77. Wspólny dom

Stanisław nie zajął dużo przestrzeni na Chopina. Przywiezione przez niego rzeczy mieściły się w jednej wielkiej walizce i trzech kartonach. W starej szafie Sowy powiesił kilka koszul, a do szuflady wsypał skarpetki, wszystkie jednakowo czarne. Na wieszaku w łazience pojawił się nowy wielki ręcznik. Do kuchennej szafki z jedzeniem mężczyzna wstawił dodatkowe płatki owsiane, jakiś sprzęt do miksowania zdrowych shake’ów z pietruszki, jabłka, jarmużu i banana. Sportowe buty w rozmiarze 44 stanęły w przedpokoju pomiędzy eleganckimi botkami Gosi a traperami Sowy. Łazienka rano zaczęła pachnieć męskim dezodorantem.

Przez pierwsze dwa tygodnie marca Stanisław miał pracować zdalnie z biura, które tymczasowo urządził w dawnym pokoju Karoliny. Choć na temat wyglądu mieszkania nie wypowiadał żadnych opinii ani nie prezentował oczekiwań, jedno okazało się dla niego ważne. Poprosił Sowę, by dała mu do przejrzenia umowę z dostawcą Internetu. Przez piętnaście minut stał pośrodku kuchni i kręcił głową nad papierami. Ostatecznie oznajmił, że poszuka im czegoś lepszego, gdy czas trwania umowy się skończy, bo przecież to wstyd, mieć taki mały transfer za takie pieniądze.

Bajka najpierw uciekała przed wielkim mężczyzną snującym się w ciągu dnia pomiędzy biurem a kuchnią, aż któregoś wieczoru odważyła się na koci wyczyn i bez wahania wskoczyła mu na kolana, gdy oglądał serial. Udeptała w fałdach dresu wygodne gniazdko. Ziewnęła i zwinęła się w kulkę. Pół godziny później Sowa wróciła z szybkich zakupów. Zastała Stanisława w sypialni w bardzo niewygodnej pozycji, gdy próbował nie ruszając kota zatrzymać serial na oddalonym od łóżka komputerze. 

– Widzę, że się jednak dogadaliście? – Aleksandra stanęła na środku pokoju i uśmiechnęła się szeroko.

– Sama wskoczyła. Nie chciałem jej budzić. 

Dla Gosi obecność Stanisława była ciekawą zmianą. Wstawał najwcześniej ze wszystkich, więc widzieli się rano w kuchni, gdy w pędzie chwytała cokolwiek do jedzenia i biegła do radia. Czasem zdążyli porozmawiać o czymś więcej, niż o ilości mleka w lodówce. Przed szóstą jej umysł był całkowicie otępiały, łatwo więc dawała się złapać na jego żarty. Udawał, że nie rozumie jakiegoś zjawiska społecznego albo że nie jest na bieżąco z ważnymi informacjami politycznymi, a Gosia natychmiast się nakręcała. Natchniona radiową misją tłumaczyła mu: dlaczego się teraz strajkuje pod sejmem, iloma głosami przegrał kandydat na prezydenta Stanów, na którym oceanie jest wyciek ropy i jak to wpłynie na malejącą populację tuńczyka. Stanisław na koniec tych udzielanych w pędzie skrótów informacji zazwyczaj dopowiadał coś, co zdradzało jego głęboką znajomość tematu, a omawianą sprawę przedstawiało z zupełnie innej strony. Gosia nieruchomiała w progu kuchni, wściekła, spóźniona i zarazem pełna podziwu dla wiedzy współmieszkańca. Po kilku takich porankach przysięgła Stanisławowi, że jeśli jeszcze raz w ten sposób z niej zażartuje, zaciągnie go za fraki do Sowy, każe się spowiadać z bycia złośliwym. Idąc do pracy mieliła jednak w głowie przekazaną w kuchni informację, aż w końcu skapitulowała. Dziesięć minut po sprzeczce poprosiła go w wiadomości o wysłanie adresu strony internetowej, z której wyczytał o wielkim przełomie w badaniu wpływu zanieczyszczonego powietrza na mieszkańców Delhi.  

Sowa większość czasu od rana do wieczora spędzała na strychu, dopinając hostelowe pomieszczenia na ostatni guzik. Choć prace się opóźniły, a polecona przez kuzynkę specjalistka od mediów społecznościowych okazała się być gburowatą snobką, wszystkie aspekty wielkiego projektu, jakim był hostel na Chopina, zdawały się powoli zmierzać ku szczęśliwemu otwarciu. Część mebli oraz tekstyliów zdobyli z odzysku, więc Sowa bała się o ostateczny rezultat – czy będzie to wyglądało spójnie i estetycznie? Przez telefon pokazywała na kamerze skończone pomieszczenia Marcinowi, ale niewiele umiał powiedzieć. Zdjęcia nie oddawały w pełni klimatu poddasza. Licząc na obiektywną opinię, mogła zaprosić na zwiedzanie swojego prawnika, koleżankę ze szkoły muzycznej albo znajomych Gosi, ale nie dojrzała jeszcze do decyzji, w jaki dokładnie sposób chce reklamować swój hostel. Gburowata dziewczyna od promocji nie pomagała jej w takich decyzjach. Choć podobno umiała prowadzić skuteczne kampanie, jedyne, co Sowa od niej usłyszała, to “dostarcz mi dobre zdjęcia”. 

