67. Orion

– Kim właściwie jest ta twoja koleżanka? – zapytał Kris, poprawiając pasek zapakowanego po brzegi plecaka.

– Ma na imię Valeria. Znamy się ze studiów, przyjechała do Polski na Erasmusa i obiecałyśmy sobie, że jeszcze się zobaczymy – Karolina odblokowała telefon. Sprawdziła jeszcze raz, czy przypadkiem nie przyszła jakaś nowa wiadomość. – Potem wróciła do Hiszpanii, pracowała na jakiejś ekologicznej farmie, jeździła po Afryce stopem i w końcu kupiła sobie vana. Teraz mieszka w nim z dwoma psami.

Kris schował zmarznięte ręce do kieszeni. Od pół godziny stali we dwoje na przystanku, robiło się coraz zimniej, a pod ponurym niebem w ciemności znikały powoli wzgórza Szwarcwaldu pokryte cienką warstwą śniegu. 

– Może coś ją zatrzymało?

– Nie wiem, nic nie pisze…

Chwilę później zza zakrętu wyłonił się żółty Volkswagen Transporter z naklejoną na masce psią łapką. Terkocząc i prychając auto zatrzymało się w zatoczce przystanku, na którym czekali Karolina i Kris. Dziewczyna podeszła do drzwi, żeby je otworzyć. Z siedzenia pasażera spojrzał na nią w dół łaciaty pies o jednym oku błękitnym, a drugim brązowym. Znad psiej sylwetki wynurzyła się dziewczyna z ciemnymi dredami.

– Wsiadajcie, szybko! 

Kris zaraz za Karoliną wspiął się na pokład żółtego wehikułu, który wydawał głośne dźwięki niezależnie od tego, czy było się na zewnątrz, czy wewnątrz. Pies zeskoczył na tył, a oboje nowych pasażerów znalazło swoje miejsce z przodu. Kris zamknął drzwi, Valeria ruszyła naprzód. 

Zwisający z lusterka łapacz snów pełen piórek i koralików poruszył się w prawo i w lewo, gdy van włączał się do ruchu.

– Coś się stało, że tak późno dotarłaś?

– O, spóźniłam się? – Hiszpanka spojrzała na zegar w desce rozdzielczej. Przepraszająco machnęła ręką. –  Miałam problem, żeby wyjechać z poprzedniego noclegu jak sypnęło śniegiem. Ale już wszystko dobrze. Droga przed nami, chmury nad nami, wszystko będzie dobrze!

– Cześć, jestem Kris – chłopak wychylił się do przodu i przywitał z uśmiechniętą dziewczyną kierującą pojazdem. – A dokąd właściwie jedziemy? Karolina tylko mówiła, że spotkać się z jakimiś ludźmi…

– Tak, jedziemy na polanę pośrodku niczego. Dokładnego adresu nie pamiętam, ale mam tu wklepany w nawigację – radość Valerii kontrastowała teraz z wyrazem twarzy Krisa. – Spotkamy się ze znajomymi, których ostatni raz widziałam w Afryce i ich rodziną. Będzie para cyfrowych nomadów z Niemiec, małżeństwo pracujące zdalnie jako obsługa IT oraz ich kuzynka z dziewczyną. One też mają psa, nie mieszkają cały rok w kamperze jak ja, ale wynajęły sobie na dwa tygodnie. Są chyba… Piosenkarkami? Nie wiem, w każdym razie zajmują się muzyką. 

– To wesoło – podsumował Kris, wpatrzony w krętą drogę wijącą się pomiędzy świerkami.

Continue Reading

66. Rozmowa z Maćkiem

Maciek położył dłoń na barierce schodów. W korytarzu oświetlonym mdłym światłem żarówki zagradzał sobą całe przejście. Spojrzał na Gosię. Udawała, że szuka czegoś w torebce.

– Porozmawiaj ze mną teraz.

Dziewczyna uniosła głowę. Zniecierpliwiona machnęła rękoma.

– Nie mam czasu, nie widzisz? Muszę iść.

– Na takie rzeczy nigdy go nie masz.

– Na jakie rzeczy.

Maciek westchnął i opuścił głowę. Dziewczyna przez chwilę patrzyła w milczeniu na wysokiego faceta, który przez ostatnie tygodnie znaczył dla niej coraz mniej. Z początku biła się z myślami, w duchu karciła za swoje zachowanie, aż w końcu przestała odpowiadać na jego wiadomości i czuć jakiekolwiek wyrzuty sumienia z tego powodu. Teraz Maciek stał przed nią nieruchomo, ubrany w zimową kurtkę z plamami od deszczu na ramionach. 

W końcu podniósł wzrok. 

Gosia miała wrażenie, że cały świat razem z nią wstrzymał oddech na kilka sekund. W koniuszkach palców poczuła lekkie mrowienie. Poruszyła dłońmi nie spuszczając oczu z Maćka, a napięcie i czas zatrzymane w powietrzu wokół nich znów zaczęły płynąć. 

– Chcesz rozmawiać teraz? – zapytała.

– Tak.

– Tutaj?

– Tak.

– Dobrze.

Dziewczyna stanęła pewniej na nogach. Zaplotła ręce na piersi. Gdzieś nad ich głowami, na remontowanym poddaszu, rozległ się warkot wiertarki. 

– To o czym chcesz rozmawiać? 

– O tym, co się dzieje między nami – Maciek lekko zmarszczył brwi. – Albo raczej co się nie dzieje. Dowiedziałem się przypadkiem od Sowy, że byłaś na jakichś Andrzejkach beze mnie.

– No i co, nie mogę iść bez ciebie na imprezę?

– Oczywiście, że możesz! Po prostu nic mi nawet o tym nie powiedziałaś. Nie widujemy się ostatnio prawie wcale…

– Jestem bardzo zajęta.

– …Bo zawsze pracujesz, musisz gdzieś iść, nie masz czasu ani ochoty na żadną aktywność, która miałaby się dziać w moim towarzystwie. Małgorzatko.

Maciek wszedł o jeden stopień wyżej. Wiertarka nad ich głowami ucichła nagle, a światło na korytarzu automatycznie zgasło. Oboje machnęli rękoma, żeby znów się pojawiło. 

– Małgorzatko… – głos chłopaka załamał się ledwie zauważalnie. – Co się dzieje?

Dziewczyna oparła się biodrem o barierkę. 

Na tak postawione pytanie nie miała gotowej odpowiedzi. Mimo, że już od jakiegoś czasu układała sobie w głowie potencjalne monologi, które miały trafić do jej chłopaka podczas trudnej rozmowy, mimo wpisywania na próbę (i potem kasowania) rozsądnych wiadomości w okienko czatu w internetowym komunikatorze, mimo wszystkich podjętych wcześniej wysiłków, by rozłożyć tę sytuację na czynniki pierwsze, na logiczne powody oraz światłe refleksje, wyszło jak zawsze – niezbyt mądrze.

– Nie czuję już… tego. 

Maciek zacisnął mocniej rękę na barierce schodów. Wiertarka znów odezwała się nad ich głowami. 

– Ale przecież jak tylko mi mówiłaś, że coś ci nie pasuje, starałem się to naprawić. Próbowałem odpowiedzieć na wszystkie twoje prośby i rozwiewać wszystkie wątpliwości.

– Wiem, że się starałeś – dziewczyna dalej trzymała ramiona zaplecione na piersi. – Bardzo to doceniam. Ale…

– Wiesz, że “ale” przekreśla poprzednie zdanie?

