61. Karolinie z przyszłości

Karolina przesunęła swój telefon tak, żeby kamerka zdołała uchwycić całą przestronną nawę kościoła.

– Nieźle! – odezwał się w słuchawkach głos Sowy. – Naprawdę masz tam co robić.

– Prawda?

Rozradowana Karolina podeszła do rusztowania z telefonem w ręce.

– Spróbuję wejść chociaż o dwa poziomy wyżej, to pokażę ci z bliska…

– Ej, ej, to nie jest niebezpieczne, kiedy tak sobie hasasz po rusztowaniu i trzymasz drabinę tylko jedną dłonią?

Blondynka uśmiechnęła się do ekranu. 

– Kochana, nie takie rzeczy się tu dzieją.

Przez następne dziesięć minut Karolina z zapałem opowiadała Sowie o wszystkich elementach odnawianego malowidła i dekoracji. Pokazała jej w zbliżeniu materiały, pędzle, kilka skończonych już, złotych ornamentów. Po wygłoszeniu pełnej entuzjazmu opowieści konserwatorskiej dziewczyna poprosiła Sowę, by ta pokazała jej strych na Chopina, którego metamorfoza właśnie się rozpoczęła. Kredyt hipoteczny zapewnił pierwsze pieniądze na odnowienie pomieszczeń i wszystko wyglądało inaczej. 

– O, a tu będzie taka piękna łazienka – Sowa zakręciła się wokół własnej osi. Remontowy kurz zawirował w powietrzu. 

Światło z małego okienka wydobywało z ciemności tylko niewielki fragment pomieszczenia, więc Karolina kazała Sowie zatrzymywać się aż soczewka złapie ostrość i dokładnie opisywać stan robót. Uparła się nawet, żeby zatrzymać kamerę telefonu na numerach papieru ściernego, którego używali do oczyszczenia belek.

– Okej, teraz czuję się bardziej jak część tego procesu – westchnęła blondynka, siadając w czystych spodniach na brudnym rusztowaniu. – Bardzo mi przykro, że nie mogę być tam z tobą, kiedy realizujesz takie wielkie i ciężkie marzenie.

– Co mam ci powiedzieć. Ja też żałuję, że cię tu nie ma – Sowa wzruszyła ramionami. – Ale widzę jak dobrze ci robi pobyt w Niemczech. Z tego co pisałaś, ekipa też fajna?

– Tak, tak – blondynka pokiwała głową. – Coraz lepiej ich poznaję. To są totalnie ludzie z mojego plemienia! Podróżują, mają niesamowite pomysły na życie, różne pasje… Są też czasem strasznie męczący. Wiesz, ile można pić? Ja nie wiedziałam! – Sowa roześmiała się po drugiej stronie telefonu. –  I jak wytrzymać w pokoju z dziewczyną, która nie zna słowa “porządek” w żadnym możliwym języku… Ale na współlokatorkę nie będę narzekać, poza tym syfiarskim stylem życia Irene jest cudowna. Hanka za to chyba mnie trochę nie lubi, bo mam własne zdanie, a jej się podoba dominowanie. Z chłopakami złapałam świetny kontakt. Dzisiaj wolny dzień, więc niedługo idziemy sobie trochę pojeździć i połazić po okolicy. Nawet Gianni się wybiera, nasz szef.

– Super – Sowa uśmiechnęła się po drugiej stronie ekranu. – A powiesz mi, co wyszło z tym Wiktorem? Jak to się stało, że się zgubił? Znalazł się już?

