Wydajmy razem powieść „Kryzys Ćwierćwiecza!”

Najlepsze wieści dla czytelniczek i czytelników Kryzysu!

Oto każde z was może przyczynić się do wydania papierowej wersji powieści. Główną nagrodą za wsparcie jest oczywiście książka, ale wszystkim wspierającym polecam zapoznać się z pełną listą nagród, bo jest w czym wybierać.

Więcej informacji o zbiórce i o nagrodach znajdziecie na stronie kampanii crowdfundingowej: wspieram.to

A jeśli jeszcze potrzebujecie słowa zachęty, obejrzyjcie jak opowiadam o moim największym marzeniu!

Buziaki

Autorka Kryzysu Ćwierćwiecza,
Kasia Rożek

 

49. Ostatnia partyjka

– To co ty właściwie teraz robisz ze swoim życiem? – Gosia podała Karolinie kolejny karton wypakowany książkami z historii sztuki.

Blondynka przechwyciła pakunek. Perfekcyjnie wymierzonym ruchem załadowała pudło do bagażnika dużego samochodu. Wcisnęła je pomiędzy pościel a trzy inne kartony. W bagażniku nie został nawet milimetr wolnej przestrzeni. Patrząc na ten idealny tetris Karolina uśmiechnęła się szeroko.

– Wiozę życie do domu – odpowiedziała. 

– A za tydzień wywozisz je za granicę, tak?

Gosia podniosła z ziemi doniczkę z ulubionym fikusem swojej przyjaciółki. Niezależnie od tego, ile dni Karoliny nie było w mieszkaniu na Chopina, roślinka przetrzymała wszystko. Wcześniej bez specjalnej troski hodowany przez jakąś koleżankę w akademiku, fikus kilka razy spadał z półki, bywał oblewany różnymi płynami, podgryzany przez zwierzaki, ale przetrwał każdą niegodną sytuację. Podczas nieobecności współlokatorki Sowa podlewała doniczkę i czasem mówiła do fikusa kilka słów, więc miał nawet okazję poczuć się zaopiekowany. 

– Och, fikusie ty mój! – Karolina przejęła podaną przez Gosię roślinę. Dotknęła piegowatym nosem jego liści. – Teraz przejedziesz się ze mną na drugi koniec Polski. Bo muszę być odpowiedzialna chociaż za ciebie. Za siebie jestem mniej, więc niech chociaż twoje życie będzie w miarę poukładane.

– Co ty gadasz – brunetka odsunęła się nieco od bagażnika, gdy przyjaciółka sięgała po jego uchwyt jedną ręką. – Przecież to jest dobra zawodowo decyzja, żeby jechać na te konserwatorskie przygody. Co właściwie będziesz tam robić? Mathis coś ci zdradził?

Karolina z troską załadowała fikusa do samochodu, posadziła go na siedzeniu pasażera i zablokowała dwoma pudłami, żeby się nie przewracał. Dopiero wtedy odwróciła się w stronę Gosi.

– Nie mam żadnej pewności, że nauczę się w tych Niemczech czegoś potrzebnego mi w zawodzie oprócz języka. Ale to fajny region, południe, już jest inny klimat i ludzie bardziej wyluzowani.  Niedaleko gór. Nawet, jeśli zawodowo mnie to siedzenie na rusztowaniu niczego nie nauczy, to chociaż będę mogła sobie pozwiedzać. Projekt jest unijny i trwa pół roku. Dobrze się na coś takiego załapać. Wszyscy moi znajomi Erasmusi klaskaliby z radości słysząc, że po latach wożenia im tyłków po Polsce w końcu sama się zdecydowałam wyjechać. Może ich nawet  odwiedzę, zdaje się, że ktoś tam w okolicy mieszka z tej ekipy, którą poznałam na imprezach w Poznaniu.

