Wczorajszy Stanisław i poranna kawa

Sowa obudziła się, gdy promień słońca przemierzył już pół pokoju i zatrzymał się, złośliwie drapiąc ją po czerwonym nosie. Oprócz swędzenia poczuła natychmiast cierpko-kwaśny posmak w ustach, którzy na zmianę z uczuciem suchości sprawiał, że pierwsze sekundy po przebudzeniu były dosyć nieznośne. Jednak te drobne niedogodności nie spowodowały większego poruszenia. Dziewczyna była wdzięczna, że grawitacja przyciąga ją rozkosznie do łóżka i nie planowała szybko tego zmieniać.

Niedługo po przebudzeniu zmysły Sowy zaczęły jednak pracować na coraz wyższych obrotach i co chwilę dowiadywała się nowych rzeczy o swoim położeniu. Wiatr wpadał przez otwarte okno, chłodził rozgrzane czoło. Jakaś zabłąkana mucha tłukła się o szybę („Wydaje takie dźwięki, jakby ważyła pięć kilo” – pomyślała Sowa leniwie), a w pokoju obok skrzypiały podłogowe deski. Pod kołdrą było dosyć ciepło, więc dziewczyna poruszyła ręką, by odkryć chociaż brzuch.

Otworzyła oczy szeroko i zatrzymała rękę w pół gestu. Natychmiast cofnęła ramię, by się przykryć.

Była całkiem naga. I kompletnie nie pamiętała, jak to się stało.

Continue Reading

Obie obawy

Karolina z westchnieniem prawdziwego szczęścia zamoczyła gorącą, chrupiącą frytkę w sosie i połknęła ją. Miała wrażenie, że gdy tylko postawiła stopę na tureckiej ziemi, przekroczyła bramy kulinarnego raju.  Od kilku dni codziennie odkrywała nowe smaki, które pieściły jej podniebienie na każdy możliwy sposób.

Wyśmienite w dzisiejszym lunchu były nie tylko frytki – wszystko miało znamiona doskonałości. Po zjedzonych w tym tygodniu kilku wersjach tureckiego kebabu, po kaszy bulgur, wyśmienitym köfte i ośmiu różnych rodzajach słodyczy, składających się głównie z miodu i orzechów, poprzysięgły sobie z Gosią o poranku ostatniego dnia wspólnej podróży, że zjedzą już tylko jogurt i po jednym obwarzanku z sezamem.

– O Boże, jak ja się szaleńczo cieszę, że tu weszłyśmy – prawie zaśpiewała Gosia znad swojego hamburgera. – I nie uwierzysz. Mam kawałek prawdziwego bekonu! Wieprzowina w Stambule!

Stół był szczelnie zastawiony kolorowymi pojemniczkami z jedzeniem: od kubełków frytek, miseczek z sosami, talerzy świeżych ogórków i pomidorów, przez cudownie żółciutki omlet, hamburgery, aż po chrupkie małe bułeczki oraz nieodłączne szklaneczki z turecką herbatą.

– Bez sensu, że już lecisz do Kirgistanu – marudziła Gosia. – Dopiero co znalazłyśmy tę knajpę w kolorowe komiksy! Pomyśl, co jeszcze mogłybyśmy odkryć, gdybyś została. Spędziłybyśmy trzy lata w Stambule i codziennie jadły obiad w innym miejscu. Nie możesz teraz mnie opuścić, gdy wymyśliłam taki wspaniały plan na życie! Będę jeść w Stambule. To mój cel.

Continue Reading

Albo grubo, albo wcale

Sowa położyła się na trawie z westchnieniem prawdziwej ulgi. Ktokolwiek wymyślił całe to łażenie po górach, z pewnością nie wspinał się w upale, w czasie okresu, mając odrobinę za luźne buty. Nie była to też osoba o jasnej karnacji, którą słońce złośliwie kąsa po ramionach, zostawiając czerwone plamy. Chyba, że ten ktoś po prostu lubił cierpieć.

Dziewczyna przejechała ręką po szorstkiej, spalonej słońcem trawie i poczuła, jak w jej głowie mimowolnie przelewają się wspomnienia. Takie leżenie, terapeutyczna sesja kontaktu ze stabilnym podłożem, na Chopina zazwyczaj przydarzało się w okolicach egzaminów. Na dywanie albo spoczywały pokotem wszystkie lokatorki, albo odbywały terapię partiami. Tuliły wykładzinę z płaczem, z ulgą, z rezygnacją, a czasem z niekomfortową mieszanką tego wszystkiego naraz. Dywan jako symbol poczucia przywiązania do rzeczywistości znosił to zawsze z godnością. „Tak samo pewnie ta trawa” – pomyślała Sowa, odczuwając przyjemność z szorstkiego dotyku zielonych kępek. Czuła je całym swoim ciałem. „Cokolwiek się działo na tej hali, ta trawa to zniosła. Każdy deszcz, śnieg i burzę…”

– Mogę się tego od ciebie nauczyć? – wymamrotała w stronę ziemi, nie otwierając oczu.