– Nic nie przekreśla! – zniecierpliwiła się Gosia. – No nie wiem. Po prostu coś się wyczerpało. Nie wierzę, że nam się uda wrócić do tego pięknego początku, który mieliśmy. 

– Mi się nic nie wyczerpało – Maciek wszedł o jeszcze jeden stopień do góry, a dziewczyna automatycznie odsunęła się od niego. – Ja chcę z tobą być. 

– No widzisz.

Światło w korytarzu znów zgasło automatycznie, jakby zadrwiło z wypowiedzianych przez Gosię słów. Chłopak machnął ramieniem w powietrzu, a żarówka rozświetliła korytarz i wydobyła z mroku niedużą figurkę Gosi, która w szarym płaszczyku, z nieco wystraszoną i naburmuszoną miną, nieruchomo stała pośrodku półpiętra.

– Ja już nie czuję, że jest tu cokolwiek do naprawienia. Nie ma o co walczyć.

– Nie zgadzam się. Chcę o ciebie walczyć.

– Maciek, naprawdę! – na policzkach Gosi pojawiły się rumieńce. – Ja już nie jestem jakąś tam studentką, mam zupełnie inny tryb życia, mam inne cele i priorytety…

– Zakochałaś się w kimś innym? – chłopak bezwiednie zniżył głos do groźnego tonu. – W kimś z radia, tak?

Przez moment oboje stali nieruchomo, nie odzywając się do siebie. Na tak postawiony zarzut Gosia miała ochotę na złość chłopakowi wykrzyczeć, że u niej w pracy przynajmniej można z kimś pogadać na poważne tematy, a nie o najnowszym wyniku w internetowej grze w czołgi. Wahała się też, czy nie zaprzeczyć gwałtownie – nie chciała, by Maciek pomyślał, że jej decyzja w jakikolwiek sposób jest podyktowana wydarzeniami z zewnątrz. Postanowienie, by się z nim rozstać, było być może bardziej efektem zaniedbania niż racjonalnej kalkulacji, ale w całości należało do niej. Zanim jednak znalazła sposób na udowodnienie swoich intencji, chłopak pokiwał głową, jakby wszystko było już dla niego jasne. Ucichła też wiertarka. 

– Dobrze. Dobrze – powtórzył. Wsadził obie ręce do kieszeni. – Rozumiem.

– Co rozumiesz?

Zamiast odpowiedzieć na jej pytanie, chłopak odwrócił się na pięcie. Znów na chwilę zgasło światło w korytarzu, więc zanim Gosia zdążyła zareagować, Maciek był już pół piętra niżej. 

– Hej, poczekaj! – zawołała za nim. Ruszyła w dół po schodach. – Poczekaj!

Zdenerwowany chłopak zatrzymał się dopiero przy skrzynce na listy na parterze. Podłoga była tam śliska od naniesionej przez mieszkańców wody. Gosia z rozpędem zeskoczyła z ostatniego schodka i poślizgnęła się na kafelkach. Kiedy odzyskała równowagę i odszukała wzrokiem swojego chłopaka, nadal nie wiedziała, dlaczego zawołała za nim, aby się zatrzymał. Zrobiła to odruchowo, żadne sensowne słowa nie przychodziły jej do głowy, gdy patrzyła na jego szerokie ramiona, mokre od deszczu. 

– Ja nie chciałam, żeby tak wyszło.

Ledwie skończyła mówić te słowa, już miała wrażenie, że to zupełnie inny przekaz, niż dyktowały jej serce razem z głową.

Maciek zamknął oczy. Domyśliła się, dlaczego. Po chwili na brzegu jego powiek zobaczyła zbierające się łzy. 

– No to cześć – rzucił szybko.

Prawie wybiegł z kamienicy na zewnątrz, prosto w ulewę. Drzwi do budynku powoli zamykały się dzięki obciążającemu je mechanizmowi, aż definitywnie zatrzasnęły się i szum deszczu ucichł. 

Tym razem Gosia nie ruszyła za Maćkiem i nic nie zawołała za nim w przestrzeń. Stała nieruchomo przy pierwszych stopniach prowadzących na piętro, oddychała głęboko. Po kilku chwilach znów automatycznie zgasło światło. Dopiero wtedy dziewczyna zorientowała się, że już po wszystkim. Odwlekana przez tygodnie rozmowa, którą projektowała w swojej głowie na tyle sposobów, wskoczyła niezgrabnie na linię czasu.

Z wielkim wysiłkiem przypomniała sobie, po co właściwie wyszła z mieszkania na Chopina. Chciała iść do drogerii po kosmetyki i papier toaletowy. Te sprawy do załatwienia tak błahe i przyziemne, że aż kontrastujące z odbytą właśnie rozmową, przywołały jej myśli na spokojniejsze tory. “No to muszę iść do sklepu. Muszę iść do sklepu. Idę do sklepu” – powtórzyła sobie w myśli. Odczekała jeszcze chwilę na wszelki wypadek, by nie spotkać na swojej drodze Maćka, a potem ruszyła na zewnątrz. 

Pod parasolem szła w stronę ulicy Mickiewicza. Czuła przejmujące zimno, które kąsało ją w rozgrzane policzki i ręce. Słyszała stukanie własnych obcasów na betonowym chodniku, daleki odgłos tramwaju, szum samochodów. Minęła parę studentów i dwie staruszki. Jak w transie bez żadnych konkretnych myśli dotarła do skrzyżowania. Powinna pójść w lewo, jeśli chciała dotrzeć do drogerii. Zatrzymała się tylko, by przepuścić człowieka jadącego na rowerze i nagle poczuła na sobie ogromny ciężar, tak przygniatający, że nie pozwolił jej zrobić kroku w żadną stronę. 

“Czyli to koniec. Skończone.”
Przez kilka sekund wpatrywała się w brązowy liść, który wdeptany w częściowo w szpary na chodniku wyglądał niezwykle żałośnie. Mokre płytki i materiał jej parasola przyjmowały kolejne krople deszczu. W towarzystwie jednego krótkiego westchnienia ulgi ciężar opadł z jej barków, ale jednocześnie w jej piersi nagle pojawił się szloch. 

Gosia stała na chodniku i ryczała jak bóbr. Sięgając do kieszeni po chusteczkę, by wytrzeć chociaż cieknący nos, myślała o sobie same nieprzychylne rzeczy. Zaczęła od obwiniania się o odwlekanie rozmowy, przeszła płynnie przez fazę “dlaczego ja ryczę, skoro to ja jestem ta zła?” i skończyła na refleksji, że na pewno płacz rozmazał cały jej makijaż. Przechodnie mijali ją na chodniku, nieco zdziwieni, ale nikt się nie zatrzymywał. W końcu dziewczyna pociągnęła solidnie nosem, schowała chusteczki do kieszeni i zamiast w lewo, poszła prosto przed siebie. 

Dwadzieścia minut później stała u progu rodzinnego domu. Nie zabrała ze sobą kluczy do mieszkania rodziców, więc zadzwoniła do drzwi. Mama Gosi otworzyła je szeroko, a widząc mokrą od deszczu, zapłakaną córkę, szczerze się zdziwiła.

– Kochanie, co tu robisz? Wejdź!

– Mamo… – Gosia skrzywiła się i poczuła, jak kolejna fala łez nadciąga nieubłaganie. – Rozstałam się z chłopakiem. 

65. Strefa komfortu

– I co, Marcinku, która najbardziej ci się podoba?

– Ta propozycja z górami i księżycem, wszystko wpisane w trójkąt. Trójkąt jest takim dynamicznym kształtem, pasuje do Karoliny.

– Do Karoliny?