Continue Reading

60. Nie czekasz, nadchodzi

Sowa ze spotkań z terapeutą zazwyczaj wracała zamyślona, często nawet pełna nowej nadziei, ale nigdy zdołowana. Dziś wyjątkowo po trudnej rozmowie  czuła się jak stara, wielokrotnie ściskana gąbka do naczyń, której kolor zaginął w odmętach czasu i której twardsza strona zmechaciła się od częstego używania. Traktowała ten stan jak zakwasy powstałe po dobrym treningu, ale otwarte w głowie procesy myślowe zdawały jej się być dużo bardziej dojmujące niż zwykłe zmęczenie. Idąc z przystanku do domu na Chopina oprócz siatek z jedzeniem ze sklepu dźwigała kilka wielkich, mrocznych wspomnień. Zmierzch pojawiał się coraz wcześniej i coraz skuteczniej otulał mokre ulice miasta, więc otoczenie nie pomagało jej w wydobyciu głowy z tych odmętów. Dopiero kiedy wchodziła po schodach na piętro, pomyślała o hostelu i uśmiechnęła się do siebie. 

Zanim pod drzwiami udało jej się znaleźć klucze, zadzwonił telefon. Spojrzała na wyświetlacz. Przez chwilę w ciemności korytarza ekran świecił błękitem, wydobywając z mroku tylko niewyraźne kontury dłoni, nosa i okularów dziewczyny. Z głębokim westchnieniem odstawiła siatki z zakupami na ziemię. Przesunęła zieloną słuchawkę.

– No halo.

– Cześć, jesteś w Toruniu? – głos Stanisława dochodził prawdopodobnie z samochodu. W tle było słychać szumy i trzaski.

– Jak zawsze.

– A mógłbym się u ciebie zatrzymać na noc?

Sowa na chwilę przerwała szukanie kluczy w torebce

– Raczej tak – odpowiedziała bez przekonania.

– Na pewno?

Dziewczyna milczała.

– Jeśli nie, to oczywiście zrozumiem.

– Możesz, możesz – westchnęła w końcu. – O której będziesz?

– Jeszcze nie wiem, pewnie koło dwudziestej pierwszej – głośny szum prawie zagłuszył ostatnie słowa. – Dam jeszcze znać.

– Okej, jasne. To pa.

– Pa!

Continue Reading

59. Wyzwanie

– Dobrze to robię?

– Wspaniale. Jakbyś całe życie trenowała.

– Trochę tak było.

Sowa roześmiała się. 

– Nie no, serio – leżąca na dywanie Mania potoczyła wzrokiem od zasłoniętego okna, przez skupioną na malowaniu rzęs Gosię aż po właścicielkę mieszkania, która siedziała na swoim łóżku oparta o poduszki. – To jest maska. Przypięli mi łatkę aktywnej, impulsywnej, zawsze czymś zajętej i przejętej, a nikt się nie zastanawia nad tym, z czego ta siła wypływa.

– A z czego wypływa? – Gosia odwróciła się na chwilę. Jedno jej oko pomalowane ciemnymi kosmetykami wyglądało na ogromne, a drugie, jeszcze niegotowe, jakby ktoś nieproporcjonalnie zmniejszył je w programie graficznym. – Podziel się, może na nas też skapnie coś z tej mocy.

– Nie skapnie. Nie samo z siebie – Mania pogłaskała sploty dywanu. Uśmiechnęła się tajemniczo. – To jest droga, którą każdy musi przejść sam. Robienie głupich rzeczy, odkrywanie, wkurwienie że to tak długo trwa, melancholia, radość z dotarcia do jakichś wniosków i znów od początku. Podróż przez tożsamość swoją, a potem przez tożsamość tej drugiej osoby… Której osmarkane chusteczki rozrzucone dla dekoracji po całym pokoju stają się twoją codziennością. 

Sowa powolnym ruchem ręki włączyła muzykę. Nad podłogą snuły się wieczorne nuty wypływające ze starej wieży ustawionej obok łóżka, Gosia niespiesznie kończyła przygotowywać się do wyjścia, Mania leżała bez ruchu i bez słów. 

– No, jak tego nie doceni, to nie wiem, gdzie ma oczy – podsumowała brunetka, obracając głowę na wszystkie strony przed wielkim lustrem Sowy. 

– Kto?

– Maciek – Gosia schowała do kosmetyczki wszystkie pędzle i paletki, których używała do zrobienia makijażu. – Idziemy do jakichś jego znajomych na wieczór. 

– A ostatnio nie doceniał? 

Continue Reading

58. Krok w tył

– Nie rób kroku w tył.

