bo zaraz zamykają. 

Po powrocie ze sklepu Karolina zastała Irene leżącą na macie pod kocem w trakcie relaksacji po godzinnym ćwiczeniu jogi. Cichutko stąpając, żeby nie przeszkodzić koleżance w medytowaniu, Polka weszła do ciemnego pokoju. Postawiła zakupy na podłodze. Irene bardzo głęboko westchnęła i powoli podniosła się do siadu skrzyżnego. Zaintonowała mantrę om, a potem złożyła dłonie na wysokości serca. Otworzyła oczy. 

– Spokojnie, już skończyłam – powiedziała z uśmiechem. 

– Dzięki.

Karolina zdjęła ciepłą kurtkę i zaczęła rozpakowywać zakupy. Za jej plecami Włoszka powoli zwijała matę. Tknięta kolejną nagłą myślą, blondynka odwróciła się w stronę współlokatorki.

– Irene?

– Hm?

– Miałaś kiedyś moment, w którym zauważyłaś u siebie jakąś dużą zmianę? Nie wiem, na przykład kiedy zaczęłaś ćwiczyć jogę?

Dziewczyna stanęła nieruchomo z matą w ramionach. Zapatrzyła się w róg pokoju, jakby stamtąd ktoś wyświetlał jej odpowiedź na prompterze. 

– I tak, i nie. Mam ogromne problemy z kręgosłupem, więc joga jest świetnym ćwiczeniem fizycznym. Uspokaja mnie, pomaga poukładać sobie rzeczy w głowie. Wpływa na mnie, ale to jest ciągły proces, nie jakaś gruba kreska – ciach, koniec starej irene, teraz jest nowa, Irene-joginka.

Karolina usiadła na swoim łóżku z westchnieniem. Przez chwilę patrzyła na nieruchomą, bosą koleżankę ubraną w luźne ciuchy do ćwiczeń.

W końcu Polka wyciągnęła telefon z kieszeni i przeczytała sporządzoną wcześniej listę sposobów na odcięcie się od starych wspomnień czy błędów. Nadal żadne z działań nie przemawiało do niej tak bardzo, by chciała z niego skorzystać. Nie licząc tatuaży Hanki, wszystkie wydawały jej się mało atrakcyjne. Nie zamierzała jednak upamiętniać Wiktora, ani też podkreślać, że jest kimś nowym dzięki przeżyciom ostatniego roku. Podzieliła się z Irene tymi przemyśleniami.

– Czuję się bardziej, jakbym wracała do starej siebie  – dodała na koniec. 

Włoszka również usiadła na łóżku po swojej zabałaganionej stronie pokoju. 

– To co by zrobiła stara Karolina?

– Po prostu tatuaż, tak dla siebie.

– To go zrób. Tak dla siebie.

Następnego dnia rano przy stole Karolina zapytała Hankę, czy pomoże jej znaleźć jakiś sensowny sposób, by jeszcze w trakcie wymiany w Szwarcwaldzie mogła zrobić sobie pierwszy tatuaż. Koleżanka zapaliła się do tego pomysłu, przy okazji również chciała coś nowego dorzucić do swojej kompozycji na jednym z ramion. Przesiedziały dwie godziny niedzielnego wieczoru, szukając w internecie ciekawych miejsc, które znajdowały się w zasięgu kilku stacji pociągiem. Wreszcie udało im się dogadać z jednym z tatuatorów we Freiburgu, który znalazł nieodległy termin. Teraz pozostawało tylko ustalić, jaki wzór Karolina chce mieć.

– Góry – odpowiedziała natychmiast, z szerokim uśmiechem. – To muszą być góry.