Sowa odwróciła się ze zdumieniem. Pomiędzy pościelą w delikatne kwiatki a koszem białych poduszek nie widziała żadnych gór ani trójkątów. Rudy mistrz marketingu, który właśnie przyjechał z Warszawy na weekend, wpatrywał się w swój telefon. Uniósł głowę i pokazał Sowie ilustrację, która wyświetlała się na ekranie.

– Ahaaa – dziewczyna uśmiechnęła się. – Ty o tatuażu.

– A ty o czym?

– O pościeli!

Marcin rozejrzał się wokół siebie. Przez chwilę w milczeniu kręcił głową. Podszedł do wiszących w równym rzędzie, kolorowych poszewek. 

– Będziesz to pewnie musiała prać w wysokiej temperaturze? – ze zmarszczonymi brwiami przekładał tkaniny ze swojej prawej strony na lewą.

– Pewnie tak.

– To weź jasną bawełnianą i tyle.

Sowa chwyciła w rękę białą pościel całkowicie zadrukowaną rysunkami kwiatów, które wyglądały, jakby zstąpiły na tkaninę prosto ze stron starej książki o botanice.

– Za droga.

– Za droga – potwierdziła dziewczyna. Z westchnieniem zwróciła się w stronę tańszych pościeli. – Ale póki co i tak nie będę nic brała. Powinnam się pewnie bardziej skupić na tym, czy majstrowie dobrze kładą fugi w łazience, a nie na dodatkach. Ciekawe, czy uda się otworzyć hostel jeszcze w styczniu. 

Ruszyli razem dalej po wyznaczonej między półkami ścieżce. Podążali za strzałkami leniwie, wyprzedzani przez zestresowane matki z dziećmi i pary kłócące się o kolor wybieranych krzeseł. 

Marcin wyrwał się na kilka dni z Warszawy akurat w tym samym czasie, kiedy lokatorzy z jego mieszkania – Mania i Kuba – postanowili odwiedzić swoich rodziców. Stanisław też wyjechał z Torunia po długim czasie, zapewniając, że tym razem tylko na dziesięć dni. I jeśli Sowa wyraża taką chęć, może wrócić na cały następny miesiąc, zostać na Chopina do końca grudnia. Gosia nie chciała wyjeżdżać na wycieczkę do Ikei, zajęta na zmianę pracą i leczeniem kaca, więc wybrali się tylko we dwoje.

– Jak ja się cieszę z naszego wspólnego czasu. Tylko naszego – Marcin uśmiechał się do Sowy szeroko, gdy mijali dział z lampami. Jego oczy łapały i odbijały każdą iskrę światła z pozapalanych na wystawie żarówek. – Już dawno nie mieliśmy żadnej niezwykle racjonalnie uzasadnionej, wspólnej wyprawy po trzy noże i dwa koce. 

– To prawda. Pójdziemy coś zjeść po zakupach? 

– Jasne. 

Continue Reading

64. Rytuał przejścia dalej

“Wiktor się znalazł.”

Karolina od dwudziestu minut leżała w ubraniu na łóżku i mieliła w sobie tylko to jedno zdanie. Co jakiś czas podnosiła telefon, patrzyła na wiadomośc od siostry Wiktora i znów odkładała rękę na posłanie. 

Dlaczego jeszcze w ogóle wzbudzało to w niej jakieś emocje? Dlaczego były tak silne?

Po co męczyła się, zastanawiając się czy zdecyduje się do niej przyjechać? Co prawda znalazł się w Szwajcarii, która faktycznie była tuż za miedzą. Mógł zaplanować jakąś wycieczkę w okolice, mógł napisać i zaprosić Karolinę na wędrowanie po alpejskich trasach. Istniała taka możliwość.

Dziewczyna usłyszała pukanie do drzwi.

– Nie idziesz na kolację?

Kris stanął w progu. Przez moment przyglądał się zabałaganionej połowie pokoju należącej do Irene. 

Karolina z westchnieniem podniosła się z łóżka. 

– Unikanie jedzenia jeszcze nikomu w niczym nie pomogło, prawda? – rzuciła, podchodząc do Austriaka. 

– No, chyba, że schudnąć.

Dziewczyna zamknęła za sobą drzwi na klucz i ruszyli razem korytarzem.

– Coś cię gryzie?

– Wiktor się odnalazł, jego siostra napisała do mnie – Karolina chwyciła zimną poręcz schodów, jakby faktycznie potrzebowała się na czymś oprzeć. – I zdawało mi się, że nie zrobi to na mnie żadnego wrażenia. Ale zrobiło. Nie rozumiem, dlaczego. Taki trup z szafy, przecież już skreśliłam go na tyle różnych sposobów, na tylu różnych poziomach.

Kris uniósł lekko brwi.

– Ale zamierzasz się do niego odzywać?

– Boże, nie! – Karolina roześmiała się nerwowo na tę propozycję. – Najbardziej to bym chciała, żeby już na zawsze znikł z mojego życia, w jakiejkolwiek roli go nie spotkam.

– Rozumiem – chłopak otworzył przed Karoliną drzwi i wyszli na wewnętrzny klasztorny korytarz prowadzący do jadalni. – To czemu się tak stresujesz?

– Nie wiem.

Kris usłyszał w tych dwóch krótkich słowach tyle smutku i złości naraz, że spojrzał uważnie na koleżankę. Wyciągnął rękę i poklepał dziewczynę przyjaźnie po ramieniu.

– Będzie lepiej, zobaczysz. 

– Ale już było lepiej! Czemu nie jest nadal, na stałe!

Chłopak roześmiał się. Weszli do sali pełnej stół, krzeseł, obrusów i zapachu jedzenia. Na miejscu przeznaczonym dla konserwatorów była już Hanka, nakładała sobie na talerz posiłek przygotowany przez siostry zakonne. Kris i Karolina usiedli obok. Po chwili zjawili się pozostali członkowie ekipy, nad stołem jak zawsze rozbrzmiał gwar. Calin donośnym tonem opowiadał coś o swoim planie na weekend, Irene o niezwykłym nauczycielu jogi, który zapraszał ją do Indii na warsztaty. W końcu Karolina schowała do kieszeni telefon, na który co jakiś czas spoglądała.

– Co tam się dzieje, prawie cię dzisiaj  z nami nie ma przy tym stole – Hanka spojrzała na Polkę przenikliwym wzrokiem. 

Wiedząc, że koleżanka nie odpuści zanim się nie dowie, Karolina przypomniała wszystkim historię listu, którego razem szukali w śmietniku. 

– Czyli w zasadzie nic się nie stało? – doprecyzowała Irene.

– Nic. Nic! – Karolina w geście frustracji wyrzuciła ręce do góry nad stół. – Nic się nie stało, a ja się zachowuję, jakby zaraz miało się wydarzyć wszystko.

– Dobra, musisz po prostu zamknąć to gówno jakimś rytuałem – Hanka wzruszyła ramionami. Dolewając sobie herbaty do kubka dodała: – Wiadomo, że nie zawsze działa, ale warto próbować. To wszystko poparte psychologiczną wiedzą, żeby nie było. Palenie listów do byłych, wywalanie ich rzeczy na śmietnik, to są uwalniające rytuały. Ja po każdym facecie robiłam sobie jakiś tatuaż, żeby jednocześnie to zamknąć i przeboleć. 

Wzrok wszystkich padł na ramię Hanki. Uśmiechnęła się, gdy to dostrzegła. Odstawiła kubek z herbatą na stół. Podwinęła rękaw koszuli. Pokazywała palcem skórę jak mapę z punktami zwrotnymi w swoim życiu.