– To nie jest dokładnie ten typ rady, który mnie inspiruje do działania – mówiła Stanislawowi, gdy razem chodzili po pustym hostelu. Dźwięki już nie odbijały się od ścian. Wsiąkały w kolorowe poduszki, świeżą pościel i kanapy w kącie wspólnego pokoju. – Nadal mam wrażenie, że zupełnie się nie znam na biznesie i zaraz wciągnie mnie czarna dziura dla żółtodziobów.

– To może żółta dziura? – Stanisław spojrzał na sceptyczną minę Sowy i natychmiast zmienił front. – Nie martw się. Jeśli się boisz przepisów, księgowości albo excela, to ci pomogę, na tym akurat zęby zjadłem. Poduszek nie dobiorę do siebie kolorem, ale zdaje się, że akurat w tej kwestii wcale nie potrzebujesz pomocy. Ja się tu czuję jak w domu. 

Sowa rozejrzała się wokół siebie. Kolorowa, witrażowa lampa na biurku w recepcji dawała akurat tyle światła, by wydobyć z ciemności w kącie zostawione przez pracowników pojemniki z farbą. 

– O, nie. Myślałam, że je oddali do sklepu – przykucnęła przy plastikowych wiadrach. – Mieli zrobić za nie zwrot, ale chyba się przed weekendem spieszyli i postanowili to olać… Świetnie, ja i mój zepsuty kręgosłup na pewno sobie z tym poradzimy.

– To może razem to zrobimy?

– My? Teraz?

– No tak. Przy okazji zobaczymy kilka rzeczy. 

Sowa wstała. Spojrzała na Stanisława ze zdziwieniem.

– Co chcesz oglądać w sklepie budowlanym? 

Mężczyzna zaczął wyliczać na palcach.

– Bateria w łazience cieknie, kiedy przełączasz z kranu na słuchawkę prysznica. Przydałoby się przy balkonie przyczepić nową listwę na dole, bo tamtą chyba wam ktoś wygryzł, wygląda okropnie. Drzwi wejściowe trzeba uszczelnić, wieje od nich z korytarza. Wystarczy parę metrów uszczelki, nic wielkiego. A ten zepsuty kontakt, co wisi w powietrzu nad lodówką? To ma jakiś cel?

Sowa wsunęła ręce do kieszeni. Pokręciła w milczeniu głową, niepewna, jak się odnieść do zadanych pytań. Choć troska Stanisława o wspólny dom grzała jej jedną stronę serca, z drugiej pojawiła się niepewność. Czy to oznacza, że ona jako właścicielka nie umie sobie poradzić z dbaniem o mieszkanie na Chopina? I teraz nastał czas zmian, w którym to jej chłopak będzie przykręcał śrubki do listew?

– To co, pojedziemy? – Stanisław podniósł dwa wiadra pełne farby. Uśmiechnął się do Aleksandry. – Jak będziemy wracać, możemy zgarnąć jakieś dobre jedzenie. Dzisiaj stawiam.

Wizyta w markecie budowlanym, wbrew początkowemu nastawieniu Sowy, okazała się relaksującą rozrywką. W dziale z farbami stanęli razem przed półką i zanim się spostrzegli, już dyskutowali o ewentulanym odświeżeniu korytarza na Chopina, żeby było tam trochę jaśniej. Spomiędzy półek z narzędziami Stanisław wyszedł z nową wkrętarką, a Sowa na pół godziny utknęła w zakątku z roślinami. W końcu postanowiła uratować na wpół zaschniętą kalateę, co tylko odrobinę przekraczało jej budżet na nieplanowane wydatki. Gdy kasjerka przesuwała kupione przez nich produkty na taśmie, Stanisław w skupieniu czytał na telefonie jakieś informacje o nowej wkrętarce, które znalazł na stronie dla specjalistów. 

Druga część serca Aleksandry zaczęła wyraźnie się ocieplać. Większość ze wspólnych czynności i wrażeń z pierwszych dni wspólnego mieszkania układała jej się w mozaikę, której każdy element był równo ważny, ale dopiero razem tworzyły coś wyraźnego. Czuła się, jakby tak jak teraz było od zawsze, od początku świata. Stanisław wsunął się w życie na Chopina bez haczenia o jakiekolwiek wystające drzazgi.  

Tuż przed snem Sowa patrzyła z czułością na jego nieruchome ramiona, na zarys głowy. Wzruszało ją nawet jego ucho. Przytulała się, było jej tak dobrze, odwiecznie i błogo. 

I tylko rzucone pod szafę, dwie brudne skarpetki czekały cierpliwie, aż pierwsza fala zachwytu rozbije się o drobne przyzwyczajenia, a one jako dowody niedbałości będą mogły stać się aktorami dramatu. 

Ale to dopiero za chwilę, jeszcze nie teraz.

 

76. Czerwona lampka

Mania ze zdumieniem uniosła brwi. Mało brakowało, a przetarłaby plastikowe, ochronne okulary, w których wyszła z laboratorium. 

– Okej, to jest grubsza sprawa – powiedziała przytłumionym głosem. – Ale w takim razie nie możemy o tym tutaj rozmawiać. Masz chwilę, żeby przejść się ze mną coś zjeść?

Gosia spojrzała na zegarek. 

– Tak, jeszcze co najmniej dwie godziny. Czasu starczy nawet na kawę i deser. 

– Świetnie. Poczekaj na mnie, tylko rozbiorę się z tych fartuchów.