Karolina miała na głowie słuchawki, więc tylko z ruchu warg koleżanki odczytała ostrzeżenie i zamarła w miejscu, w którym stała. Irene przywołała ją gestem. Polka bardzo powoli odstawiła na podest trzymany w ręce kubek z rozwodnionym wapnem. Kolejnym ruchem Włoszka przywołała Karolinę do siebie i kiedy ta była już blisko, ściągnęła jej słuchawki.

– No ładnie – westchnęła Irene. – Wiesz, że mogłaś sobie co najmniej złamać kręgosłup?

– O, kurczę – Karolina obejrzała się za siebie gwałtownie. – To już drugi raz dzisiaj…

– Jakaś rozkojarzona jesteś, przecież ostatni tydzień skakałaś po rusztowaniu jak wiewiórka.

Blondynka oparła się ramieniem o chłodną, pionową rurę. Omiotła wzrokiem przestronną nawę kościoła. Gdzieś nad ich głowami Hanka nuciła do muzyki, która brzmiała w jej słuchawkach, a Kris hałasował schodząc po drabinie na niższy poziom konstrukcji. Z ostatniego stopnia chłopak zeskoczył lekko i stanął obok dziewczyn, które nadal przeżywały swój strach.

– Co jest?

– Może powinnam trochę odpocząć…

Od początku swojego pobytu w klasztorze Karolina nie znalazła nawet chwili, by spokojnie poleżeć na łóżku. Cała gromadka zatrudnionych w projekcie młodych ludzi ciężko pracowała i jeszcze ciężej balowała po pracy. Codziennie wieczorem po zejściu z rusztowania spłukiwali z siebie biały pył, farbę i złote płatki kruszące się z odnawianych zdobień. Spędzali czas razem rozmawiając, jedząc, pijąc lokalne piwo, włócząc się po klasztornych korytarzach i ogrodach. Zgodnie z zapowiedzią w poprzedni weekend Hanka zorganizowała wyprawę do Bazylei, gdzie spędzili wieczór bardzo bogaty w wydarzenia i imprezy. 

– To idź do pokoju, połóż się, zdrzemnij – Irene mieszała w swoim plastikowym kubeczku brązowy płyn o drażniącym zapachu. Patrzyła uważnie na koleżankę. 

– Nasz pokój to nie jest specjalnie dobre miejsce do odpoczynku – Karolina podniosła na chwilę wzrok. Uśmiechnęła się krzywo. – Najpierw musiałabym odgruzować wszystko spod trzech warstw brudnych ciuchów i butelek po coli, a potem dopiero się położyć.

Irene wytknęła język. Odwróciła się plecami do Polki, a chustka zawiązana na jej głowie śmignęła w powietrzu przed nosem zdumionego Krisa. Włoszka postawiła stopę na drabinie i ruszyła do góry na wyższy poziom rusztowania.

– Ale tak serio, to chyba pójdę już do pokoju – powiedziała Karolina, strzepując z rękawa złote płatki, które sypały się z góry. – Nic nie jestem w stanie już dzisiaj z siebie dać.

– Jeśli będzie ładnie, może ten weekend po prostu spędzimy łażąc po górach? – zaproponował Kris. – Odpoczniesz na pewno, bo tu nie ma żadnych szalonych tras. 

– O – dziewczyna uśmiechnęła się szeroko. – Super pomysł. Pogadamy o tym wieczorem?

– Jasne.

Karolina odbyła krótką procedurę opuszczania rusztowania: umyła pędzle, odstawiła na miejsce wszystkie pojemniki i narzędzia. W zeszycie wiszącym na jednym z elementów najniższego poziomu wpisała godzinę zejścia ze stanowiska pracy. Przechodząc przez nawę kościoła w kierunku wyjścia minęła dwie uśmiechnięte siostry zakonne, które dźwigały naręcze kwiatów do dekoracji ołtarza. 