Gosia pokiwała głową ze zrozumieniem. Spojrzała na zapakowany po dach samochód, którym przyjaciółka przyjechała ze Szklarskiej Poręby do Torunia. Westchnęła głęboko.

– To co, najpierw idziemy z Sową na miasto coś zjeść, a potem po jednej partyjce wszystkich gier jakie mam? – Karolina uśmiechnęła się szeroko. – Dzisiaj mam zamiar wygrać w każdą.

Brunetka przez chwilę milczała. Nostalgia nieuchronnie rozlewała się po jej sercu, ale hasło wywołujące u niej gen rywalizacji natychmiast rozwiało chmurę czarnych myśli. 

– Chyba śnisz. To, że zawsze zaczynasz w pociągi nie oznacza, że masz taryfę ulgową.

Continue Reading

48. Wstęp do bajki

Sowa uwielbiała jesień. Jesienna do granic była jej natura, więc z każdą kroplą deszczu, z każdą latarnią mrugającą zza mglistej chmury czuła się bardziej osadzona w rzeczywistości. Jej naturalna skłonność do melancholii sprawiała, że stanie na balkonie w wielkim kraciastym szaliku, gdy dzień powoli budził się do życia, urastało do rangi misycznego rytuału. W ulubionym kubku robiła sobie kawę. Brała na balkon papierosy, przymykała za sobą drzwi i oddawała się tej chwili w całości. Choć nie wstawała wcześnie, każdy poranek zaczynającego się właśnie października wydawał jej się małym cudem. Codzienność w tej formie Aleksandra mogła jeść widelczykiem jak dyniowe ciasto z cynamonem. Nos trochę marzł od wilgoci i porannego chłodu, ale gdy tylko podnosiła do ust kubek z parującą kawą, było jej na sercu tak ciepło, jakby otulała się dodatkowym kocem.

Od kiedy Gosia zaczęła pracować w radiu, Sowa codziennie z balkonu obserwowała jej zmagania z rzeczywistością. Wściekła z powodu wczesnej pory, nieumalowana i potargana, raz nawet z bluzką ubraną na lewą stronę, młoda dziennikarka radiowa przecinała kuchnię jak tajfun. Nalewała kawę do termicznego kubka, wyciągała z lodówki przypadkowe składniki jakiegoś drugiego śniadania i wrzucała je w pędzie do torby. Gosia machała tylko Sowie stojącej nieruchomo za szybą, a potem wybiegała z mieszkania, potykając się o stertę butów. Po minucie od jej wyjścia Aleksandra z balkonu mogła obserwować, jak przyjaciółka w szarym płaszczyku dziarskim krokiem idzie w stronę Starego Miasta. 

Zazwyczaj wtedy do kuchni wchodził kot. Choć sam uwielbiał robić zamieszanie, przed szalejącą w jakimkolwiek celu Gosią zawsze uciekał. Sowa nie otwierała mu wyjścia na balkon, obawiając się, że kociątko zechce zasmakować wolności i spróbuje skakać w dół. Patrzyli więc na siebie przez jakieś kilka minut – zwierzę wewnątrz, Aleksandra na zewnątrz. Gdy skończyła kawę i papierosa, dziewczyna zawsze wracała do środka z uśmiechem. Kocisko z poziomu parapetu w kuchni stukało ją w ramię swoją głową, a czasem miauczało na nią, chcąc wyrazić swoją dezaprobatę. 

– No już, już jestem – mówiła łagodnie Sowa i drapała burego kota po brodzie. Przymykał wtedy oczy, unosił trójkątny pyszczek do góry. – Już jestem. 

Continue Reading

47. Osiągnięcia dorosłości

Karolina postawiła  na drewnianym stole dwa ogromne talerze pełne ciepłego jedzenia. Adam obserwował uważnie reakcję swojej przyjaciółki, która ubrana w polarową kamizelkę siedziała obok.

– O losie, miałeś rację – westchnęła kobieta. – Wielkie.

