Byle nie do Warszawy

Sowa otworzyła drzwi dusznego przedziału i chciała wyjść na korytarz pociągu, ale fala pędzących podróżnych powstrzymała ją przed tym ruchem. Tuż przed jej nosem jakaś mama przenosiła właśnie krzyczącego bobasa w nosidełku, za nią sunął zmachany tata z okrągłymi plamami potu pod pachami, w pakiecie z ogromną rodzinną walizką i dwiema sportowymi torbami. Na końcu tego zestawu przeciskał się kolejny dzieciak, tym razem niesamowicie naburmuszony dziesięciolatek z nosem wbitym w tablet. Przechodząc, potykał się o stopy ludzi, którzy spóźnili się z kupnem letnich biletów i zmuszeni byli do spędzania tej przejażdżki na korytarzu. Sowa przepuściła jeszcze dwie chichoczące nastolatki wystylizowane jak Kim Kardashian, potem elegancką seniorkę z pieskiem na rękach i znowu zmachanym mężem, który cały czas wołał za nią „Halina! Coś ty tam zapakowała! To tylko dwa dni!”. Ponad głowami przeciskających się korytarzem podróżnych przesunął się za oknem napis „Toruń Główny”. Pociąg zastukotał, zapiszczały hamulce, a przy tym gwałtownym manewrze wszyscy pasażerowie przechylili się zgodnie z prawami fizyki, niektórzy bardzo z tego faktu niezadowoleni.

Continue Reading

Poranna kawa i wieczorne wino

Gosię obudziła czyjaś stopa na plecach. Przez chwilę nie mogła zrozumieć, dlaczego materac piętrowego łóżka postanowił nagle zacząć się wybrzuszać pod jej lędźwiami, ale kiedy tylko otworzyła oczy i poczuła zapach wieloosobowego pokoju w hostelu, wspomnienie poprzedniego dnia uderzyło ją jak obuchem. Z niesmakiem wygrzebała się ze śpiwora i przechyliła przez barierkę łóżka.
– Przestań! – syknęła po angielsku do szeroko uśmiechniętej Australijki, która wczoraj wieczorem grała na jakimś ludowym flecie i biegała jak szalona po hostelowym ogródku.
– Wstawaj! – odpowiedziała z zapałem blondynka. Jeszcze raz przycisnęła długą opaloną nogą materac od spodu.- To miasto czeka, żebyś je odkryła!
Gosia z westchnieniem opadła na plecy na swoim łóżku. Po chwili milczenia podniosła się jednak jednym ruchem ciała i zeskoczyła na dół.
– Brawo, Bella! – zawołała radośnie sąsiadka z dolnego łóżka. Nie wiedzieć czemu, wczorajszego wieczoru ochrzciła Gosię Bellą i nie trudziła się nawet, by zapamiętać jej prawdziwe imię. – Czas na śniadanie.

Continue Reading

Kirgistan i poranna kawa

Po kilku godzinach spędzonych w dusznym samolocie Karolina miała wrażenie, że jej kręgosłup potrzebuje natychmiastowej rehabilitacji lub przynajmniej 30 minutowego treningu jogi. Z przytłumionym poczuciem świadomości obserwowała gwar na lotnisku pod Biszkekiem, szła korytarzem za tłumem i niespiesznie pokazywała strażnikom swój polski paszport. odszukała na taśmie bagażowej plecak. Na szczęście Wśród tobołów owiniętych streczem i walizek zdolnych pomieścić co najmniej owczarka niemieckiego nietrudno było go dostrzec. odłączyła się od zaspanej grupy pasażerów, by znaleźć toaletę na lotnisku.

Pierwszym zmysłem, który zapowiadał coś nowego, okazał się węch. Poczuła się nagle, jakby lot cofnął ją w czasie, zamiast przenieść w przestrzeni. Przeszła przez drzwi łazienki, w progu minąwszy ziewającą kobietę w chuście. Plastikowy zegar powieszony na szarej ścianie pokazywał czwartą rano. Karolina zobaczyła rząd pomalowanych olejową farbą drzwi, za którymi z pewnością znajdowały się ubikacje. Razem z kafelkami o barwie wymiętolonego różowego kartonu, z papierem na haku naprzeciwko rzędu drzwi, wszystko wyglądało zupełnie jak w bardzo obskurnej szkole z wczesnych lat 90′.

Oderwała kawałek papieru z haka, pchnęła drzwi i zamknęła je za sobą na metalową zasuwkę. Dziewczyna musiała chwilę się zastanowić nad tym, co właściwie jest nie tak. Coś się nie zgadzało, ale jeśli była na nogach o czwartej rano, to zazwyczaj w jej życiu coś się nie zgadzało.