– Czy wszystko w porządku?! – rozległo się nagle wołanie od strony ścieżki.

Sowa poczuła dudnienie, narastające wraz ze zbliżaniem się człowieka w jej stronę. Kiedy z trudem rozlepiła spocone powieki, mężczyzna klęczał już przy niej, by zbadać oddech.

„Tylko nie obcy ludzie, którzy mnie dotykają!” – w jej głowie zabrzmiał dzwonek alarmowy, machnęła więc ręką w stronę mężczyzny. Roześmiała się trochę nerwowo, a potem przetoczyła z brzucha na bok, aby pokazać mu, jaka to jest cała i zdrowa. Niestety ten manewr sprawił, że koszmarnie rozbolały ją naraz oba jajniki.

– Chyba jednak nie wszystko w porządku? – powiedział zaniepokojony przybysz.

Continue Reading

Emocje bez boiska

W ciasnej uliczce stambulskiej dzielnicy Beşiktaş prawdopodobnie zgromadzili się wszyscy mieszkańcy okolicznych domów, sąsiednich dzielnic i być może w ogóle tej części miasta. Wśród falujących tłumów kibiców ci bardziej zaradni znaleźli swoje miejsce na wystawionych na zewnątrz stołkach i krzesłach. W dobrej sytuacji znajdowali się także stojący ramię w ramię ludzie, którzy dość szczelnie wypełniali przestrzeń pomiędzy barowymi meblami na chodniku. Jeśli ktoś przyjechał lub przyszedł już po rozpoczęciu meczu, mógł jedynie zadowolić się miejscem siedzącym na krawężniku, co wiązało się z notorycznym uskakiwaniem przed pędzącymi skuterami lub samochodami.

Niezależnie jednak od tego, czy było im wygodnie, czy zupełnie nie, każdy z kibiców wpatrywał się w jeden z telewizorów i z napięciem komentował ruchy swojej drużyny oraz przeciwników. W chmurze pełnej okrzyków, dymu papierosów, wznoszenia rąk i przede wszystkim typowo restauracyjnego gwaru była jedna osoba, która usiłowała usłyszeć sygnał telefonu.

Gosia przyciskała smartfon do ucha już po raz piąty tego wieczora. Obok niej Karolina prowadziła żywą dyskusję z Yusufem i jego kolegami, zupełnie rześka po swojej drzemce na sofie. Gosia bardzo chciała się przyłączyć do wszechogarniającej, pełnej napięcia i radości atmosfery. Niestety cały czas czuła na karku oddech Urzędu Skarbowego, który wiele kilometrów dalej podejmował właśnie wysiłki, aby uczynić z niej przestępcę podatkowego.

– Halo? Tu telefon Hrabiny – odezwał się nagle po szóstym sygnale miły, męski głos w słuchawce.

Continue Reading

Hrabina i koronkowe majtki

– Czy ty nie powinnaś gdzieś wyjechać? – odezwał się Maciek, kładąc  na stole w kuchni dodatkową parę kluczy, które specjalnie dla niego dzień wcześniej Sowa wygrzebała z czeluści szuflady.

Właścicielka mieszkania siedziała na balkonie, a swoje spuchnięte stopy zanurzyła w misce pełnej zimnej wody. Odpalała już drugiego papierosa, choć była dopiero dwunasta.

– Niby gdzie? – odpowiedziała, nie patrząc na swojego rozmówcę.

– Nie wiem, gdzie, hrabino – Maciek w dwa dni przeszedł proces tytułowania Sowy na różne sposoby. Zaczął od „landlordzie”, potem bardziej wykwintnie „diuszeso”, przez staropolskie „mości dobrodziejko”, aż do ostatecznej formy „hrabino”, którą to łaskawie zaakceptowała. – Ale jeśli teraz nie wyjedziesz, prawdopodobnie czeka cię tu jakaś zagłada.

– Skąd ta myśl – prychnęła dziewczyna i zaciągnęła się nerwowo papierosem.

Maciek wszedł w jej pole widzenia ze swoimi ramionami atlety. Sowa natychmiast wewnętrznie zmiękła. Postanowiła pozwolić mu wypowiadać do niej słowa, skinęła uprzejmie głową, a tradycyjny koczek zaplątany na czubku jej głowy przechylił się przy tym łaskawym ruchu nieco do przodu.