Mania znikła za drzwiami. Młoda dziennikarka została na korytarzu oświetlonym dwiema jarzeniówkami. Skinęła głową jakiemuś przechodzącemu profesorowi, który wziął ją za studentkę i ukłonił się szarmancko. Czekając na sąsiadkę Gosia zdążyła zapoznać się z kilkoma posterami z konferencji, które znalazły miejsce wiecznego spoczynku na ścianie w bocznym korytarzu Wydziału Chemii UMK. Jedyne, co z nich wywnioskowała, to że autorzy zupełnie nie umieli dobierać kolorów wykresów.

– Jestem – Mania stanęła obok. Z rozczochranymi włosami i w bluzie z kapturem zupełnie nie przypominała poważnej wykładowczyni z doktorskim tytułem. – Idziemy do “Adasia”.

Continue Reading

75. Czarny las

Karolina razem z Irene jako ostatnie weszły na rusztowanie. Zostały już z niego zabrane brudne narzędzia, materiały i wszystko, co było potrzebne w procesie odnawiania fresków oraz stiuków. Z aparatami fotograficznymi dziewczyny wspinały się na najwyższy poziom. Mijały miejsca, gdzie przez ostatnie miesiące spędziły długie godziny, wdychając zapachy odczynników i pył od szlifowania. Odkurzacz wciągnął wcześniej złote skrawki folii, zmiecione pędzlem ze złotych ornamentów. Wszystko wyglądało czysto, świeżo, jakby dopiero co ekipa twórców sprzed kilku wieków oddawała miejsce do klasztornego użytku.

– Ależ to była przygoda – westchnęła Irene. Zrobiła próbne zdjęcie i spojrzała na wyświetlacz. Poprawiła ustawienia, żeby wydobyć wszystkie barwy fresku. – Aż nie wiem, czy się po niej odnajdę z powrotem w domu.

– Wracasz prosto do siebie? Do rodziców? – zapytała Karolina.

– Jeszcze nie wiem, do którego z nich – Irene przeskoczyła zwinnie w bok na kolejną część rusztowania. – Mama chętnie by mnie zobaczyła, ale nie mam tam na wsi co robić. Mogę tylko uprawiać legendarne sycylijskie pomidory. A u taty… Niby spoko, bo to Mediolan i mam tam znajomych ze studiów, ale w pakiecie jest spotykanie codziennie jego napuszonej żony, która ewidentnie ma ze mną problem. 

Karolina oderwała na chwilę wzrok od tego, co uchwycił jej aparat. Spojrzała na spokojną twarz koleżanki. Włoszka ubrana w wielki, ciepły sweter w nordyckie wzorki, zwinnie przeskoczyła na kolejną część rusztowania. 

– Myślisz o tym, na jaki kolejny projekt jechać? Czy będziesz szukać pracy? – zapytała Polka. Skierowała obiektyw aparatu na złotą ramę okalającą fresk. 

– Na razie chcę nabrać perspektywy, zobaczyć się z przyjaciółmi. A potem się zobaczy.

Continue Reading

74. Skarpetki

Sowa w pierwszej chwili nie zrozumiała tego, co powiedział lekarz. Nie dlatego, że mówił niewyraźnie – jak na ponadsiedemdziesięcioletniego faceta, zdawał się być całkiem komunikatywny. 

– Halo, proszę pani? – oparł się rękami o blat biurka, na którym w eleganckich stosach piętrzyły się notesy od firm farmaceutycznych. – Powtórzyć?

– Jak to „w ogóle nie dźwigać”? Przecież muszę czasem sobie zrobić zakupy. Ile dokładnie kilo mogę podnieść? 

Mężczyzna przewrócił oczami, a potem westchnął. Gdyby były jeszcze jakieś inne błyskawiczne sposoby wyrażania dezaprobaty i zniecierpliwienia, na pewno by ich użył.

– Jak już pani tak bardzo chce znać dokładną liczbę, to mogę powiedzieć, że około kolograma. Albo najwyżej trzy. Musi pani żyć spokojnie.

Dziewczyna zacisnęła rękę na ramieniu torebki, którą trzymała na kolanach. 

– Co to znaczy „spokojnie”?

– No po prostu spokojnie. Wolniej, niż dotychczas.

Sowa przez chwilę obserwowała lekarza, który zaczął klikać na komputerze stojącym na biurku. Oczywiście sam zakaz dźwigania nie przekreślał w jej życiu prowadzenia hostelu ani śpiewania z weselnym zespołem w sezonie ślubnym. Nie zamierzała też używać swojego zepsutego kręgosłupa do sportów powszechnie uznawanych za ekstremalne, a tak naprawdę nawet do większości zwykłych aktywności fizycznych. Mimo to poczuła się, jakby jakieś drzwi usiłowano jej właśnie zatrzasnąć przed nosem, bez możliwości ich ponownego otwarcia. 

– Coś jeszcze chce pani wiedzieć? – neurolog znów oparł się o biurko i spojrzał na Sowę z niechęcią. – Czy mogę już przyjąć kolejnego pacjenta?

– Oczywiście, że chcę więcej wiedzieć – wypaliła dziewczyna natychmiast. – Ile kilometrów mogę przejść, żeby nic sobie nie uszkodzić? Czy powinnam jeszcze zrobić jakieś dodatkowe badania? W czym dokładnie muszą mi pomagać inni ludzie? W jakich czynnościach?