– Te fale to był Steve, świetny facet, żeglarz. Psia łapę mam po Karolu, hodowcy terierów. Tu mam jeszcze górę, bo Marek był wspinaczem. A po drugiej stronie… – przesunęła palcem po ramieniu, gdzie wytatuowana paproć zieleniła się soczyście. Uśmiechnęła się smutno. – Ivan. 

– A co będziesz miała po mnie? – zapytał rozbawiony Calin, nachylając się nad stołem. 

Hanka spojrzała na chłopaka z rozbawieniem. Od dziesięciu dni regularnie, w mniej lub bardziej oczywisty sposób, próbował ją podrywać. Karolina i pozostali uczestnicy konserwacyjnej przygody nie raz deklarowali, że ten pobyt w Szwarcwaldzkim klasztorze przypomina im wyjazd nastoletniej klasy na szkolną wycieczkę, ale w ich niedużej grupie do tej pory jeszcze nie zajaśniało na horyzoncie widmo romansu.

– Zobaczymy, co mi zostawisz w moim lodowatym sercu – odpowiedziała Hanka, świdrując Calina wzrokiem.

– Dobra, dobra – Karolina gestem uspokoiła stolik, nad którym rozległy się śmiechy, westchnienia i inne dźwięki. – Czyli polecasz rytuał na odcięcie się?

– Polecam. 

Przez dwa kolejne dni Karolina zastanawiała się, jaki sposób będzie najlepszy, by zamknąć wspomnienia w mentalnym pudełku i nie wracać do nich przy każdej możliwej okazji. Za namową Gosi, która tego typu życiowe sprawy załatwiała precyzyjnie i systematycznie, robiła sobie w telefonie listę możliwości. Miała tam już napisanie długiego listu do Wiktora i spalenie go, rozrysowanie ich wyprawy na kartce i zakopanie jej pod drzewem w pobliskim lesie oraz kilka innych opcji. W trakcie pracy, słuchając na rusztowaniu podcastu znalazła kolejne sposoby. Wszystkie potwierdzały, że takie działanie będzie wskazane, słuszne, mądre, że będzie emanacją jej pewności siebie oraz nowej tożsamości.

– I właśnie to mnie jakoś nie przekonuje – wyznała Karolina Krisowi, gdy w pobliskim sklepie kupowali prowiant na krótką górską wycieczkę, którą planowali razem z Calinem na niedzielę. – To powinno mnie uwolnić, zmienić, podkreślić, że jestem jakaś… nowa.

– A co, nie jesteś?

Dziewczyna zatrzymała się przy lodówkach pełnych kolorowych napojów gazowanych. Przez chwilę patrzyła na nie w milczeniu.

– A co, jestem?

Kris poprawił okulary, które zjechały mu na czubek nosa. 

– Na to pytanie tylko ty możesz sobie odpowiedzieć. No, wybieraj co tam chcesz i zmywamy się stąd, bo zaraz zamykają. 

Po powrocie ze sklepu Karolina zastała Irene leżącą na macie pod kocem w trakcie relaksacji po godzinnym ćwiczeniu jogi. Cichutko stąpając, żeby nie przeszkodzić koleżance w medytowaniu, Polka weszła do ciemnego pokoju. Postawiła zakupy na podłodze. Irene bardzo głęboko westchnęła i powoli podniosła się do siadu skrzyżnego. Zaintonowała mantrę om, a potem złożyła dłonie na wysokości serca. Otworzyła oczy. 

– Spokojnie, już skończyłam – powiedziała z uśmiechem. 

– Dzięki.

Karolina zdjęła ciepłą kurtkę i zaczęła rozpakowywać zakupy. Za jej plecami Włoszka powoli zwijała matę. Tknięta kolejną nagłą myślą, blondynka odwróciła się w stronę współlokatorki.

– Irene?

– Hm?

– Miałaś kiedyś moment, w którym zauważyłaś u siebie jakąś dużą zmianę? Nie wiem, na przykład kiedy zaczęłaś ćwiczyć jogę?

Dziewczyna stanęła nieruchomo z matą w ramionach. Zapatrzyła się w róg pokoju, jakby stamtąd ktoś wyświetlał jej odpowiedź na prompterze. 

– I tak, i nie. Mam ogromne problemy z kręgosłupem, więc joga jest świetnym ćwiczeniem fizycznym. Uspokaja mnie, pomaga poukładać sobie rzeczy w głowie. Wpływa na mnie, ale to jest ciągły proces, nie jakaś gruba kreska – ciach, koniec starej irene, teraz jest nowa, Irene-joginka.

Karolina usiadła na swoim łóżku z westchnieniem. Przez chwilę patrzyła na nieruchomą, bosą koleżankę ubraną w luźne ciuchy do ćwiczeń.

W końcu Polka wyciągnęła telefon z kieszeni i przeczytała sporządzoną wcześniej listę sposobów na odcięcie się od starych wspomnień czy błędów. Nadal żadne z działań nie przemawiało do niej tak bardzo, by chciała z niego skorzystać. Nie licząc tatuaży Hanki, wszystkie wydawały jej się mało atrakcyjne. Nie zamierzała jednak upamiętniać Wiktora, ani też podkreślać, że jest kimś nowym dzięki przeżyciom ostatniego roku. Podzieliła się z Irene tymi przemyśleniami.

– Czuję się bardziej, jakbym wracała do starej siebie  – dodała na koniec. 

Włoszka również usiadła na łóżku po swojej zabałaganionej stronie pokoju. 

– To co by zrobiła stara Karolina?

– Po prostu tatuaż, tak dla siebie.

– To go zrób. Tak dla siebie.

Następnego dnia rano przy stole Karolina zapytała Hankę, czy pomoże jej znaleźć jakiś sensowny sposób, by jeszcze w trakcie wymiany w Szwarcwaldzie mogła zrobić sobie pierwszy tatuaż. Koleżanka zapaliła się do tego pomysłu, przy okazji również chciała coś nowego dorzucić do swojej kompozycji na jednym z ramion. Przesiedziały dwie godziny niedzielnego wieczoru, szukając w internecie ciekawych miejsc, które znajdowały się w zasięgu kilku stacji pociągiem. Wreszcie udało im się dogadać z jednym z tatuatorów we Freiburgu, który znalazł nieodległy termin. Teraz pozostawało tylko ustalić, jaki wzór Karolina chce mieć.

– Góry – odpowiedziała natychmiast, z szerokim uśmiechem. – To muszą być góry.

63. Zmiany

Gosia zobaczyła, jak żona Czarnego niezbyt zgrabnie wchodzi na drewniany stół. Siedzący wokół ludzie wznieśli swoje butelki i zakrzyknęli coś na kształt wiwatu składającego się tylko z dźwięków. Kobieta poprawiła ciepłą kamizelkę, odchrząknęła i odrzuciła blond loki na plecy. Stanęła pewnie ze stopami rozstawionymi na szerokość bioder. Pomiędzy uciszającymi się nawzajem gośćmi imprezy wyglądała przez chwilę jak nieruchoma statua z zamkniętymi oczami.

– Co się dzieje? – szepnęła Gosia do Igora.

– Taka coroczna tradycja. 

Żona Czarnego zaczęła śpiewać arię operową.

Małgorzata Swadźba otworzyła buzię ze zdumienia. Jeszcze nigdy nie słyszała tyle dźwięku naraz w tak małej przestrzeni. Choć pieśń była pozbawiona jakiegokolwiek podkładu muzycznego, wiatr wiejący w kominie i naokoło chaty dodawał całości niezwykłego tła. Goście patrzyli na stojącą na podwyższeniu kobietę, a na ich twarzach malowały się wszelkie możliwe emocje. Śpiewaczka lekko unosiła dłonie, co rusz obdarzała swoją uwagą inną osobę, ale ani na chwilę nie przestawała jaśnieć jakimś niezwykłym światłem, które tylko artyści zakochani w swojej sztuce potrafią gromadzić i oddawać. 