Ubikacja w typowej dla tego regionu formie dziury w podłodze to był najwyraźniejszy znak, że jednak lecąc samolotem przekroczyła kilka granic. W Turcji widywała oczywiście takie toalety, ale jednak nie spodziewała się widoku białej „kucanej” muszli klozetowej na największym lotnisku w kraju.

„Ahoj, przygodo…” – pomyślała sennie Karolina i uśmiechnęła się pod nosem.

Continue Reading

Wczorajszy Stanisław i poranna kawa

Sowa obudziła się, gdy promień słońca przemierzył już pół pokoju i zatrzymał się, złośliwie drapiąc ją po czerwonym nosie. Oprócz swędzenia poczuła natychmiast cierpko-kwaśny posmak w ustach, którzy na zmianę z uczuciem suchości sprawiał, że pierwsze sekundy po przebudzeniu były dosyć nieznośne. Jednak te drobne niedogodności nie spowodowały większego poruszenia. Dziewczyna była wdzięczna, że grawitacja przyciąga ją rozkosznie do łóżka i nie planowała szybko tego zmieniać.

Niedługo po przebudzeniu zmysły Sowy zaczęły jednak pracować na coraz wyższych obrotach i co chwilę dowiadywała się nowych rzeczy o swoim położeniu. Wiatr wpadał przez otwarte okno, chłodził rozgrzane czoło. Jakaś zabłąkana mucha tłukła się o szybę („Wydaje takie dźwięki, jakby ważyła pięć kilo” – pomyślała Sowa leniwie), a w pokoju obok skrzypiały podłogowe deski. Pod kołdrą było dosyć ciepło, więc dziewczyna poruszyła ręką, by odkryć chociaż brzuch.

Otworzyła oczy szeroko i zatrzymała rękę w pół gestu. Natychmiast cofnęła ramię, by się przykryć.

Była całkiem naga. I kompletnie nie pamiętała, jak to się stało.

Continue Reading

Obie obawy

Karolina z westchnieniem prawdziwego szczęścia zamoczyła gorącą, chrupiącą frytkę w sosie i połknęła ją. Miała wrażenie, że gdy tylko postawiła stopę na tureckiej ziemi, przekroczyła bramy kulinarnego raju.  Od kilku dni codziennie odkrywała nowe smaki, które pieściły jej podniebienie na każdy możliwy sposób.

Wyśmienite w dzisiejszym lunchu były nie tylko frytki – wszystko miało znamiona doskonałości. Po zjedzonych w tym tygodniu kilku wersjach tureckiego kebabu, po kaszy bulgur, wyśmienitym köfte i ośmiu różnych rodzajach słodyczy, składających się głównie z miodu i orzechów, poprzysięgły sobie z Gosią o poranku ostatniego dnia wspólnej podróży, że zjedzą już tylko jogurt i po jednym obwarzanku z sezamem.

– O Boże, jak ja się szaleńczo cieszę, że tu weszłyśmy – prawie zaśpiewała Gosia znad swojego hamburgera. – I nie uwierzysz. Mam kawałek prawdziwego bekonu! Wieprzowina w Stambule!

Stół był szczelnie zastawiony kolorowymi pojemniczkami z jedzeniem: od kubełków frytek, miseczek z sosami, talerzy świeżych ogórków i pomidorów, przez cudownie żółciutki omlet, hamburgery, aż po chrupkie małe bułeczki oraz nieodłączne szklaneczki z turecką herbatą.

– Bez sensu, że już lecisz do Kirgistanu – marudziła Gosia. – Dopiero co znalazłyśmy tę knajpę w kolorowe komiksy! Pomyśl, co jeszcze mogłybyśmy odkryć, gdybyś została. Spędziłybyśmy trzy lata w Stambule i codziennie jadły obiad w innym miejscu. Nie możesz teraz mnie opuścić, gdy wymyśliłam taki wspaniały plan na życie! Będę jeść w Stambule. To mój cel.

Continue Reading

Albo grubo, albo wcale

Sowa położyła się na trawie z westchnieniem prawdziwej ulgi. Ktokolwiek wymyślił całe to łażenie po górach, z pewnością nie wspinał się w upale, w czasie okresu, mając odrobinę za luźne buty. Nie była to też osoba o jasnej karnacji, którą słońce złośliwie kąsa po ramionach, zostawiając czerwone plamy. Chyba, że ten ktoś po prostu lubił cierpieć.