– Kasieńko, oczywiście, że miałem – brodaty pracownik schroniska pokazał na pierś kurczaka prężącą się pomiędzy frytkami. – Dzisiaj ucztujemy, bo to ostatni wspólny wieczór z Karoliną. 

– Jak to? 

Głowa Kasi od razu odwróciła się w stronę chudej blondynki. Karolina przepraszająco wzruszyła ramionami. Mijały właśnie cztery pełne tygodnie, w ciągu których zdążyła się uspokoić, znudzić, zakochać w schronisku jako miejscu oraz stanie ducha, a nawet przytyć półtora kilo od serwowanego tam jedzenia. Wyciszyła serce przy oglądaniu map i snuciu planów na kolejne górskie wyprawy. Poznała sposoby na przygotowywanie hurtowych ilości jedzenia, na najszybsze zdejmowanie pościeli, na unikanie obowiązków i wciskanie ich pozostałym tak, żeby się nie zorientowali. 

Przede wszystkim jednak odetchnęła od swojego własnego życia. W wolnym czasie na zmianę gapiła się po prostu przez okno jak odludek lub poznawała mnóstwo niezwykłych ludzi, gdy miała towarzyski nastrój. Cokolwiek przychodziło jej do głowy w związku z czasem spędzonym na Jagodnej, było przysypane wrażeniem słodkim jak cukier-puder. 

– Niestety – odpowiedziała, siadając pomiędzy Adamem a jego potężnym, również brodatym przyjacielem, którego nazywali Zeusem. – Za dwa dni kończę pracę, a skoro ten typ postanowił już jutro ruszać z wami do Czech, to co ja mogę…

– Hola, hola – Kasia przełknęła kęs kolacji i oskarżycielskim gestem skierowała widelec w stronę Karoliny. – Sama go do tego namówiłaś. 

– Bo mówi, że nie był na takiej wycieczce od miesięcy! – roześmiała się blondynka. – Nieustannie siedzi tylko w tym schronisku, które zresztą jest przecudownym miejscem do nieustannego siedzenia, ale niech coś jeszcze w życiu zobaczy. 

Zeus do tej pory w milczeniu zajadał się swoim kurczakiem, ale podniósł teraz brodatą głowę i zamruczał pod nosem:

– Ja pamiętam naszą ostatnią wycieczkę, z czasów mroku i zła…

– Tak? – Karolina wstała od stolika. – To opowiedz, co to był za inny Adam. Mnie pocieszał na wszystkie sposoby, ale nie wspominał o jakichś swoich wielkich życiowych przełomach. Zastanów się, co powinnam usłyszeć, żeby go potem móc szantażować, a ja wezmę piwo z lodówki. Continue Reading

46. Odpowiedzi

– Ja uważam, że kobieta powinna dzielić się swoimi obowiązkami z mężczyzną. Że jak ma ich za dużo, to potem chodzi i marudzi. 

– Ja ci marudzę? Jakbym ci marudziła, to byś dopiero wiedział.

– No widzi pani – westchnął wąsacz w koszulce polo. Poprawił swoją torbę na ramię i z uczuciem spojrzał na żonę. Gosia zastanawiała się, czy chce poznać dalszy ciąg tej wypowiedzi. – Razem z żoną wspólnie zajmujemy się domem.

– Mhm – mruknęła kobieta. Przewróciła oczami. Podeszła krok bliżej do mikrofonu trzymanego przez Gosię. – Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi. Każdy sobie układa w domu, jak mu pasuje. Jakbym miała mężowi na przykład zostawić prasowanie, to bym się potem wstydziła do pracy pójść w takiej wymiętolonej koszuli. 

– Nie przesadzaj, nie przesadzaj. Za to niewiele byś zjadła, bo to ja gotuję – wąsacz uśmiechnął się ugodowo. – No, to tyle, dziękujemy za wywiad. Musimy już lecieć na autobus.