Igor pociągnął nosem. Gosia ukradkiem rzuciła okiem na współprowadzącego audycję.  Uśmiechnęła się na widok wzruszonego, dwumetrowego wielkoluda. Redaktor Czarny patrzył na swoją żonę z uwielbieniem, kiedy kończyła arię wysokim tonem. Umilkła, ale jej głos jeszcze przez chwilę wibrował w powietrzu, wsiąkał w drewniane ściany, w stare tkaniny mebli, w nieruchomych ludzi. 

– Brawoooo!

Wszyscy rzucili się do wiwatowania na jej cześć, klaskali, gwizdali, tupali i wznosili wysoko swoje butelki czy szklanki. Czarny ujął dłoń żony i ucałował ją, pomógł jej zejść ze stołu.

– Andżelika pracuje w operze w Bydgoszczy – Igor nachylił się w stronę Gosi, żeby wśród wrzawy wypełniającej chatę usłyszała co mówi. – Poza ćwiczeniami i występami nigdy nie daje się namówić na śpiewanie, ale tutaj co roku przekonujemy ją, żeby uświetniła spotkanie.

– Boże. Przepiękne to było. I w dodatku po czesku.

– Tak. Można powiedzieć, że wyła do księżyca. No serio! – dodał, gdy Gosia spojrzała na niego z politowaniem. – To z Dvořáka.

– A gdzie ty masz swoją żonę, co? 

Redaktor oparł się ciężko o ścianę przy wejściu na schody. Dwoje gości przeszło obok. 

– Może zanim odpowiem, pójdziemy wymienić puste szkło na pełne? – Igor machnął swoim piwem w stronę dwójki, która znikła w kuchni. – Musimy się spieszyć, bo zaraz się skończy kraftowe, whisky, gin, cola i zostanie tylko…

– Możemy iść, ale nie musimy się spieszyć – Gosia mrugnęła porozumiewawczo. – Schowałam u siebie w torebce jeszcze całą butelkę nalewki. 

Igor z uznaniem pokiwał głową.

– Nie wiedziałem, że taki z ciebie strateg.

– Lata praktyki – odpowiedziała swobodnie. 

Dopiero widząc rozbawioną minę Igora zdała sobie sprawę, że może nie daje tym wyznaniem najlepszego świadectwa o sobie, ale machnęła tylko ręką. 

Po powrocie z kuchni usiedli razem na schodach prowadzących na piętro. Co jakiś czas musieli przesuwać się, by osoby chcące wejść na górę chatki mogły przejść. Drewniane stopnie były chyba ostatnim wolnym miejscem. Całą przestrzeń wypełniali ludzie, muzyka grana na instrumentach przez gości, butelki, jedzenie i gwar.

– To jest absolutnie niezwykłe, że nam się udaje co roku zapełnić to miejsce – Igor westchnął, patrząc z góry na krzątających się gości. – Pierwszy raz byłem u Czarnego na Andrzejkach chyba z dziesięć lat temu. Wiadomo, ekipa się trochę wymienia, niektórzy musieli po drodze zajmować się dziećmi, a potem wrócili.  Część wyjechała, ktoś tam zupełnie odpłynął w życiu, pokłócił się albo przeprowadził do innego kraju… Ale co roku wracamy do tego lasu i gramy, pijemy, aż wszyscy się skończą.

– Bardzo mi się tu podoba – Gosia oparła głowę o ścianę wyłożoną boazerią. – Nawet nie czuję się obco, chociaż trochę się tego obawiałam.

– To najlepszy znak, że jesteś właśnie w tym miejscu w swoim życiu, w którym powinnaś – Igor wyciągnął swoją butelkę w stronę koleżanki i zachęcił ją gestem, by stuknęła swoim piwem o jego. 

– Patrz, patrz, nawet Stary Waldek gra! – dziewczyna aż wychyliła się do przodu, gdy zobaczyła poważnego przełożonego z harmonijką w ustach. 

– Oczywiście, Waldek to jest rasowy bluesman!

Przez chwilę oniemiała Gosia patrzyła w dół na ludzi. Niektórzy już rozgrzali się od kominka, muzyki albo alkoholu. Zdejmowali swetry, kraciaste koszule i puchowe kubraczki, które na początku były niezbędne, by wytrzymać zimno. Znana Gosi z korytarza radiowego kobieta o okrągłej budowie usiłowała namówić do tańca jednego ze starszych gości. Nie prosiła długo – już za chwilę oboje wirowali na wytartych deskach, a wokół ludzie cieszyli się i klaskali.

– To gdzie jest twoja żona?

Igor uśmiechnął się.

– Nie odpuszczasz, co?

– Nigdy.

– Kasia oficjalnie ma dyżur w szpitalu.

– A nieoficjalnie?

– Nieoficjalnie też.

– Ale pewnie nie musiała go brać. Albo zamieniła się z kimś. Albo stwierdziła, że zrobi ci na złość, bo się pokłóciliście.

Chłopak o zmęczonym wyrazie twarzy stanął u stóp schodów i spojrzał na siedzących na stopniach radiowców. Igor przesunął się w stronę Gosi, przepuścili go na górę. 

– Jesteśmy małżeństwem od ośmiu…? Dziewięciu lat. I na początku zawsze ze mną przyjeżdżała do chaty na Andrzejki. Ale zmieniła się, jak to ona mówi, jest zbyt zmęczona. Nie potrzebuje takich spotkań. Nie chce marnować na nie czasu. Woli siedzieć w domu i odpoczywać albo pracować, żeby zarabiać na nasz kredyt.

– O rajuśku – Gosia pociągnęła łyk ze swojej butelki. – Jak dla mnie, taki czas z muzyką i ludźmi to najważniejsze, co bym chciała w życiu robić. No i reportaże – dodała po chwili, obserwując jak do pierwszej tanecznej pary dołącza druga. 

– Ostatnio nie dogadujemy się zupełnie – mówił dalej Igor. Przerwał na chwilę, gdy chłopak schodzący teraz z góry klepnął go w ramię. Razem z Gosią zrobili miejsce na schodach i przepuścili go raz jeszcze. – Kasia nie ma dla mnie czasu. Zresztą wydaje mi się, że nie jestem już dla niej interesujący, byłem tylko środkiem do realizacji jakiegoś życiowego celu. Znaleźć faceta – odstawił butelkę na stopień koło swojej nogi i gestykulował dłońmi, wyznaczając odcinki w powietrzu. – Wyjść za mąż. Zbudować dom. Ustawić się. Tyle. 

– Macie dzieci?

– Nie. To też była jej jednoosobowa decyzja. 

Gosia przesuwała palcem po gładkiej powierzchni swojej butelki, nie mogąc złożyć w głowie kolejnego pytania albo kojącej odpowiedzi, którą chciała obdarzyć smutnego Igora. W tamtej chwili wydawał jej się taki zamknięty w swoim zrezygnowaniu, a jednocześnie potrzebujący ciepła, że nikt inny na świecie nie mógł mieć większego prawa do bycia pocieszonym.

Wyciągnęła ramię i pogłaskała go dłonią po plecach. Zdziwiony redaktor spojrzał na nią z wdzięcznością. 

– Spytałaś z własnej inicjatywy, to teraz przyjmuj odpowiedź.