Na schodach prowadzących do pokoju Karolina poczuła wibrowanie telefonu. Wyjęła go z kieszeni pewna, że to jakieś zwykłe powiadomienie, ale na wyświetlaczu podskakiwała zielona słuchawka. Nieznany numer dzwonił z Polski.

– Tak, słucham?

– Czy rozmawiam z Karoliną Kowalską?

– Tak.

– O, super! Udało się – nerwowy dziewczęcy głos po drugiej stronie na chwilę ucichł. – Nawet nie wiem, jak zacząć albo zapytać… Szukamy Wiktora. Zaginął.

Karolina rozejrzała się wokół siebie nieprzytomnie. 

– Jak to, zaginął?

Nie mamy od niego żadnej wieści od kilku tygodni. Ach, nie przedstawiłam się – głosik chrząknął przepraszająco. – Jestem jego siostrą. Przyrodnią. Pewnie o mnie nie wspominał, bo nie lubi mojego ojca… No nieważne. Czy miałaś może z nim jakiś kontakt w ostatnim czasie?

Karolina usiadła na chłodnym stopniu schodów. Zanim odpowiedziała, przymknęła oczy i głęboko westchnęła. 

– Raczej dawno. Napisał do mnie list po moim wyjeździe z Kirgistanu. Długo go nie otwierałam, przeczytałam dopiero w zeszłym tygodniu. Coś tam było o jego planach… – przesunęła ręką po oprószonych białym pyłem, sztywnych włosach. – Chciał wracać do Polski, ale tylko przejazdem. A potem być może zatrudnić się w schronisku w Alpach.

– Aha, to się w sumie pokrywa z wersją Tomka i Nataszy – wymruczała do siebie dziewczyna po drugiej stronie. – Dobra, zapisałam. Przepraszam, że tak przepytuję, nie było w tym liście innych informacji? Jakichkolwiek?

– Och, tylko jakieś bzdury o gwiazdach.

Karolina poczuła, jak na wspomnienie treści wzbiera w niej fala złości. Wstała ze stopnia schodów, żeby przepuścić przechodzącego starego ogrodnika. Kiedy przeszedł nie usiadła jednak z powrotem, ruszyła za nim w stronę swojego pokoju. 

– Na pewno nie było nic dziwnego? Żadnych wskazówek, dopisków, czegokolwiek?

– Kilka kropli wosku. I bardzo zamazany numer na odwrocie kartki.

– Numer? Numer telefonu? A mogłabyś sprawdzić, czy da się go jakoś odcyfrować? – głosik przyrodniej siostry zabrzmiał błagalnie.

– Być może. Nie wiem, czy jestem w stanie odzyskać ten list, bo wyrzuciłam go do kosza – Karolina stanęła na szczycie schodów. Skręciła w stronę pokoju. W nerce przypiętej na biodrach szukała klucza do drzwi. – Ale moja współlokatorka jest taką bałaganiarą, że być może te śmieci nadal są dostępne do przeszukania.

– Kurde, zawsze pod górkę z tym Wiktorem – jęknął głosik w słuchawce. – Jeśli uda ci się znaleźć list, to proszę wyślij mi zdjęcie tego numeru. Będę bardzo, bardzo wdzięczna.

– Jasne – odpowiedziała Karolina szybko. – Strasznie mi facet zalazł za skórę, ale głupio, jakby się gdzieś zapodział, skoro najwyraźniej jest czyimś bratem, tylko jakimś cudem zapomniał mi o tym wspomnieć.

– No tak, no tak. No nic. To czekam na sygnał. Jeśli nie znajdziesz listu, też daj znać.

– Okej, jasne. Powodzenia w szukaniu.

Karolina zakończyła rozmowę i przekręciła klucz. Za drzwiami do pokoju czekało na nią późnopopołudniowe słońce, firanka lekko poruszająca się z podmuchem wiatru, stos ciuchów piętrzący się w strefie zajmowanej przez Irene oraz zawalony przedmiotami stolik, gdzie królowały zwiędłe kwiaty w wazonie oraz otwarty laptop. Dziewczyna spojrzała w stronę kosza na śmieci. Był pusty.