– Dziękuję państwu bardzo – odpowiedziała uprzejmie Gosia.

Para przechodniów ruszyła dalej ulicą Szeroką, a Gosia rozejrzała się wokół siebie z roztargnieniem. Miała już tyle odpowiedzi na pytanie w ulicznej radiowej sondzie, że mogłaby z tego zrobić materiał na długie godziny dyskusji. Musiała pospieszyć się z powrotem do radia, żeby pod okiem prowadzącego ją redaktora ściąć nagrania i przygotować dźwięk do puszczenia w eter. Nie chciała dzisiaj zostawać po godzinach. Byli umówieni na podwójną randkę z jej siostrą Anią, Łukaszem i oczywiście z Maćkiem. Wizja naleśników wjeżdżających na stół w Manekinie otrzeźwiła zamyśloną Gosię. Szybkim krokiem poszła w stronę studia radiowego.

Continue Reading

45. Melodia kryzysu

– Wszystkiego najlepszego! 

Gosia ubrana w piżamę we flamingi wparowała do pokoju Sowy z wielką butelką prosecco w ręce. Zaraz za nią podążał Maciek, który znów przenocował na Chopina po randce. Spod sklejonych snem, półprzymkniętych powiek Sowa widziała,  jak chłopak stawia obok gramofonu przenośny głośniczek. Z kwadratowego pudełka na bluetooth buchnęła uroczysta muzyka. Mały kotek, który spał na poduszce obok Sowy, uciekł natychmiast pod łóżko.

– “Rzuć to wszystko, wszystko, co złe…” – nuciła pod nosem Gosia, nalewając do kieliszków bąbelków szczęścia.
Och, Wodecki – powiedziała Sowa zmęczonym tonem. Przetarła dłońmi twarz i usiadła, oparta o poduszkę. – Jaka szkoda, że już go nie ma.
– Ale my jesteśmy! – brunetka podała przyjaciółce szkło wypełnione musującym winem. – “I w kolorowe zmieńmy te bezbarwne snyyyy…”
Hrabino najdostojniejsza, jesteś godna co najmniej dwudziestu czterech godzin radości na dwudziestkę piątkę, więc świętujemy dziś cały dzień. Dla innych ludzi może być powszedni, ale nie dla nas – oznajmił poważnym tonem Maciek. Wzniósł do góry kieliszek. Gosia z szerokim uśmiechem stanęła obok niego. – Sto lat! Twoje zdrowie!
Zdróweczko!

Sowa lekko potrząsnęła głową, jakby chciała odpędzić czarne chmury i resztki snu. Przyjrzała się wyszczerzonym w życzliwych uśmiechach, przejętym swoją rolą Gosi i Maćkowi. Czekali, aż Aleksandra również uniesie swoje prosecco wyżej albo odpowie. Może nawet udałoby jej się coś sklecić, ale każde słowo, jakie mogło teraz paść, wywołałoby w niej samej falę niekontrolowanych emocji. Ze ściśniętym gardłem podniosła kieliszek i napiła się razem z nimi. 

Niespodziewanie zamiast muzyki z głośnika zaczęła płynąć melodyjka dzwonka z telefonu Gosi. 

– A to kto o tej porze? Przecież wszyscy wiedzą, że przed dziewiątą nie ma co próbować…

Dziewczyna odstawiła na stolik swoje szkło i wybiegła do sypialni, żeby odebrać. Przez chwilę w milczeniu Sowa sączyła bąbelki prosecco. Postanowiła, że to będzie dzień odganiania od siebie egzystencjalnych refleksji, które czasem chwytały ją za nogi i uniemożliwiały ruch, a czasem za gardło, blokując mowę. Dziś, na swoje ćwierćwiecze, po prostu zamierza cieszyć się życiem. I niech ktoś tylko spróbuje jej to odebrać, to zginie. 