Lekarz pokręcił głową. Wbił wzrok w ekran swojego monitora. 

– Na przykład nie może się pani za mocno schylać, więc ktoś powinien pani pomagać założyć skarpetki. Na pewno ma pani kogoś takiego. Tak, żeby był obok na co dzień.

Sowa natychmiast poczuła, jak falą wzbiera w niej gniew. 

Continue Reading

73. Świat jest mały

Gosia z przerażeniem patrzyła na tył autobusu, który właśnie znikał w ciemności zimowego wieczoru. Jej przyspieszony od biegu oddech zamieniał się w mroźnym powietrzu w duże obłoki pary, gdy zwalniała tempo na jezdni pokrytej cienką warstwą śniegu. Zrezygnowana oparła się rękoma o kolana i zakaszlała. 

Wyprostowała się i rozejrzała wokół z wściekłością. Bez szczególnego pomysłu na to, co dalej, wróciła pod dach przystanku, przyklejony do wejścia na teren wojskowej jednostki. Niemal zamachnęła się nogą, żeby kopnąć w śmietnik, ale w końcu zrezygnowała. Cisnęła torebkę na prostokątną ławeczkę zbudowaną wokół filara. Obiecała sobie w duchu, że nieważne jak przekonujący nie będzie informator, jak bardzo będzie ją kusiło, by zrobić dobry materiał, jakąkolwiek wyznaczy sobie nagrodę za wyczyn – już nigdy jej stopa nie postanie po tej stronie Wisły. 

Poprawiła niedopięty płaszczyk i ciaśniej zawinęła się ogromnym szalikiem, który pożyczyła od Sowy na tę wyprawę. Z perspektywy radiowego biurka dwie godziny w towarzystwie żołnierza oprowadzającego po starym forcie wydawały się być ekscytującą wycieczką. Jednak kiedy tylko po wejściu na teren XIX-wiecznej fortyfikacji owionęło ją zimno, zapach stęchlizny i wilgoci, a umundurowany mężczyzna z (jego zdaniem) zachęcającym uśmiechem oświadczył “Ze mną się tu nie zgubisz”, poczuła się niepewnie. Przemierzała budowlę z mieszanką strachu, ekscytacji oraz przemożnego pragnienia, by wyjść. Nagrała całkiem ciekawy materiał, choć wiedziała, że parę razy zadrżał jej głos. Latarka wydobywała na światło tylko część dużego obiektu, więc resztę dopowiadała jej bujna wyobraźnia i zachowane w pamięci zdjęcia obejrzane wcześniej w Internecie. Przyprószony śniegiem fort, noszący ślady różnych działań wojennych, przypominał jej scenografie filmów, w których zawsze działo się coś traumatycznego dla bohaterów. Z ulgą chowała dyktafon do kieszeni i opuszczała jednostkę wojskową pewna, że zdąży na autobus. 

Kiedy w zimowej ciszy siedziała na przystanku, wspomnienie innych wydarzeń w jednym z toruńskich fortów przywołało nagle jeszcze silniejsze emocje. Ciaśniej zaplotła ramiona, głębiej schowała podbródek w miękki szalik. Choć przed jej oczami pojawiły się wielkie płatki bezszelestnie padającego śniegu, w swojej głowie przeniosła się do czerwca po zakończeniu matur. Razem ze znajomymi z klasowej paczki urządzali ognisko połączone z piciem wina w ruinach fortu niedaleko lotniska. Wszędzie pełno było zapachu kwitnących krzewów, zieleń trawy młoda i naiwna pokrywała resztki kruszącej się czerwonej cegły. Jej ówczesny chłopak miał na imię Rafał i bardzo jej imponował. Przodował w matematyce i całowaniu, a w trakcie imprezy po drugim piwie potrafił śpiewać zmyślone piosenki. Po zmroku oderwali się we dwoje od grupy, żeby chwilę pobyć na osobności. Upleciony przez koleżankę Gosi wianek poluzował się na jej głowie i ciągle przekrzywiał, gdy zbiegali w dół, trzymając się za ręce. Powoli szli w stronę ściany pokrytej graffiti. Gosia czując jak mocno bije jej serce, oparła się plecami o cegły i zalotnym spojrzeniem zachęciła Rafała, by znalazł się tuż obok. Już mieli zacząć całować się z pasją, kiedy z wnętrza ciemnego, łukowatego otworu po ich lewej stronie dobiegł jęk. Był tak dziwny, że początkowo go zignorowali, ale powtórzył się jeszcze dwa razy. Gosia zacisnęła rękę na ramieniu Rafała i przerażony wzrok wbiła w jego twarz. Chłopak nie miał niczego, czym mógłby poświecić w stronę jęczącej jamy, więc powoli wycofali się kilka kroków i z tej odległości zawołali, czy ktoś jest w środku. Tym razem jednak odpowiedziała im cisza. 

Zaniepokojeni wrócili do grupy przyjaciół siedzącej przy ognisku. Opowiedzieli historię, jednak nikt nie potraktował ich poważnie. Rafał pożyczył od kogoś latarkę, by zobaczyć, czy na pewno to wszystko tylko im się przywidziało. Zanim wrócili zobaczyć ceglaną wnękę w świetle latarki, człowiek musiał się ulotnić. Zostały po nim tylko puste butelki, parę śmierdzących szmat i krople krwi na ziemi. Dwa dni później martwego człowieka w tym samym miejscu znaleźli toruńscy harcerze, którzy urządzali grę terenową na zakończenie roku szkolnego. 