Continue Reading

57. Muzyka w ciemności

Sowa z głową opartą na ręce przyglądała się ciemnemu wnętrzu pubu. Nie różnił się prawie niczym od standardowych miejsc, gdzie w toruńskich piwnicach w obrębie Starego Miasta można było usiąść i zatopić się w wieczorne rozmowy, zagrać rzucając lotkami do tarczy, poczekać na kogoś przy wejściu paląc papierosa, a może nawet wybrać się na randkę i pomalować oczy tak, żeby w półmroku wydawały się ogromne i tajemnicze. Stojące pod ścianą instrumenty i mikrofony były zużyte. Wyglądały razem jak łupy zgromadzone w pomieszczeniu przez jakiegoś wybrednego, wielkiego chomika. Gosia oparta ramionami o blat baru usiłowała dogadać się z osobą o trudnej do określenia płci, która ścierką wycierała szklane kufle. Po kilku długich chwilach młoda dziennikarka wróciła do stolika Sowy z kwaśną miną. 

– I jak? Będzie tu dzisiaj ten człowiek, z którym masz rozmawiać?

– Nie wiadomo – westchnęła brunetka, siadając na skrzypiącym krześle. Sięgnęła po telefon, żeby sprawdzić godzinę. – Nieprzewidywalni muzycy. Grać zaczną za jakąś godzinę, może przed występem mi się uda. 

– No to czekamy.

– Chcesz piwo?

– A weź mi jedno. Ciemne. 

Sowa leniwie obserwowała pary i grupy przyjaciół krążące po pubie. Oczy trochę jej się kleiły, co chwilę wzdychała głęboko. W zasadzie prawie nie zdawała sobie sprawy z tego, gdzie jej przyjaciółka wyciągnęła ją na wieczór. 

– Siedem nieszczęść.

– Słucham? – Aleksandra podniosła nieco głowę i wzięła od Gosi pełen kufel.

– Wyglądasz jak siedem nieszczęść.

– Nic nie poradzę.

– Ale coś się dzieje? – Gosia usiadła tak, by mieć na oku instrumenty pod ścianą. – Przez ostatni tydzień ledwie się widziałyśmy, tak dużo czasu spędzałaś sprzątając ten strych, a ja stale w radiu…

Sowa oparła się mocniej na ręce i napiła piwa. 

– Zaczynam się poważnie zastanawiać, czy ten hostel to jest dobry pomysł – odparła bez energii. – Wszystko co mam stawiam na jedną kartę,  poświęcam cały czas, bardzo mnie ten projekt ekscytuje, ale wysysa ze mnie całą energię.

– Właśnie widzę.

Do pubu razem z podmuchem zimnego powietrza weszło dwóch mężczyzn ubranych w grube kurtki. Jeden z nich miał w futerale jakiś wielki instrument, prawdopodobnie kontrabas. W ciasnym przedsionku zajęli całą przestrzeń, a ich wesołe głosy przebiły się nawet przez gwar i muzykę płynącą z głośnika. Gosia odwróciła się w ich stronę jak jastrząb polujący na ofiarę. 

– To chyba on – powiedziała powoli. – Ten w kaszkiecie.

Do środka znów wpadł podmuch zimna i do przedsionka prawie wepchnęła się ze śmiechem wysoka kobieta w czerwonym płaszczu. Całe towarzystwo przesunęło się bliżej stolika zajmowanego przez Sowę i Gosię. Procedury powitania i rozbierania się z kurtek dały młodej dziennikarce czas, żeby uważniej przyjrzeć się muzykom. Dziewczyna precyzyjnym ruchem sięgnęła do torby, sprawdzając czy ma na pewno zabrała ze sobą sprzęt do nagrywania. 

– Sowa, to ty? 

Continue Reading

56. Yyy, dobranoc.

Tuż przed godziną zero Gosia spojrzała na przyklejony na drzwiach studia radiowego obrazek z plażą i wesołym grubaskiem w szortach w kwiaty. Czuła, jak jej serce przyspiesza, a dłonie zaczynają się pocić. Rzuciła okiem na zegar odliczający czas do końca reklam, a potem jej wzrok znów powędrował w stronę obrazka prosto z Hawajów. 