Po chwili milczenia Igor również wyciągnął ramię, by przyciągnąć Gosię do siebie i się do niej przytulić. Czuła, jak alkohol wlany do żołądka zamazuje jej świadomość na krawędziach i wyostrza poczucie, że dokonuje się właśnie coś niezwykłego. Było jej naraz dobrze, melancholijnie, tęskno i ciepło.

Muzycy na dole przestali grać. Towarzystwo rozeszło się do kuchni, łazienki lub na papierosa przy wejściu. Nadal przytuleni Gosia i Igor przepuścili na schodach kilka osób, które wchodziły na górę lub schodziły w dół. W końcu wstali, żeby nie tamować ruchu.

– To co, dobijamy ten wieczór nalewką? 

– Nie odmówię.


Trzy godziny później siedzieli w czwórkę przy kuchennym stoliku z Igorem, Starym Waldkiem i żoną Czarnego, która okazała się wyjątkowo wytrwała jako gwiazda imprezy. Większość gości już zdążyła położyć się spać w miejscach, w których znaleźli kawałek kanapy albo materaca. Dwoje muzyków grało jeszcze w sąsiednim pokoju ciche piosenki. Nikt nie był już w stanie rozróżnić ani zaśpiewać tych melodii.

– Proszę bardzo – śpiewaczka rozlała do małych kieliszków wiśniowy płyn, odstawiła pustą butelkę na stół przykryty ceratą. – Wiecie, to wyjątkowa okazja. Zazwyczaj w ogóle nie piję. 

– Jakaż to okazja, Andżeliko, najpiękniejszy głosie po obu stronach Wisły?

– Pijemy za moje rozstanie… Z operą.

Nad stołem natychmiast podniósł się pijacki lament. Gosia odstawiła wzniesione już w powietrze szło i pochyliła się do przodu.

– Niemożliwe! – zawołała. – Dlaczego?

– Mój czas się kończy. Do cholery, tyle lat spędziłam na deskach, że naprawdę cięzko to przychodzi, ale nie dam sobą pomiatać. Otóż – kobieta przymknęła oczy i uśmiechnęła się szeroko, gdy mówiła: – Zdaniem dyrektora jestem do większości ról za stara i za gruba.

Głosy sprzeciwu raz jeszcze wypełniły ciasną kuchnię. Igor pokręcił głową z niedowierzaniem.

– Ja nie wiem, gdzie ten człowiek ma oczy – wybełkotał oburzonym tonem. – Nie przejmuj się nim i śpiewaj! Przecież jesteś piękna i masz ogromny talent!

Gosia jak przez mgłę patrzyła na śpiewaczkę, która unosi w górę wskazujący palec. 

– Podjęłam decyzję. Nie będę już tam pracować. 

Stary Waldek westchnął głęboko.

– Na zmiany nie da rady – powiedział. Spojrzał nad stołem na wszystkich po kolei. – Wy to jeszcze macie przed sobą tyle nowych dni, tyle odkryć i tyle zmian…

– Czasem trzeba im się po prostu poddać – dopowiedziała Andżelika. Kiedy chwyciła swój kieliszek, złote loki poruszyły się na jej ramionach. – Kochani. Wypijmy za zmiany.

– Za zmiany!

– Za zmiany. Ale tylko te dobre.

– Ja piję za wszystkie. 

Po kolei wszyscy zmęczeni goście wychodzili z kuchni, aż zostali w niej tylko Gosia i Igor. Dziewczyna półleżała na stole. Patrzyła z tej perspektywy na starą lampkę z kloszem upstrzonym muchami. Choć miała za sobą kilometry trasy przebytej w wakacje, kilka niezwykłych doświadczeń prosto z Bałkanów, wiele litrów przetworzonego alkoholu w życiu, to coś wyjątkowego w tych muzycznych Andrzejkach nie dawało jej jeszcze zasnąć. 

W pole widzenia wszedł Igor, zasłaniając lampkę.

– Gosieńko. Idź spać. 

Dziewczyna posłusznie podniosła się z krzesła. Jednak zamiast udać się w stronę drzwi, podeszła do kolegi i mocno się do niego przytuliła. Igor objął ją. Oboje zamknęli oczy. Stali tak długo w ciszy, słysząc jedynie pochrapywanie któregoś z gości nocujących w pokoju obok i szum wiatru. 

 

62. Wróżba klucz

Gosia poczuła, jak w jej wnętrzu głowę podnosi ognista bestia.  Dziewczyna spojrzała na osłonięty siateczką mikrofon i wiedziała, że nie jest w stanie powstrzymać odpowiedzi ani w żaden możliwy sposób jej wygładzić.

– Jeśli tak interpretujemy słowa naszego słuchacza, pana Mirka – zaczęła powoli, precyzyjnie dobierając słowa. – To z pewnością przyznasz mi rację, gdy zaproszę wszystkie słuchające nas panie do takiej małej, spontanicznej radiowej akcji przełamywania stereotypów. Drogie kobiety i dziewczyny, dajcie nam znać, jeśli  kiedykolwiek  ktoś  zarzucił wam, że nie macie tak wielkiego talentu do prowadzenia pojazdów jak mężczyźni, a w rzeczywistości było wręcz odwrotnie. Jestem pewna, że zbierzemy ciekawe historie i zamieszamy trochę od rana na toruńskich drogach. Piszcie na adres mailowy naszej audycji lub dzwońcie. 

Igor w napięciu obserwował Gosię, która z wypiekami na twarzy odsunęła się nieco od mikrofonu.

– A my w tym czasie trochę ostudzimy emocje – powiedział. – Pomoże nam w tym zespół Raz Dwa Trzy.

Czerwona lampka w pomieszczeniu na chwilę zgasła. Gosia zobaczyła kątem oka jak za szybą studia wzmaga się ruch. 

– No, maleńka – Igor pokręcił głową. – Teraz to faktycznie zamieszałaś na toruńskich drogach.  Nie mieliśmy dzisiaj takich feministycznych zagrywek w scenariuszu. 

– Feministycznych? – Gosia zdjęła jedną słuchawkę z głowy.  W drugiej wciąż słyszała spokojną muzykę. – Mogłabym równie dobrze powiedzieć, że nie mieliśmy w planie  czytania na antenie takich seksistowskich bzdur o kobietach za kółkiem. To w ogóle nie było śmieszne.

Drzwi do studia otworzyły się. Stanął w nich wydający audycję Stary Waldek. Na jego widok dziewczyna zesztywniała i mocniej ścisnęła oparcie fotela.

– Bez takich niespodzianek poproszę – powiedział, wpatrując się w młodą dziennikarkę. Z jego twarzy trudno było wyczytać jakąkolwiek emocję. – To jest miła audycja poranna, a ty prowadzisz ją drugi dzień. Jeśli chcesz mieć na koncie trzeci, to się opanuj. Continue Reading

61. Karolinie z przyszłości

Karolina przesunęła swój telefon tak, żeby kamerka zdołała uchwycić całą przestronną nawę kościoła.

– Nieźle! – odezwał się w słuchawkach głos Sowy. – Naprawdę masz tam co robić.

– Prawda?

Rozradowana Karolina podeszła do rusztowania z telefonem w ręce.

– Spróbuję wejść chociaż o dwa poziomy wyżej, to pokażę ci z bliska…

– Ej, ej, to nie jest niebezpieczne, kiedy tak sobie hasasz po rusztowaniu i trzymasz drabinę tylko jedną dłonią?

Blondynka uśmiechnęła się do ekranu. 

– Kochana, nie takie rzeczy się tu dzieją.