Gosia uprzejmym tonem zakończyła rozmowę w korytarzu. Potknęła się o adidasy Maćka i z telefonem w ręce wróciła do pokoju. Na jej twarzy malowało się zdumienie.

– Kto dzwonił?

– Dzwonili z radia, tam gdzie byłam wczoraj na rozmowie. Czeka mnie dziś spotkanie z dyrektorem, ale wygląda na to, że dostałam pracę.

Sowa aż poderwała się na łóżku. 

– Cudownie! – zawołała. Wygrzebała się z pościeli, żeby uścisnąć przyjaciółkę. 

– No, to zaczyna się kolejna era mediów – Maciek ucałował nadal zdumioną Gosię w czoło. Chwycił butelkę z resztką prosecco i zaczął rozlewać je do kieliszków. – Musimy natychmiast poświętować również ten sukces. I to bardzo szybko, bo za chwilę lecę na zajęcia. 

Continue Reading

44. Co wynurza się z mgieł

Karolina usłyszała najpierw szum suchej trawy, jakby jakieś spore zwierzę przebiegało przez łąkę. Gwałtownie podniosła się z karimaty, na której siedziała. Rozejrzała się wokół. Świt już wydobył z mroku większość kształtów, drzew i krzewów, ale gdzieniegdzie okolica nadal tonęła we mgle. Przez wysuszone trawy skąpane we wczesnojesiennej szarości biegł wielki, czarny pies. Szczeknął ostrzegawczo kilka razy, oglądając się za siebie. 

– Wo läufste hin? Steffi! Komm zurück!

Dziewczyna zamarła na chwilę, nie wiedząc, jaką przyjąć pozycję. Gdzieś z prawej strony za samotnym drzewem dojrzała postać człowieka, który wołał do psa. W kilku skokach czarne zwierzę dobiegło do Karoliny. Psisko szczeknęło jeszcze kilka razy w stronę swojego pana.

– Was für ein dummer Hund… 

Dziewczyna widząc już z bliska sympatyczny pysk labradora wyciągnęła powoli rękę w jego stronę. Pies z ciekawością powąchał dłoń, a potem rzucił się w przód z rozbrajającą radością. Machał ogonem i podskakiwał niezbyt wysoko, szczeknął jeszcze dwa razy. Dziewczyna roześmiała się. Głaskała psa, drapała go za uchem i mówiła coś do niego, kiedy właściciel dotarł wreszcie na miejsce. 

– Dzień dobry – powiedział mężczyzna bardzo kanciasto, ale po polsku. – Przepraszam. Steffi, komm zurück! – ostrym tonem przywołał psa do siebie. Labrador jakby nigdy nic, ostatni raz spojrzał na Karolinę brązowym okiem, a potem grzecznie usiadł koło nogi swojego pana.

– Nie ma sprawy – odpowiedziała dziewczyna z szerokim uśmiechem. Sięgnęła pamięcią do dawno nie używanych niemieckich słówek i wydobyła z siebie mało gramatyczne, ale całkiem zrozumiałe przywitanie. – Nie spodziewałam się tutaj nikogo o tej godzinie. Jestem Karolina, a ty? 

– Florian, mów mi Flo. Ja też się nie spodziewałem.

Kiedy uścisnęli sobie ręce, labrador na chwilę wstał i zamerdał przyjaźnie ogonem. Jednym gestem Flo przywołał go z powrotem do porządku. Posłuszny pies usiadł przy nodze swojego pana.

– Ale ją wytresowałeś! Ma na imię Steffi, tak? – roześmiała się Karolina.  

– Tak. Umie więcej sztuczek. Tylko niestety śniadania nie robi. Ale kiedyś ją nauczę.

– To będzie dopiero przydatne – dziewczyna pokazała ręką na swoją karimatę leżącą w trawie. – Chcesz się przysiąść na oglądanie mgieł?