– Znamy się krótko, ale już nie raz takie rzeczy widziałem. Mój brat to pracoholik i do tego jest uparty jak osioł. Rok temu postanowił pracować w korpo, od tego czasu ma błędny wzrok, wypala pięć paczek dziennie, przestał śpiewać pod prysznicem i jeśli koszula nie jest idealnie wyprasowana, robi swojej dziewczynie awanturę na pół miasta. Nie byle jakiego, bo mieszkają w Łodzi.

Maciek oparty plecami o metalową barierkę balkonu, spojrzał na bose stopy Sowy zanurzone w wodzie. Po krótkiej chwili milczenia pokazał ręką na nogi dziewczyny.

– Pracujesz w sklepie, prawda?

– Tak.

– Jesteś sprzedawcą? Albo może nawet kierownikiem zmiany?

– Tak.

– Ile razy dziennie chcesz zamordować człowieka?

Continue Reading

Stambuł i Urząd Skarbowy

– A ja myślałam, że w domu było gorąco – wysapała Karolina, po czym wczołgała się w zacienione miejsce pod drzewem. – Zaraz się rozpłynę i umrę jako plama z człowieka.

Gosia westchnęła. Leniwie rozciągnęła ramiona, po czym opuściła dłonie na zaskakująco zieloną trawę.

– Oni chyba muszą ją codziennie  podlewać albo wymieniać co tydzień – zauważyła, przesuwając ręką po źdźbłach. – Niemożliwe, że przy tylu turystach i takim słońcu ona jeszcze daje radę…

Mimo ponad czterdziestu stopni Stambuł absolutnie wszędzie tętnił życiem. Od kiedy o poranku dziewczyny opuściły mieszkanie swojego hosta, nawet przez pięć minut nie przebywały same. Zdawało się, że wszystkich mieszkańców i gości miasta obowiązuje obowiązek współdzielenia przestrzeni przekraczającej 4 metry kwadratowe.

Continue Reading

Gość w niechciany dom

Deszcz zaczął padać mniej więcej wtedy, gdy Sowa w pośpiechu przebiegała przez pasy koło Urzędu Marszałkowskiego. Skręciła w ulicę Podmurną, żeby wstąpić  jeszcze do starej piekarni z brązową kratą i bardzo niewyróżniającym się szyldem. Owionął ją ciepły zapach świeżo upieczonego chleba, gdy tylko przestąpiła próg sklepu. Pani w białym fartuchu wymieniła  1 złotówkę i 98 groszy podane przez Sowę na ciemny, okrągły bochenek, cudownie pełen ziaren.  Dziewczyna schowała chleb i szybkim krokiem wyszła z piekarni. Wtedy deszcz przestał zwyczajnie padać, a zaczął lać tak okropnie, że przez chwilę Sowa rozważała powrót do środka piekarni.

Po kilku krokach jednak postanowiła iść dalej po mokrych, kocich łbach. Właściwie upał wymagał ulewy od czasu do czasu i nawet grzmiąca w oddali burza zdawała się być przyjemna, gdy w alternatywie postawiło się słońce i rozgrzane kamienie starówki.

Toruń mókł pięknie. Po dachówkach gotyckiego ratusza spływały strugi deszczu, zamieniając na chwilę pokrycie dachu w błyszczące rybie łuski. Piesek z kapeluszem w pysku po jednej stronie rynku, a osiołek po drugiej, z pokorą metalowych rzeźb znosiły wodę ściekającą z ich nosów. Spanikowani, ale roześmiani turyści przemykali obok dostojnie kroczącej Sowy. Kolejka przed lodziarnią Lenkiewicza nagle się rozpierzchła, a konsumenci naleśników patrzyli spod parasoli na deszcz, zadowoleni chyba z nagłej zmiany temperatury.

„Właściwie to dobrze, że pada – pomyślała Sowa, czując jak jej ramiona chłodzi letnia ulewa. – Chyba naprawdę pewnego dnia przeprowadzę się do Norwegii. Boże, jak ja nienawidzę tych upałów…”

Przeszła pod kamienicami, które odgradzały stare miasto od Placu Rapackiego. Ulewa nie oszczędzała nikogo i niczego, a dodatkowo zaczęło mocniej wiać. Od strony Wisły uderzyła ją po twarzy fala deszczu,  na głowie czuła już tylko uderzenia kropli, które biły także ostro w szkła wielkich okularów. Niewiele myśląc, Sowa zaczęła biec.

Continue Reading

Travel (love) story

– Gdybym kiedykolwiek miał z kimś być, tak na serio, to chyba z wolnym duchem, takim jak ja. Miłość to w ogóle jest ciężki temat, przywiązanie do siebie brzmi nieźle, ale już utrata niezależności… – westchnął Wiktor, pociągając łyk z butelki ciemnego piwa. – Wolałbym bez tych wszystkich sztampowych akcji typu klękanie i pierścionki.