Przez następne dziesięć minut Karolina z zapałem opowiadała Sowie o wszystkich elementach odnawianego malowidła i dekoracji. Pokazała jej w zbliżeniu materiały, pędzle, kilka skończonych już, złotych ornamentów. Po wygłoszeniu pełnej entuzjazmu opowieści konserwatorskiej dziewczyna poprosiła Sowę, by ta pokazała jej strych na Chopina, którego metamorfoza właśnie się rozpoczęła. Kredyt hipoteczny zapewnił pierwsze pieniądze na odnowienie pomieszczeń i wszystko wyglądało inaczej. 

– O, a tu będzie taka piękna łazienka – Sowa zakręciła się wokół własnej osi. Remontowy kurz zawirował w powietrzu. 

Światło z małego okienka wydobywało z ciemności tylko niewielki fragment pomieszczenia, więc Karolina kazała Sowie zatrzymywać się aż soczewka złapie ostrość i dokładnie opisywać stan robót. Uparła się nawet, żeby zatrzymać kamerę telefonu na numerach papieru ściernego, którego używali do oczyszczenia belek.

– Okej, teraz czuję się bardziej jak część tego procesu – westchnęła blondynka, siadając w czystych spodniach na brudnym rusztowaniu. – Bardzo mi przykro, że nie mogę być tam z tobą, kiedy realizujesz takie wielkie i ciężkie marzenie.

– Co mam ci powiedzieć. Ja też żałuję, że cię tu nie ma – Sowa wzruszyła ramionami. – Ale widzę jak dobrze ci robi pobyt w Niemczech. Z tego co pisałaś, ekipa też fajna?

– Tak, tak – blondynka pokiwała głową. – Coraz lepiej ich poznaję. To są totalnie ludzie z mojego plemienia! Podróżują, mają niesamowite pomysły na życie, różne pasje… Są też czasem strasznie męczący. Wiesz, ile można pić? Ja nie wiedziałam! – Sowa roześmiała się po drugiej stronie telefonu. –  I jak wytrzymać w pokoju z dziewczyną, która nie zna słowa “porządek” w żadnym możliwym języku… Ale na współlokatorkę nie będę narzekać, poza tym syfiarskim stylem życia Irene jest cudowna. Hanka za to chyba mnie trochę nie lubi, bo mam własne zdanie, a jej się podoba dominowanie. Z chłopakami złapałam świetny kontakt. Dzisiaj wolny dzień, więc niedługo idziemy sobie trochę pojeździć i połazić po okolicy. Nawet Gianni się wybiera, nasz szef.

– Super – Sowa uśmiechnęła się po drugiej stronie ekranu. – A powiesz mi, co wyszło z tym Wiktorem? Jak to się stało, że się zgubił? Znalazł się już?

Continue Reading

60. Nie czekasz, nadchodzi

Sowa ze spotkań z terapeutą zazwyczaj wracała zamyślona, często nawet pełna nowej nadziei, ale nigdy zdołowana. Dziś wyjątkowo po trudnej rozmowie  czuła się jak stara, wielokrotnie ściskana gąbka do naczyń, której kolor zaginął w odmętach czasu i której twardsza strona zmechaciła się od częstego używania. Traktowała ten stan jak zakwasy powstałe po dobrym treningu, ale otwarte w głowie procesy myślowe zdawały jej się być dużo bardziej dojmujące niż zwykłe zmęczenie. Idąc z przystanku do domu na Chopina oprócz siatek z jedzeniem ze sklepu dźwigała kilka wielkich, mrocznych wspomnień. Zmierzch pojawiał się coraz wcześniej i coraz skuteczniej otulał mokre ulice miasta, więc otoczenie nie pomagało jej w wydobyciu głowy z tych odmętów. Dopiero kiedy wchodziła po schodach na piętro, pomyślała o hostelu i uśmiechnęła się do siebie. 

Zanim pod drzwiami udało jej się znaleźć klucze, zadzwonił telefon. Spojrzała na wyświetlacz. Przez chwilę w ciemności korytarza ekran świecił błękitem, wydobywając z mroku tylko niewyraźne kontury dłoni, nosa i okularów dziewczyny. Z głębokim westchnieniem odstawiła siatki z zakupami na ziemię. Przesunęła zieloną słuchawkę.

– No halo.

– Cześć, jesteś w Toruniu? – głos Stanisława dochodził prawdopodobnie z samochodu. W tle było słychać szumy i trzaski.

– Jak zawsze.

– A mógłbym się u ciebie zatrzymać na noc?

Sowa na chwilę przerwała szukanie kluczy w torebce

– Raczej tak – odpowiedziała bez przekonania.

– Na pewno?

Dziewczyna milczała.

– Jeśli nie, to oczywiście zrozumiem.

– Możesz, możesz – westchnęła w końcu. – O której będziesz?

– Jeszcze nie wiem, pewnie koło dwudziestej pierwszej – głośny szum prawie zagłuszył ostatnie słowa. – Dam jeszcze znać.

– Okej, jasne. To pa.

– Pa!

Continue Reading

59. Wyzwanie

– Dobrze to robię?

– Wspaniale. Jakbyś całe życie trenowała.

– Trochę tak było.

Sowa roześmiała się. 

– Nie no, serio – leżąca na dywanie Mania potoczyła wzrokiem od zasłoniętego okna, przez skupioną na malowaniu rzęs Gosię aż po właścicielkę mieszkania, która siedziała na swoim łóżku oparta o poduszki. – To jest maska. Przypięli mi łatkę aktywnej, impulsywnej, zawsze czymś zajętej i przejętej, a nikt się nie zastanawia nad tym, z czego ta siła wypływa.

– A z czego wypływa? – Gosia odwróciła się na chwilę. Jedno jej oko pomalowane ciemnymi kosmetykami wyglądało na ogromne, a drugie, jeszcze niegotowe, jakby ktoś nieproporcjonalnie zmniejszył je w programie graficznym. – Podziel się, może na nas też skapnie coś z tej mocy.

– Nie skapnie. Nie samo z siebie – Mania pogłaskała sploty dywanu. Uśmiechnęła się tajemniczo. – To jest droga, którą każdy musi przejść sam. Robienie głupich rzeczy, odkrywanie, wkurwienie że to tak długo trwa, melancholia, radość z dotarcia do jakichś wniosków i znów od początku. Podróż przez tożsamość swoją, a potem przez tożsamość tej drugiej osoby… Której osmarkane chusteczki rozrzucone dla dekoracji po całym pokoju stają się twoją codziennością. 

Sowa powolnym ruchem ręki włączyła muzykę. Nad podłogą snuły się wieczorne nuty wypływające ze starej wieży ustawionej obok łóżka, Gosia niespiesznie kończyła przygotowywać się do wyjścia, Mania leżała bez ruchu i bez słów. 

– No, jak tego nie doceni, to nie wiem, gdzie ma oczy – podsumowała brunetka, obracając głowę na wszystkie strony przed wielkim lustrem Sowy. 

– Kto?

– Maciek – Gosia schowała do kosmetyczki wszystkie pędzle i paletki, których używała do zrobienia makijażu. – Idziemy do jakichś jego znajomych na wieczór. 

– A ostatnio nie doceniał? 

Continue Reading

58. Krok w tył

– Nie rób kroku w tył.

Karolina miała na głowie słuchawki, więc tylko z ruchu warg koleżanki odczytała ostrzeżenie i zamarła w miejscu, w którym stała. Irene przywołała ją gestem. Polka bardzo powoli odstawiła na podest trzymany w ręce kubek z rozwodnionym wapnem. Kolejnym ruchem Włoszka przywołała Karolinę do siebie i kiedy ta była już blisko, ściągnęła jej słuchawki.