– Właśnie im robiłem zdjęcia. O, tam – Flo kwinął głową w stronę samotnego drzewa. Karolina dostrzegła wśród szarości i traw czarny zarys statywu z aparatem. – Ale skończyłem, już jest po spektaklu. 

– Czy ja wiem… – dziewczyna spojrzała w stronę gór. 

Continue Reading

43. Za miłość

Sowa zobaczyła, że zaraz za nią z dusznej sali do tańca wychodzi spocony Marcin. Jego idealna ruda fryzura, wyprasowana koszula od projektanta i postawa pełna niewymuszonej elegancji o tej porze imprezy były już tylko wspomnieniem. Za plecami dwójki przyjaciół dudniła muzyka, wszyscy goście wesela bawili się w najlepsze. Było trochę po pierwszej, między oczepinami a barszczem. Przed wejściem do budynku kilka ciotek, wujków i młodych ludzi stało nad popielniczkami.

– Daj mi fajkę, słońce – Marcin przetarł błyszczące czoło dłonią. Wyciągnął z paczki od Sowy jednego papierosa i zapalił go. – Co za bal.

– Ostatnio mam trochę więcej doświadczenia w kwestii wesel – Sowa pokazała kciukiem na rozświetloną salę za nimi. – I muszę przyznać, że mają rozmach. Tak jak mówiłeś latem, impreza sezonu. Tort to była poezja. Zespół gra całkiem dobrze. Rodzice Andrzeja musieli sprzedać jakiś apartament, żeby za to wszystko zapłacić. 

– Anki rodzina też biedna nie jest. A z tego co wiem, on na aplikacji i ona w swojej robocie mogli co najwyżej odłożyć na własne ciuchy.

– Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, jak się dzielili kosztami – dziewczyna zaciągnęła się papierosem. Wydmuchiwany przez nią dym uleciał w ciemną noc. – My możemy sobie natomiast o takich imprezkach tylko pomarzyć.

Marcin z ciężkim westchnieniem opadł na krzesło, które stało obok wejścia. Zanim odpowiedział, zobaczył, że ze środka wychodzi brat panny młodej. Jego dawne zauroczenie, chłopak z czasów studiów, zmienił się tylko trochę. Teraz nie grał już w żadnej akademickiej lidze, prowadził siedzący tryb życia i nieco mu się przytyło.

– O, Daniel – uśmiechnął się najszerzej i najbardziej zalotnie, jak umiał. – Mamy tutaj taką małą debatę.

– Macie też fajkę? Oprócz debaty? – Sowa poczęstowała eleganckiego chłopaka kolejnym papierosem ze swojej paczki. – O czym tak sobie rozmawiacie?

– O prostym i niepodważalnym fakcie. Żadne z nas nie ma na to wpływu, bo wniosek wynika z uwarunkowań finansowych, społecznych, geopolitycznych, a po części nawet genetycznych – Marcin obniżonym tonem opowiadał, a spod półprzymkniętych powiek oglądał, jak koszula opina się na niegdyś wyćwiczonych barkach Daniela. – Fakt jest taki, że nie będziemy mieli takiego wesela. 

Brat panny młodej milczał przez chwilę.

– My, czyli kto?

– No na przykład ja – Sowa zgasiła niedopałek w popielniczce. Przepuściła w wejściu jakąś wystrojoną w szpilki ciotkę i oparła się biodrem o krzesło, na którym siedział Marcin. – Nie mam faceta, nie mam pieniędzy, nie mam rodziców. 

– Nic straconego – pogodnie odpowiedział Daniel. – Może w takim razie twój przyszły mąż będzie to wszystko miał?

Continue Reading

42. Porządki w życiu

Gosia postanowiła uporządkować swoje życie. 