Gosia głęboko westchnęła, a obłoczek pary wzbił się w ciemną noc. Śnieg zaczynał padać coraz gęściej. Pod snopem pomarańczowego światła latarni wyglądało to bajkowo i nieco uspokoiło dziewczynę mimo jej żałosnego położenia. Wahała się przez chwilę, czy nie szarpnąć się na taksówkę. Przeanalizowała w głowie swoje ostatnie wydatki i zacisnęła zęby. Może gdyby przez ostatni tydzień nie zamawiała codziennie jedzenia do pracy… To wszystko wina Igora, to on z szelmowskim uśmiechem przychodził do jej biurka i sugerował, że nie opłaca się dzwonić po pizzę tylko dla jednej osoby.

A właśnie.

Odblokowała telefon i odszukała numer kolegi. Po kilku sygnałach odebrał.

– Cześć, Gosieńko. Cóż to za zaszczyt mnie kopnął, że dzwonisz?

– Masz niezwykłą okazję wyratować mnie z opresji i nabić sobie punktów w księdze dobrych uczynków.

– Ale ja nie zbieram żadnych dobrych uczynków, szczerze mówiąc od zawsze jestem bardziej zainteresowany tymi złymi – roześmiał się mężczyzna.

Continue Reading

72. Wanna

Karolina patrzyła na swoje nogi wystające z wody w wannie. Szczupłe uda i kolana tworzyły dwie jasne wyspy ponad taflą. Dziewczyna powoli zanurzyła ramiona. Poczuła nieprzyjemne szczypanie na całej powierzchni ciała. Było jej zdecydowanie za gorąco, ale postanowiła na razie nie odkręcać zimnego strumienia. Wiedziała, że po jakimś czasie to wrażenie minie, ciało się rozluźni. 

Do końca projektu konserwacyjnego zostały cztery tygodnie. Kiedy minął szalony sylwester, cała ekipa wesołych pracowników wróciła na rusztowanie i w kościele znów odezwały się odgłosy odkurzacza zbierającego pył, szlifowania białych dekoracji, nawoływania z różnych pięter konstrukcji żeby podać jakieś narzędzie, o którym się zapomniało albo kubek z czystymi pędzlami. Po wizycie we Freiburgu razem z Hanką Karolina wróciła do klasztoru dumna i nieco obolała. Z nowymi tatuażami na rękach i portfelami chudszymi o parę dobrych euro obie pokazywały wieczorem przy kolacji dzieła tatuatora z ciemnej uliczki. 

– Teraz możesz czuć się bardziej… Cygańsko. Podróżniczo – podsumował Theo, opierając głowę na chudych ramionach. – Masz na ręce wskazówkę, gdzie cię serce niesie.

Jednak Karolina nadal nie czuła, że wie, gdzie prowadzi ją dalsza część jej własnej opowieści. Kilka miesięcy wcześniej słuchała rozedrganego głosu Gosi, która przemierzając Bałkany szukała odpowiedzi na najważniejsze pytania. Rzucona w wir radosnego podróżowania Małgorzata Swadźba dowiedziała się wiele o sobie, aż w końcu wróciła do Torunia i po niedługim czasie na powrót odnalazła swoje miejsce w życiu. Karolina za to w pogoni za miłością straciła energię oraz cel. W jakimś sensie jej wyjazd do Niemiec okazał się przedłużeniem czasu studiów, co na każdym kroku swoim zachowaniem podkreślali jej koledzy i koleżanki z rusztowania. Wśród codziennych śmiesznostek i zwykłej, nużącej pracy mieli czas na filozoficzne rozmowy, zwiedzanie okolicy, bitwę na śnieżki, wspólne piwo, herbatę czy głupie filmy. Obserwując swoich polskich znajomych przez media społecznościowe Karolina czuła się jak beztroski dzieciak – co chwilę na ekranie jej smartfona pojawiały się zdjęcia pierścionków zaręczynowych, mieszkań kupionych na kredyt albo słodkie buzie dzieci. 

Zanurzona po szyję w gorącej wodzie dziewczyna dała w końcu za wygraną. Odkręciła na chwilę zimny strumień. Po kilku sekundach chłód dotarł do jej stóp kojącą falą. Odetchnęła. 

“Czy muszę już wiedzieć, o co mi chodzi? Może dobrze będzie po powrocie z tego projektu znaleźć po prostu następny?” – myślała.

Tak właśnie od roku funkcjonował Kris. Skończone studia dawały mu możliwość pracy w zawodzie, ale zdecydowanie bardziej wolał krótkie wolontariaty w ciekawych miejscach, projekty oparte na pomocy lokalnym społecznościom albo nawiązywaniu międzynarodowej sieci kontaktów. Dopóki Karolina nie porozmawiała z nim poważnie o jego życiowych priorytetach, uważała taki styl życia za pozbawiony głębszego sensu. Szli na jeden ze swoich weekendowych spacerów po okolicznych lasach, zaopatrzeni w herbatę, czekoladę i małą butelkę nalewki. Karolina nieśmiało zasugerowała, że Kris nie wykorzystuje swojego potencjału, nie zarabia na przyszłość, tylko się bawi.