Powolnym, precyzyjnym ruchem zdjęła buty i postawiła je pod biurkiem. Przesunęła stopami w kolorowych skarpetkach po miękkiej wykładzinie. Za szybą umieszczoną w jednej ze ścian widziała uśmiechniętego Igora, który przypatrywał się jej uważnie. Dostrzegł gest ściągania butów i pokazał kciuki w górę. 

Jeszcze tylko dwadzieścia sekund.

Obok Igora siedział z marsową miną Stary Waldek, który miał jej pomóc jako realizator audycji. Wychylił głowę zza swojego monitora dopiero wtedy, gdy na zegarze widniało dziesięć sekund.

Dziewięć…

Gosia spoconą dłonią chwyciła myszkę komputera i przesunęła kursorem po ekranie tylko po to, żeby coś zrobić. Na jednym ze swoich monitorów widziała radiowy czat ze słuchaczami, a na drugim playlistę ułożoną przez Czarnego.

Pięć…

Igor nadal patrzył przez szybę. Pomachał do Gosi i zaczął robić głupie miny. Dziewczyna uśmiechnęła się nerwowo. 

Trzy…

Wbiła wzrok w kartkę z przygotowanym tekstem do odczytania w pierwszym wejściu.

Dwa…

Zaświeciła się czerwona lampka.

– Dobry wieczór. Po tej stronie mikrofonu Gosia Swadźba. Zastąpię nieobecnego dziś redaktora Czarnego. Mimo jego braku spędzimy te dwie godziny na wspólnym słuchaniu dobrej muzyki prosto z bloków i miast całego świata. W międzyczasie oczywiście zachęcam was do odzywania się na naszym radiowym czacie. – Gosia wzięła głęboki oddech, starając się, żeby nie było tego słychać w eterze. – Zaczęliśmy już od klasyka, to był oczywiście Kaliber 44 i “Film” . A teraz w waszych głośnikach Pezet i jego “Ukryty w mieście krzyk”.

Continue Reading

55. Wszystko, czego wcześniej nie robiłam

W autobusie, czytając list po raz pierwszy, Karolina słyszała jak krew szumi jej w uszach, a obie dłonie lekko drżały. Teraz, gdy wyjęła go z koperty drugi raz i w świetle małej lampki patrzyła na każdy akapit po kolei, była zupełnie spokojna. Choć uważnie analizowała wszystkie słowa, uśmiechała się pod nosem. Z tyłu kartki, na wysokości prośby o ponowne spotkanie dziewczyna dostrzegła zamazany numer telefonu z dopiskiem, którego nie była w stanie rozczytać. Obok widniała tłusta plamka, jakby kapnął w tym miejscu wosk ze świeczki. 

Karolina dobrnęła w skupieniu do końca i prychnęła. Dźwięk zdawał się wyjątkowo głośny w ciszy klasztornego wieczoru.  Złożyła list. Schowała go z powrotem do koperty. Stała przez chwilę z jedną ręką na parapecie, w drugiej trzymała przesyłkę z Kirgistanu. Patrzyła prosto na zieloną masę świerków porastających pagórek, na który wychodziło okno jej pokoju. Bezwiednie gładziła kciukiem brzeg koperty. 

“Co za koleś.” – pomyślała. Gdzieś za uchylonym oknem zaczął szczekać pies, a w ślad za nim odezwał się z alarmem drugi. “To zupełnie nie brzmi jak przeprosiny. Ani w ogóle jak coś, do czego warto wracać. – przeniosła wzrok z zielonych drzew na list. – Dobrze, że tyle czekałam z przeczytaniem. Gdybym zrobiła to od razu, pewnie nie byłabym taka… świadoma.”

Ktoś zapukał do drzwi. 

– Proszę – powiedziała po niemiecku Karolina, odwracając się w stronę wejścia. 