Karolina zacisnęła lekko wargi. W pokoju na poddaszu poznańskiej kamienicy robiło się coraz ciemniej i chłopak pewnie nie zauważył, jak zaiskrzyły jej oczy, gdy tylko padły te słowa.

– Nie wiem, może to i fajne. Jakoś nie wydaje mi się, żeby temat zaręczyn był mi specjalnie bliski…  – mruknęła dziewczyna, wtulając się głębiej w kolorową narzutę i dwie ogromne poduszki, które leżały na materacu, znajdującym się wprost na drewnianych deskach podłogi.

Wiktor spojrzał na Karolinę ciepło. W ostatnich promieniach słońca, które wpadało przez niewielkie okno, jego jasne włosy zdawały się iskrzyć prawdziwym złotem. Siedział rozparty wygodnie w hamaku, ubrany w szorty i wymiętoloną bluzę, a wielką bosą stopą dotykał podłogi. Jego pokój przesycony był bardzo nikłym, ale charakterystycznym zapachem starego poddasza. Mimo, że okno na dach zawsze było otwarte, nie udało się nigdy tego pomieszczenia porządnie wywietrzyć.

Karolina odstawiła swoją butelkę z piwem na podłogę i podniosła się z łóżka. Nie mogła już znieść motyli w brzuchu, które ilekroć Wiktor na nią spojrzał, zdawały się obijać o jej wewnętrzne organy w bardzo nieprzyjemny sposób. Wyobrażała sobie nawet co jakiś czas, że łapie się w pasie i wszystkie naraz dusi, ale niestety każda wizyta w Poznaniu utwierdzała ją w przekonaniu, jak nieskuteczne są te wizualizacje.  Wiktor ze swoim uśmiechem i ciałem modela, z zielonym hamakiem, stylem życia z dnia na dzień, nierozpakowanym plecakiem rzuconym w kąt pokoju i tendencją do rozczulania jej najdrobniejszymi gestami, był absolutnie nie do pokonania.

Nawet powoli zaczynała się z tym godzić.

Continue Reading

Kuchenne rewolucje

Sowa wyjęła z szafy kubek i postawiła go na blacie, na którym walały się jeszcze okruszki z piątkowej imprezy. Automatycznym ruchem wrzuciła do środka torebkę herbaty, a potem zalała ją wrzątkiem. Z kubkiem w ręce przecisnęła się pomiędzy szafką a stołem, by na koniec zasiąść w ulubionym,  wielkim czerwonym fotelu w rogu kuchni. Podniosła wzrok na swoje lokatorki, niespiesznym gestem poprawiła wielkie, okrągłe okulary. Dziewczyny w milczeniu czekały na jakieś słowa, ale Sowa najwyraźniej nie kwapiła się, żeby zacząć.

Gosia zanurkowała do swojej przepastnej torby, wyjęła butelkę szampana i huknęła nią w stół, krusząc kolejną porcję zaschniętych resztek z piątkowej balangi. Uśmiechnęła się przy tym bardzo szeroko, a duma, jaka od niej biła, mogła bez problemu być widoczna nawet w ciemnościach. Zmierzch zapadł już na dobre, a przez otwarte okno kuchni wlatywały do środka pierwsze tego dnia chłodniejsze podmuchy wiatru.

– Docenili cię! – zaśmiała się Karolina. Dotknęła dłonią złotej folii, którą była owinięta szyjka butelki sampana. – To urodzinowy?

– Tak, ale nie wiem, czy chcę go teraz pić… Po ostatnim piątku naprawdę mój organizm na sam widok takiej ilości bąbelków i alkoholu przekręca się na drugą stronę i woła o pomstę – odpowiedziała wesoło Gosia.

Continue Reading

Decyzje

– Ale jak to! – zachłysnęła się wysokim tonem mała Alinka, kładąc rękę na dekolcie. Przestąpiła dwa razy z nogi na nogę, jakby nagle zachciało jej się biec do toalety.  – Opuszczasz nas?

Gosia uśmiechnęła się ciepło, słysząc pytanie. Miała ochotę radośnie krzyknąć „tak, tak, tak!” i podskoczyć pięć razy. Zamiast tego potoczyła wzrokiem po szarym biurze, od okna zawsze zasłoniętego pionowymi żaluzjami, przez zdumione twarze współpracowników, stojących teraz przed nią z szampanem i tortem, kończąc na kolorowych balonikach, przywiązanych do jej krzesła. Nic nie brzmiało lepiej, niż wypowiadane wtedy słowa:

– Postanowiłam, że muszę zmienić pracę. Tutaj niestety nie mogę się rozwijać.

Continue Reading