– Serio tak uważasz? Że zmarnowałem ostatni rok? – zapytał lekko rozbawionym tonem. Śnieg skrzypiał pod ich butami, kiedy szli leśną ścieżką. – Czy to ogólnie przyjęty model życia nie pasuje do moich decyzji?

– Nie wiem, co dokładnie mi nie pasuje – odpowiedziała, omijając nisko zwieszoną, ośnieżoną gałąź buku. – Po prostu rozsądne wydaje się zaraz po studiach robić karierę, kiedy masz na to czas, kiedy masz dużo siły, nie znalazłeś jeszcze życiowej partnerki, dla której z wielu rzeczy trzeba rezygnować, twoi rodzice są zdrowi i sprawni i nie musisz ich na razie wspierać…

Kris zatrzymał Karolinę wyciągając ramię w bok. Położył palec na ustach. Kilka kroków przed nimi pomiędzy pniami drzew przesuwały się brązowo-szare kształty. Dopiero po chwili Karolinie udało się wypatrzyć wielkie oczy, chude nogi i białe zady saren. Powoli, uważnie, pięć zwierząt przeskoczyło przez ścieżkę, obdarzając ich krótkim spojrzeniem. Kiedy znikły za kurtyną ośnieżonych gałązek, dziewczyna zwróciła wzrok na Krisa. Chłopak z iskrami w oczach wpatrywał się dalej w miejsce, gdzie przed chwilą zniknęły zwierzęta. 

– Piękne, co?

– Aha.

– Ja naprawdę nie wiem, jak można nawet pomyśleć o strzelaniu do nich.

Ruszyli dalej. Chłopak wyciągnął z plecaka czekoladę i poczęstował Karolinę.

– Powiedziałaś, że rozsądne jest według ciebie rzucić się w wir dorosłości, ciężko pracować i tak dalej, prawda? 

– Tak mi się wydaje. 

– Ja właśnie dlatego robię coś zupełnie odwrotnego – uśmiechnął się. – Na poważne decyzje, uwiązanie się do jednego miejsca przyjdzie jeszcze czas. Poznałaś mnie trochę lepiej, więc  wiesz, że to nie wynika z lekko myślności. W moim wypadku jeżdżenie z projektu na projekt nie zaspokaja jakiejś niespokojnej potrzeby, fascynacji zmianą. Może w tym co teraz powiem wyczujesz nawet lekki weltschmerz… – zatrzymali się pod ogromnym świerkiem. Patrząc na niego Kris mówił dalej. –  Zanim dorosłość mnie dopadnie z całą swoją paletą złośliwych, dołujących zagrywek, mam szansę poznać Europę od trochę bardziej beztroskiej strony. Nowi ludzie i miejsca niesamowicie mnie ciekawią, choć żadna ze mnie dusza towarzystwa. Skoro i tak pewnego dnia utonę w tej smutnej zupie, to teraz chcę czerpać z moich możliwości pełnymi garściami. Rozumiesz?

Karolina głęboko odetchnęła mroźnym powietrzem. 

– Rozumiem. Tylko nie wiem, czy my w Polsce możemy sobie pozwolić na taki luksus. 

– To nie luksus – uśmiechnął się Austriak. – To indywidualny wybór. 

Kiedy wracali do klasztoru, powietrze jeszcze bardziej się ochłodziło. Zziębnięci postanowili przebiec ostatni kawałek przez zaspy i wpadli na teren pod kościołem zdyszani, z nosami czerwonymi z zimna. 

– Marzę teraz o wannie gorącej wody – Kris otworzył drzwi wejściowe do budynku, w którym spali. – Chyba zaraz tam wskoczę.

– Macie wannę w pokoju? – zdziwiła się Karolina. Otrzepała buty ze śniegu i weszła w ciemność korytarza. – Myślałam, że w każdym jest prysznic. Zresztą, ja bym z wanny nie zrobiła wielkiego użytku. Nigdy jej nie miałam i nie rozumiem przesiadywania w tylu litrach wody.

Kris z teatralnym zdumieniem aż przetarł okulary. 

– Niemożliwe! Nigdy nie leżałaś w wannie? Nie czytałaś w niej? Zero relaksu?

– Nie.

Pokręcił głową. Ruszyli schodami do góry.

– To musisz to zrobić dzisiaj.

– Ale jak to? – Karolina roześmiała się. 

– No musisz, mówię ci. To najlepsze miejsce do myślenia. Skoro do końca projektu zostały nam tylko cztery tygodnie, a potem chcesz się poświęcić robieniu zawodowej kariery bez żadnych rozrywek czy zabaw, przed powrotem powinnaś zrobić jeszcze mnóstwo nowych rzeczy – zapał w głowie chłopaka był tak zaraźliwy, że Polka po krótkiej chwili zgodziła się spróbować dobroczynnego wpływu wanny na zziębnięte ciało. – Bierz ręcznik i płyn do kąpieli i przychodź do naszego pokoju jak najszybciej. 

Godzinę później Karolina nadal nie rozumiała tego fenomenu. Choć jej organizm przystosował się do gorącej wody, zanurzona po szyję obserwowała swoje ciało pod taflą ze sceptyczną miną. Może po prostu nie umiała się rozluźnić, nie tylko po spacerze, ale również życiowo? Może jej problemem wcale nie był brak wytyczonej sztywno ścieżki kariery, ale wewnętrzne ciśnienie, by zrobić to idealnie, jak najszybciej, bez wprowadzania poprawek?