W progu stanął wysoki, brodaty mężczyzna w okularach. Choć był ubrany w koszulę i długie spodnie zupełnie nie przeznaczone do pracy, na jednej z nogawek Karolina zobaczyła świeżą białą plamę, jakby zahaczył nogą o wiadro z gipsem albo wapnem. 

– Witamy w klasztorze świętego Trudperta – powiedział z powagą. Ukłonił się na przywitanie, a dziewczyna podeszła i uścisnęła jego wyciągniętą dłoń. – Jestem Gianni, prowadzę ten projekt, więc ze wszystkimi najważniejszymi pytaniami możesz śmiało się do mnie zwracać. Widzę, że już któraś z sióstr zaprowadziła cię do pokoju.

– W zasadzie zrobił to ogrodnik, który przy wejściu przekazał mnie jednej z dziewczyn… Irene? Chyba miała tak na imię, ale nie wyglądała na zakonnicę. I z tego co mówiła, to z nią tutaj śpię.

– No tak, tak – Gianni uśmiechnął się przepraszająco. –  Za chwilę zaczynamy kolację. Zapraszam do wspólnego stołu. 

– Dzięki. Chętnie coś zjem i poznam was wszystkich. 

Zanim opuścili razem pokój, Karolina rozejrzała się wokół siebie, chcąc zostawić przeczytany list. W pobliżu drzwi nie było jednak żadnego stołu ani szafki. Zobaczyła obok nieduży śmietnik. Wiedziona jednym ze swoich impulsów, dziewczyna wrzuciła list do kosza. Nie oglądając się za siebie zamknęła drzwi i poszła za Giannim klasztornym korytarzem.

Continue Reading

54. Szczęściara

Koniec października wdarł się w życie mieszkańców Torunia tak zamaszyście, jak zawsze: falą nowych i starych studentów przepływającą przez miasto między kampusem a klubami, promieniami słońca prześwietlającymi ostatnie liście kasztanowców posadzonych wzdłuż ulicy Bydgoskiej, wiatrem wiejącym na moście nad Wisłą i dziwnym poczuciem, że zbliża się jakiś początek nowej historii. 

Gosia miała to wrażenie każdego roku, ale nasiliło się w ciągu ostatnich czterech lat, od kiedy przeprowadziła się z rodzinnego mieszkania do pokoju u Sowy. Lubiła znów rozpoczynać semestr, zawsze startowała z nadzieją na ciekawsze zajęcia, niż w poprzednim. Choć nie była taką fanatyczką chodzenia na uczelnię jak Karolina, nowość przyciągała Gosię nawet do przyciemnionych pokojów wykładowych z wyświetlonymi na ekranie prezentacjami. Powroty na wydział sprawiały, że coś w życiu porządkowało się samo, jakby poruszane zewnętrzną, niepowstrzymaną siłą, odwieczną ręką umowy społecznej. Znajome twarze opalonych lub zmęczonych kolegów i koleżanek z roku, pierwsze po wakacjach przypadkowe spotkania w barze “U Adasia” pod biblioteką – to wszystko przez kilka ostatnich lat stanowiło dla Gosi rdzeń toruńskiej jesieni. 

– Opowiadaj, jak to jest skończyć studia i nie wracać na uczelnię? – znajoma Maćka z roku, dziewczyna przez wszystkich nazywana Krystyną, postawiła piwo na blacie w zatłoczonym pubie. 

– Dziwnie jakoś – odparła Gosia bez zastanowienia. Maciek w tym czasie odebrał od barmana ich kufle i jeden z nich wręczył swojej dziewczynie. – Nie tęsknię oczywiście, żebyśmy się dobrze zrozumiały.

Continue Reading

53. Całkiem słodka zemsta

Sowa głęboko westchnęła, gdy młody prawnik rozłożył szeroko ręce i z zachęcającym uśmiechem pokazał na filiżankę aromatycznej kawy stojącej na biurku.

– Dobrze wiesz, że przyszłam tutaj tylko po ten dokument, który niechcący zostawiłam podczas ostatniego spotkania.