– No ładnie – westchnęła Irene. – Wiesz, że mogłaś sobie co najmniej złamać kręgosłup?

– O, kurczę – Karolina obejrzała się za siebie gwałtownie. – To już drugi raz dzisiaj…

– Jakaś rozkojarzona jesteś, przecież ostatni tydzień skakałaś po rusztowaniu jak wiewiórka.

Blondynka oparła się ramieniem o chłodną, pionową rurę. Omiotła wzrokiem przestronną nawę kościoła. Gdzieś nad ich głowami Hanka nuciła do muzyki, która brzmiała w jej słuchawkach, a Kris hałasował schodząc po drabinie na niższy poziom konstrukcji. Z ostatniego stopnia chłopak zeskoczył lekko i stanął obok dziewczyn, które nadal przeżywały swój strach.

– Co jest?

– Może powinnam trochę odpocząć…

Od początku swojego pobytu w klasztorze Karolina nie znalazła nawet chwili, by spokojnie poleżeć na łóżku. Cała gromadka zatrudnionych w projekcie młodych ludzi ciężko pracowała i jeszcze ciężej balowała po pracy. Codziennie wieczorem po zejściu z rusztowania spłukiwali z siebie biały pył, farbę i złote płatki kruszące się z odnawianych zdobień. Spędzali czas razem rozmawiając, jedząc, pijąc lokalne piwo, włócząc się po klasztornych korytarzach i ogrodach. Zgodnie z zapowiedzią w poprzedni weekend Hanka zorganizowała wyprawę do Bazylei, gdzie spędzili wieczór bardzo bogaty w wydarzenia i imprezy. 

– To idź do pokoju, połóż się, zdrzemnij – Irene mieszała w swoim plastikowym kubeczku brązowy płyn o drażniącym zapachu. Patrzyła uważnie na koleżankę. 

– Nasz pokój to nie jest specjalnie dobre miejsce do odpoczynku – Karolina podniosła na chwilę wzrok. Uśmiechnęła się krzywo. – Najpierw musiałabym odgruzować wszystko spod trzech warstw brudnych ciuchów i butelek po coli, a potem dopiero się położyć.

Irene wytknęła język. Odwróciła się plecami do Polki, a chustka zawiązana na jej głowie śmignęła w powietrzu przed nosem zdumionego Krisa. Włoszka postawiła stopę na drabinie i ruszyła do góry na wyższy poziom rusztowania.

– Ale tak serio, to chyba pójdę już do pokoju – powiedziała Karolina, strzepując z rękawa złote płatki, które sypały się z góry. – Nic nie jestem w stanie już dzisiaj z siebie dać.

– Jeśli będzie ładnie, może ten weekend po prostu spędzimy łażąc po górach? – zaproponował Kris. – Odpoczniesz na pewno, bo tu nie ma żadnych szalonych tras. 

– O – dziewczyna uśmiechnęła się szeroko. – Super pomysł. Pogadamy o tym wieczorem?

– Jasne.

Karolina odbyła krótką procedurę opuszczania rusztowania: umyła pędzle, odstawiła na miejsce wszystkie pojemniki i narzędzia. W zeszycie wiszącym na jednym z elementów najniższego poziomu wpisała godzinę zejścia ze stanowiska pracy. Przechodząc przez nawę kościoła w kierunku wyjścia minęła dwie uśmiechnięte siostry zakonne, które dźwigały naręcze kwiatów do dekoracji ołtarza. 

Na schodach prowadzących do pokoju Karolina poczuła wibrowanie telefonu. Wyjęła go z kieszeni pewna, że to jakieś zwykłe powiadomienie, ale na wyświetlaczu podskakiwała zielona słuchawka. Nieznany numer dzwonił z Polski.

– Tak, słucham?

– Czy rozmawiam z Karoliną Kowalską?

– Tak.

– O, super! Udało się – nerwowy dziewczęcy głos po drugiej stronie na chwilę ucichł. – Nawet nie wiem, jak zacząć albo zapytać… Szukamy Wiktora. Zaginął.

Karolina rozejrzała się wokół siebie nieprzytomnie. 

– Jak to, zaginął?

Nie mamy od niego żadnej wieści od kilku tygodni. Ach, nie przedstawiłam się – głosik chrząknął przepraszająco. – Jestem jego siostrą. Przyrodnią. Pewnie o mnie nie wspominał, bo nie lubi mojego ojca… No nieważne. Czy miałaś może z nim jakiś kontakt w ostatnim czasie?

Karolina usiadła na chłodnym stopniu schodów. Zanim odpowiedziała, przymknęła oczy i głęboko westchnęła. 

– Raczej dawno. Napisał do mnie list po moim wyjeździe z Kirgistanu. Długo go nie otwierałam, przeczytałam dopiero w zeszłym tygodniu. Coś tam było o jego planach… – przesunęła ręką po oprószonych białym pyłem, sztywnych włosach. – Chciał wracać do Polski, ale tylko przejazdem. A potem być może zatrudnić się w schronisku w Alpach.

– Aha, to się w sumie pokrywa z wersją Tomka i Nataszy – wymruczała do siebie dziewczyna po drugiej stronie. – Dobra, zapisałam. Przepraszam, że tak przepytuję, nie było w tym liście innych informacji? Jakichkolwiek?

– Och, tylko jakieś bzdury o gwiazdach.

Karolina poczuła, jak na wspomnienie treści wzbiera w niej fala złości. Wstała ze stopnia schodów, żeby przepuścić przechodzącego starego ogrodnika. Kiedy przeszedł nie usiadła jednak z powrotem, ruszyła za nim w stronę swojego pokoju. 

– Na pewno nie było nic dziwnego? Żadnych wskazówek, dopisków, czegokolwiek?

– Kilka kropli wosku. I bardzo zamazany numer na odwrocie kartki.

– Numer? Numer telefonu? A mogłabyś sprawdzić, czy da się go jakoś odcyfrować? – głosik przyrodniej siostry zabrzmiał błagalnie.

– Być może. Nie wiem, czy jestem w stanie odzyskać ten list, bo wyrzuciłam go do kosza – Karolina stanęła na szczycie schodów. Skręciła w stronę pokoju. W nerce przypiętej na biodrach szukała klucza do drzwi. – Ale moja współlokatorka jest taką bałaganiarą, że być może te śmieci nadal są dostępne do przeszukania.

– Kurde, zawsze pod górkę z tym Wiktorem – jęknął głosik w słuchawce. – Jeśli uda ci się znaleźć list, to proszę wyślij mi zdjęcie tego numeru. Będę bardzo, bardzo wdzięczna.

– Jasne – odpowiedziała Karolina szybko. – Strasznie mi facet zalazł za skórę, ale głupio, jakby się gdzieś zapodział, skoro najwyraźniej jest czyimś bratem, tylko jakimś cudem zapomniał mi o tym wspomnieć.

– No tak, no tak. No nic. To czekam na sygnał. Jeśli nie znajdziesz listu, też daj znać.

– Okej, jasne. Powodzenia w szukaniu.

Karolina zakończyła rozmowę i przekręciła klucz. Za drzwiami do pokoju czekało na nią późnopopołudniowe słońce, firanka lekko poruszająca się z podmuchem wiatru, stos ciuchów piętrzący się w strefie zajmowanej przez Irene oraz zawalony przedmiotami stolik, gdzie królowały zwiędłe kwiaty w wazonie oraz otwarty laptop. Dziewczyna spojrzała w stronę kosza na śmieci. Był pusty.

Continue Reading