To jedno musiała przyznać: podobała jej się koncepcja poświęcenia ostatnich dni pobytu w Szwarcwaldzie na próbowanie nowych rzeczy. Miała już pamiątkę w postaci tatuażu, którego zdjęcie z radością wysłała do przyjaciółek w Toruniu. Zdecydowanie podszkoliła swój niemiecki, a także umiejętności manualne potrzebne przy dbaniu o zabytki. Noc spędzona ze zwariowanymi właścicielami kamperów na przełęczy sprawiła, że gdzieś z tyłu głowy zagnieździł jej się pomysł na kolejne przygody w trasie. Ze wstępnych wyliczeń dokonanych w pamięci wynikało, że udałoby się stary samochód taty przerobić na taki wyprawowóz. Zwykła tygodniowa praca oraz weekendowe wyprawy mogły być alternatywą dla całkowicie cygańskiego stylu życia. Wyobraziła sobie każdy szczegół swojego przyszłego vana: jego wnętrze, turystyczny sprzęt zlokalizowany pod materacem do spania, polową kuchnię wysuwaną na szynach i śliczne lampki wiszące nad głową. Aby zrealizować pierwszą fazę swojego nowego planu nie musiała nawet rzucać wszystkiego i jechać w Bieszczady, bo Sudetom jako górom przecież niczego nie brakowało, a dzikich miejsc znała w nich na pęczki.

Wychodząc z wanny miała już w głowie wstępną listę kolejnych nowych doznań do odkrycia. Ponieważ chciała natychmiast podzielić się nią z Krisem, niedbale owinęła ręcznik wokół ciała, wyszła z wanny na zimne kafelki i bez ostrzeżenia otworzyła drzwi do łazienki.

– Wiesz, to jednak był świetny pomysł, żeby…

Urwała w pół słowa. 

Przy biurku w pokoju siedział Calin, równie zaskoczony sytuacją, co Karolina. 

– O rany, myślałem, że to Kris tam siedzi – chłopak udawał, że nie patrzy na odsłonięte, mokre ciało koleżanki. 

– A ja nie wiedziałam, że ty tu jesteś, sądziłam, że Kris… To ja tam wrócę.

Szybko wskoczyła z powrotem za drzwi łazienki. Spojrzała w lustro. Parsknęła nerwowym śmiechem i poklepała się po czole, mrucząc pod nosem inwektywy na własny temat. “No to do listy nowych doświadczeń mogę dopisać kolejną – pomyślała. – Od dziś na sto procent zostanę obiektem plotek na temat romansu z Austriakiem.”

 

71. Nie skakaliśmy z radości

Sowa zaciągnęła się papierosem, ostatnim z limitu trzech dziennie, który narzuciła sobie rok temu. Jej sypialnię wypełniał półmrok oraz muzyka dochodząca z głośników. W górę ponad łóżko na którym leżeli razem ze Stanisławem, uniosła się strużka dymu. Zapach tytoniu podrażnił nozdrza i dotarł do zakamarków w umyśle mężczyzny, które natychmiast przypomniały mu o dawnym nałogu.

– Może zastanowisz się nad rzuceniem? – powiedział miękko.

– Zastanowię się. Pewnie to nic w moim życiu nie zmieni, ale zastanowię się.

Sowa wyciągnęła dłoń w stronę popielniczki ustawionej na stercie książek przy poduszkach. Zazwyczaj nie paliła nigdzie indziej, niż przy oknie lub na balkonie w kuchni, ale dziś wyjątkowo czuła przyciąganie łóżka, jego zawiłą, niewytłumaczalną grawitację. 

Stanisław westchnął ciężko. Spojrzał na zegarek, w ciemności błysnęła na niebiesko tarcza elektronicznej opaski na rękę.

– O której jedziesz? – zapytała Sowa.

– Godzinę temu.

Dziewczyna odwróciła się powolnym ruchem w stronę mężczyzny. Oparta łokciem o poduszkę czuła się mało stabilnie, bo rękę z papierosem starała się trzymać poza zasięgiem pościeli przykrytej kocem.

– To znaczy, że będziesz nadrabiał na trasie?

Stanisław wpatrywał się w sufit z uśmiechem czającym się w kącikach ust. Długo nie odpowiadał na pytanie. Sowa ponagliła go uniesieniem brwi.

– Będę jechał bezpiecznie. Nie martw się.

Aleksandra paliła dalej swojego ostatniego papierosa i przyglądała się, jak półmrok zaciera maleńkie zmarszczki wokół oczu i ust Stanisława. Zdawało jej się, że dopiero co przyjechał na Chopina przed Wigilią. Nie do końca wiedziała, na czym spędzili cały ten czas. Być może na wspólnym sprzątaniu strychu? Na pewno oglądali razem filmy i na zmianę zasypiali sobie nawzajem na ramionach albo udach, w zależności od wybranego tytułu. Kochali się też w blasku świec, choć namiętność wcale nie odegrała tego wieczoru głównej roli. Ledwie zaczęli zanurzać się w tajemnice swoich zmysłów, przerwała im zazdrosna Bajka z całym arsenałem kocich zachowań. Przewróciła dwie zapalone świeczki, zaczęła szaleńczo biegać i skakać po pokoju, a wyrzucona za drzwi sypialni przeraźliwie miauczała. Stanisław śmiał się i mówił, że muszą przyzwyczajać kota do takich sytuacji, ale Sowie jakoś nie było do śmiechu. Nie wiedzieć czemu, straciła po kocich harcach cały dobry nastrój.