Dziewczyna przejechała ręką po szorstkiej, spalonej słońcem trawie i poczuła, jak w jej głowie mimowolnie przelewają się wspomnienia. Takie leżenie, terapeutyczna sesja kontaktu ze stabilnym podłożem, na Chopina zazwyczaj przydarzało się w okolicach egzaminów. Na dywanie albo spoczywały pokotem wszystkie lokatorki, albo odbywały terapię partiami. Tuliły wykładzinę z płaczem, z ulgą, z rezygnacją, a czasem z niekomfortową mieszanką tego wszystkiego naraz. Dywan jako symbol poczucia przywiązania do rzeczywistości znosił to zawsze z godnością. „Tak samo pewnie ta trawa” – pomyślała Sowa, odczuwając przyjemność z szorstkiego dotyku zielonych kępek. Czuła je całym swoim ciałem. „Cokolwiek się działo na tej hali, ta trawa to zniosła. Każdy deszcz, śnieg i burzę…”

– Mogę się tego od ciebie nauczyć? – wymamrotała w stronę ziemi, nie otwierając oczu.

– Czy wszystko w porządku?! – rozległo się nagle wołanie od strony ścieżki.

Sowa poczuła dudnienie, narastające wraz ze zbliżaniem się człowieka w jej stronę. Kiedy z trudem rozlepiła spocone powieki, mężczyzna klęczał już przy niej, by zbadać oddech.

„Tylko nie obcy ludzie, którzy mnie dotykają!” – w jej głowie zabrzmiał dzwonek alarmowy, machnęła więc ręką w stronę mężczyzny. Roześmiała się trochę nerwowo, a potem przetoczyła z brzucha na bok, aby pokazać mu, jaka to jest cała i zdrowa. Niestety ten manewr sprawił, że koszmarnie rozbolały ją naraz oba jajniki.

– Chyba jednak nie wszystko w porządku? – powiedział zaniepokojony przybysz.

Continue Reading

Emocje bez boiska

W ciasnej uliczce stambulskiej dzielnicy Beşiktaş prawdopodobnie zgromadzili się wszyscy mieszkańcy okolicznych domów, sąsiednich dzielnic i być może w ogóle tej części miasta. Wśród falujących tłumów kibiców ci bardziej zaradni znaleźli swoje miejsce na wystawionych na zewnątrz stołkach i krzesłach. W dobrej sytuacji znajdowali się także stojący ramię w ramię ludzie, którzy dość szczelnie wypełniali przestrzeń pomiędzy barowymi meblami na chodniku. Jeśli ktoś przyjechał lub przyszedł już po rozpoczęciu meczu, mógł jedynie zadowolić się miejscem siedzącym na krawężniku, co wiązało się z notorycznym uskakiwaniem przed pędzącymi skuterami lub samochodami.

Niezależnie jednak od tego, czy było im wygodnie, czy zupełnie nie, każdy z kibiców wpatrywał się w jeden z telewizorów i z napięciem komentował ruchy swojej drużyny oraz przeciwników. W chmurze pełnej okrzyków, dymu papierosów, wznoszenia rąk i przede wszystkim typowo restauracyjnego gwaru była jedna osoba, która usiłowała usłyszeć sygnał telefonu.

Gosia przyciskała smartfon do ucha już po raz piąty tego wieczora. Obok niej Karolina prowadziła żywą dyskusję z Yusufem i jego kolegami, zupełnie rześka po swojej drzemce na sofie. Gosia bardzo chciała się przyłączyć do wszechogarniającej, pełnej napięcia i radości atmosfery. Niestety cały czas czuła na karku oddech Urzędu Skarbowego, który wiele kilometrów dalej podejmował właśnie wysiłki, aby uczynić z niej przestępcę podatkowego.

– Halo? Tu telefon Hrabiny – odezwał się nagle po szóstym sygnale miły, męski głos w słuchawce.

Continue Reading

Hrabina i koronkowe majtki

– Czy ty nie powinnaś gdzieś wyjechać? – odezwał się Maciek, kładąc  na stole w kuchni dodatkową parę kluczy, które specjalnie dla niego dzień wcześniej Sowa wygrzebała z czeluści szuflady.

Właścicielka mieszkania siedziała na balkonie, a swoje spuchnięte stopy zanurzyła w misce pełnej zimnej wody. Odpalała już drugiego papierosa, choć była dopiero dwunasta.

– Niby gdzie? – odpowiedziała, nie patrząc na swojego rozmówcę.

– Nie wiem, gdzie, hrabino – Maciek w dwa dni przeszedł proces tytułowania Sowy na różne sposoby. Zaczął od „landlordzie”, potem bardziej wykwintnie „diuszeso”, przez staropolskie „mości dobrodziejko”, aż do ostatecznej formy „hrabino”, którą to łaskawie zaakceptowała. – Ale jeśli teraz nie wyjedziesz, prawdopodobnie czeka cię tu jakaś zagłada.

– Skąd ta myśl – prychnęła dziewczyna i zaciągnęła się nerwowo papierosem.