– Oczywiście, oczywiście – chude ręce mężczyzny jeszcze raz pofrunęły w powietrzu nad blatem. Kiwnął brodą w stronę talerza z ciastkami, który razem z kawą miał być dowodem na jego kryształowe intencje. – Ale zanim pójdziesz, możesz jeszcze opić mnie i objeść, to chyba całkiem słodka zemsta?

Dziewczyna wyjrzała na zewnątrz przez wysokie okno. Właśnie znów zaczęło padać, a jej wcale nie spieszyło się do domu, więc postanowiła usiąść naprzeciwko zestresowanego prawnika. W milczeniu chwyciła białe uszko filiżanki i uniosła ją do ust.

Na biurku obok ciastek piętrzył się stos teczek oraz segregatorów. Gdzieś za nimi leżała przewrócona elegancka tabliczka z wygrawerowanym “Kamil Dobkowiak, Radca prawny”. Kancelaria sprawiała wrażenie pomieszczenia, które przekazane przez jakąś bogatą ciotkę dopiero niedawno zaczęło wypełniać się przedmiotami należącymi do obecnego właściciela. Na starej szafie oprócz obowiązkowych kodeksów praw wszelkich, jeszcze większej ilości teczek i segregatorów, znalazły swoje miejsce zadbane kwiaty doniczkowe. Zza jednej z paprotek wstydliwie wychylała się gipsowa figurka Temidy z zawiązanymi oczami, schowana w gąszczu roślin niczym Amazonka, tylko chwilowo zajmująca się utrzymywaniem sprawiedliwej równowagi.

W czasie, gdy Sowa sięgała po kolejne ciastko, młody mecenas szukał zaginionego dokumentu. Zanurkował pod biurko, zaglądał do szuflad, a jego nienaganna fryzura co chwilę ukazywała się to zza jednego, to zza drugiego stosu segregatorów.

Jest! – zawołał w końcu triumfalnie, wymachując kartką w powietrzu. Położył ją na jedynym pustym miejscu na blacie. Spojrzał na milczącą Sowę z uwagą i usiadł w skórzanym fotelu. – Przemyślałem jeszcze raz sprawę twojego spadku i mam naprawdę dobre wieści.

– Nie interesują mnie twoje dobre wieści, ponieważ nie będziesz zajmował się tą sprawą – odpowiedziała Aleksandra. Odstawiła filiżankę na spodek. – Zabieram tylko tę umowę i będziesz mógł w spokoju prowadzić swoje biznesy z dala ode mnie.

Continue Reading

52. Wynik wcześniejszych miłości

Kiedy w słuchawkach zabrzmiały pierwsze dźwięki Buena Vista Social Club, Karolina aż wyprostowała się w fotelu. Patrząc przez okno autobusu pędzącego czeską autostradą widziała tylko przesuwające się hipnotycznie ekrany dźwiękowe, więc obudzona z podróżnego otępienia nie była w stanie stwierdzić, gdzie się w tej chwili znajduje. Tropikalne nuty w jej uszach zupełnie nie pasowały do asfaltu, mijania ciężarówek jadących na zachód ani do nieba, które wyglądało jak przykryte płachtą matowej blachy. 

Dziewczyna uśmiechnęła się do siebie, gdy piosenka przeszła w dobrze znany refren. Uspokojona, wtuliła się w powieszoną na haczyku kurtkę. Jej wzrok leniwie błądził po mijanych panelach odgradzających drogę od świata. Właśnie tak czuła się jadąc gdzieś daleko: jakby czas spędzony w trasie był wyrwany z kontekstu, nienależący do żadnej innej linearnej ciągłości. Co prawda te godziny nie były produktywne i niewiele mogła z nimi zrobić, ale właśnie to uważała za wartość. Jej uwaga przeskakiwała z jednego punktu do drugiego z radością i bez planu, jakby umysł był psem spuszczonym ze smyczy. 

“To przez Damiana zaczęłam słuchać Buena Visty – pomyślała Karolina. Palcami ręki zaczęła nieświadomie wystukiwać rytm piosenki. – Kiedy on się w ogóle pojawił w moim życiu?…”

Continue Reading