Choć zazwyczaj za największego narwańca z całej trójki uchodziła Karolina, determinacja Gosi powalała na łopatki każdy nerwowy zryw chudej blondynki. Gdy Małgorzata Swadźba przestawała wytrzymywać sama ze sobą, z którymś ze swoich nawyków, z elementami życia wypadającymi jej z rąk jak 1500 kawałków puzzli, robiła przerwę, żeby zafundować sobie konkretny restart. Tym razem zaczęła od pozornie najprostszej i najbardziej oczywistej czynności, którą było porządkowanie szafy. Wywaliła bez pardonu wszystkie ciuchy z szuflad, półek i wieszaków na środek swojego pokoju na Chopina. Zrobiła zdjęcie tej kolorowej górze szmatek, usiadła z telefonem na łóżku. Zaczęła wymyślać jakiś opis do zdjęcia, który jednocześnie będzie informował znajomych o tej wielkiej przemianie, ale też pozostawi wszystko w sferze kąśliwej autokrytyki. 

W trakcie wpisywania słów do telefonu uniosła głowę i spojrzała jeszcze raz na środek pokoju. Wątpliwości spadły na nią jak fala zimnej wody.

“Dla kogo ty to właściwie piszesz? – zapytała sama siebie. – Dla kogo to jest w ogóle ważne? Prawie dla nikogo. Kogo ty chcesz namalować tym obrazkiem, jaką siebie?” 

Gosia zdjęła na chwilę okulary, przetarła je końcem bluzki. Zgarbiła się nieco, obserwując nadchodzącego od strony drzwi kota. Ciekawski zwierzak przyszedł zobaczyć, co to za dziwne dźwięki.

– No dobra – powiedziała na głos dziewczyna. Założyła okulary na nos. – Są tacy, którym chcę to pokazać. 

Zaadresowała wiadomość do przyjaciółek z Chopina, do siostry, po angielsku napisała do Elli. Przed ostatnim odbiorcą trochę się zawahała. Mimo to kliknęła “wyślij” i zdjęcie kupy ciuchów bez komentarza powędrowało również do Maćka.

Continue Reading

41. Jagodna

Karolina już od dwóch stacji stała przy oknie pociągu i obserwowała przesuwające się drzewa oraz ciemnozielone pagórki. W Kłodzku przykleiła swój konserwatorski nos do szyby. Na widok szarej twierdzy obrośniętej mchem, obiecała sobie, że musi zobaczyć później te stare kamienie z bliska. Na dworcu w Bystrzycy pociąg zatrzymał się, żeby wypuścić na peron licealistów wracających ze szkoły i nieco znużonych dorosłych, wracających z pracy.  Kilkunastu ludzi razem z Karoliną wspinało się po schodkach pod starym dachem. Wyszli na remontowaną ulicę, powoli każdy z nich obierał własny kierunek. Chuda blondynka poprawiła ramiona plecaka przed dłuższą przechadzką. “Od teraz już tylko pod górę” – pomyślała, wyciągając telefon. Jeszcze raz dokładnie sprawdziła drogę.

Oglądając po drodze zaniedbane, ale urocze miasteczko, nie mogła pozbyć się uporczywego przeświadczenia, że coś w życiu robi źle. Wątpliwości dopadały ją znienacka i zaczepiały się wokół kostek jak obciążniki. Zatrzymała się na chwilę przy ratuszu. Patrzyła zmrużonymi oczami na pomnik Świętej Trójcy, grając sama ze sobą w rozpoznawanie świętych po atrybutach. U stóp wysokiej figury wąsaty kamienny facet w hełmie gasił pożar symbolicznego domu. Lał strugi wody z czegoś, co do złudzenia przypominało ozdobny kufel. Nonszalancko oparty o włócznię patrzył w dół i trudno było powiedzieć, czy w ogóle przejmuje się wykonywanym zawodem strażaka. Karolina uśmiechnęła się do niego bezwiednie. “Florian, ty to nawet piwo zmarnujesz, żeby dobrze ugasić. To się nazywa powołanie” – pomyślała i przeszła dalej, a kolejna wątpliwość chwyciła ją za kostkę. 

Czy marnowała czas?

Continue Reading