Maciek wszedł w jej pole widzenia ze swoimi ramionami atlety. Sowa natychmiast wewnętrznie zmiękła. Postanowiła pozwolić mu wypowiadać do niej słowa, skinęła uprzejmie głową, a tradycyjny koczek zaplątany na czubku jej głowy przechylił się przy tym łaskawym ruchu nieco do przodu.

– Znamy się krótko, ale już nie raz takie rzeczy widziałem. Mój brat to pracoholik i do tego jest uparty jak osioł. Rok temu postanowił pracować w korpo, od tego czasu ma błędny wzrok, wypala pięć paczek dziennie, przestał śpiewać pod prysznicem i jeśli koszula nie jest idealnie wyprasowana, robi swojej dziewczynie awanturę na pół miasta. Nie byle jakiego, bo mieszkają w Łodzi.

Maciek oparty plecami o metalową barierkę balkonu, spojrzał na bose stopy Sowy zanurzone w wodzie. Po krótkiej chwili milczenia pokazał ręką na nogi dziewczyny.

– Pracujesz w sklepie, prawda?

– Tak.

– Jesteś sprzedawcą? Albo może nawet kierownikiem zmiany?

– Tak.

– Ile razy dziennie chcesz zamordować człowieka?

Continue Reading

Stambuł i Urząd Skarbowy

– A ja myślałam, że w domu było gorąco – wysapała Karolina, po czym wczołgała się w zacienione miejsce pod drzewem. – Zaraz się rozpłynę i umrę jako plama z człowieka.

Gosia westchnęła. Leniwie rozciągnęła ramiona, po czym opuściła dłonie na zaskakująco zieloną trawę.

– Oni chyba muszą ją codziennie  podlewać albo wymieniać co tydzień – zauważyła, przesuwając ręką po źdźbłach. – Niemożliwe, że przy tylu turystach i takim słońcu ona jeszcze daje radę…

Mimo ponad czterdziestu stopni Stambuł absolutnie wszędzie tętnił życiem. Od kiedy o poranku dziewczyny opuściły mieszkanie swojego hosta, nawet przez pięć minut nie przebywały same. Zdawało się, że wszystkich mieszkańców i gości miasta obowiązuje obowiązek współdzielenia przestrzeni przekraczającej 4 metry kwadratowe.

Continue Reading

Gość w niechciany dom

Deszcz zaczął padać mniej więcej wtedy, gdy Sowa w pośpiechu przebiegała przez pasy koło Urzędu Marszałkowskiego. Skręciła w ulicę Podmurną, żeby wstąpić  jeszcze do starej piekarni z brązową kratą i bardzo niewyróżniającym się szyldem. Owionął ją ciepły zapach świeżo upieczonego chleba, gdy tylko przestąpiła próg sklepu. Pani w białym fartuchu wymieniła  1 złotówkę i 98 groszy podane przez Sowę na ciemny, okrągły bochenek, cudownie pełen ziaren.  Dziewczyna schowała chleb i szybkim krokiem wyszła z piekarni. Wtedy deszcz przestał zwyczajnie padać, a zaczął lać tak okropnie, że przez chwilę Sowa rozważała powrót do środka piekarni.

Po kilku krokach jednak postanowiła iść dalej po mokrych, kocich łbach. Właściwie upał wymagał ulewy od czasu do czasu i nawet grzmiąca w oddali burza zdawała się być przyjemna, gdy w alternatywie postawiło się słońce i rozgrzane kamienie starówki.

Toruń mókł pięknie. Po dachówkach gotyckiego ratusza spływały strugi deszczu, zamieniając na chwilę pokrycie dachu w błyszczące rybie łuski. Piesek z kapeluszem w pysku po jednej stronie rynku, a osiołek po drugiej, z pokorą metalowych rzeźb znosiły wodę ściekającą z ich nosów. Spanikowani, ale roześmiani turyści przemykali obok dostojnie kroczącej Sowy. Kolejka przed lodziarnią Lenkiewicza nagle się rozpierzchła, a konsumenci naleśników patrzyli spod parasoli na deszcz, zadowoleni chyba z nagłej zmiany temperatury.

„Właściwie to dobrze, że pada – pomyślała Sowa, czując jak jej ramiona chłodzi letnia ulewa. – Chyba naprawdę pewnego dnia przeprowadzę się do Norwegii. Boże, jak ja nienawidzę tych upałów…”

Przeszła pod kamienicami, które odgradzały stare miasto od Placu Rapackiego. Ulewa nie oszczędzała nikogo i niczego, a dodatkowo zaczęło mocniej wiać. Od strony Wisły uderzyła ją po twarzy fala deszczu,  na głowie czuła już tylko uderzenia kropli, które biły także ostro w szkła wielkich okularów. Niewiele myśląc, Sowa zaczęła biec.

Continue Reading