– Kiedy znów przyjedziesz? 

Stanisław niespiesznie odwrócił głowę w stronę Aleksandry. Dłonią dotknął jej przedramienia i w zamyśleniu przesuwał palcem po odsłoniętej skórze ręki. 

– Właściwie, to mógłbym zaraz wracać do Torunia po tym wyjeździe, ale mam do ciebie inne pytanie. Jest ważne. Być może zadane za wcześnie zepsuje to, co między nami, ale co mi tam. Ufam ci, jak nikomu. 

– Tak? Co to za pytanie? – Sowa przymknęła powieki, czując delikatny dotyk palców mężczyzny na swoim przedramieniu. 

– Jak myślisz, mógłbym tu zamieszkać? 

Dziewczyna otworzyła oczy. Zaciągnęła się papierosem. Zgasiła go w popielniczce precyzyjnym, powolnym ruchem.

– Nie wiem – spojrzała na Stanisława uważnie. – A chciałbyś?

– Może to duża prośba, może wczesna – mężczyzna przestał gładzić przedramię dziewczyny i chwycił ją za dłoń. Miał ciepłe, suche palce, a ręka Sowy ginęła w jego dużej dłoni. – Powiedz mi po prostu, co o tym myślisz. Plusy są takie, że dużo częściej możemy się wtedy widywać. Jeśli nie czujesz się przekonana – dodał po chwili, gdy Sowa nadal milczała – możesz po prostu przemyśleć to kiedy będę w pracy, a za tydzień dasz mi znać. 

Aleksandra patrzyła na ich dłonie. Otulone półmrokiem i muzyką, leżące nieruchomo na kocu, wyglądały jak jedność, co bardzo jej się spodobało. 

– Mój dom zawsze był otwarty dla ludzi – powiedziała w końcu. Odszukała wzrokiem oczy Stanisława i bardzo poważnym tonem dokończyła: – Ale ty chcesz nie tylko zamieszkać w moim domu, skoro mnie o to pytasz. Prawda?

– Nie tylko. 

Piosenka płynąca z głośników skończyła się. Przez chwilę Aleksandra miała wrażenie, że resztki dźwięków oraz echo ich słów płyną powoli w powietrzu jak dym, jak kurz w słońcu. Wsiąkły w jej pokój pogrążony w ciemności. 

– Pomyślę o tym.

Continue Reading

70. Ogólnie pojęta samotność

Karolina pociągnęła spory łyk grzanego wina z kubka, który przed chwilą wręczył jej Kris. Mroźna pogoda utrzymywała się w Szwarcwaldzie od tygodnia, cienka warstwa śniegu pokrywała wszystko wokół: świerki, drogi, daszki jarmarcznych budek ustawionych wokół kamiennego filaru. Stojąc pod wielkim wiaduktem kolejowym, łączącym dwie ściany wąwozu, Karolina poczuła się nagle malutka i przytłoczona. Wzrokiem odszukała pozostałą część ekipy. Wszyscy uczestnicy konserwatorskiego projektu wybrali się w ostatni weekend przed wigilią na legendarny świąteczny jarmark w Ravennaschlucht.

 Radosny śmiech Hanki dobiegł od strony stoiska z bardzo brzydkimi ludowymi wyrobami.

– Kupię to mojej ciotce – machała drewnianym aniołkiem o wykrzywionej twarzy. – Ona zawsze ma taką minę, jak mnie widzi. 

– Strasznie to drogie, ale pyszne – zza lewego ramienia Karoliny wynurzył się Calin z naręczem miejscowych wędlin i dwoma słoikami czegoś, co na pierwszy rzut oka przypominało miód, ale równie dobrze mogło być morelowym dżemem. – Byłem chyba na wszystkich stoiskach, gdzie są degustacje. Najgorsze, że też kupiłem wszystko…

– Ale masz jeszcze na bilet powrotny, co? – rozweselona Irene machnęła w jego stronę pustym już kubkiem po grzańcu. – Wydaje mi się, że potrzebujemy uzupełnić płyny. 

Karolina niespiesznie podążała za nimi i dopijała resztki swojego wina. Pod wielką choinką obsypaną szczodrze światełkami kłębił się leniwie tłum ludzi. Gdzieś pomiędzy innymi dźwiękami, muzyką, stukotem kół pociągu przejeżdżającego na górze, słyszała głównie niemiecki, ale dało się też rozpoznać inne języki. Bywała nie raz na jarmarku we Wrocławiu – kolorowym, tłumnym, gwarnym i pełnym zapachów – ale ten w Szwarcwaldzie miał zupełnie inny klimat. Ściśnięte w wąwozie sklepiki oraz kramy sprawiały wrażenie naturalnie wyrosłych z ziemi, a nie postawionych na początku grudnia zgodnie z planem lokalnych przedsiębiorców. W kilku miejscach wokół choinki paliły się ogniska, przy których zmarznięci ludzie ogrzewali stopy, patrzyli na siebie z radością i śmiali się pijąc grzaniec. Dzięki mniejszej skali całość była bardziej przytulna, a zamiast agresywnej muzyki gdzieś niedaleko Karolina usłyszała znajomą melodię, przebijającą się przez rozmowy ludzi.

Dziewczyna ruszyła w stronę, skąd dobiegały dźwięki.

“I wish I had a river I could skate away on”…

Stanęła pomiędzy ciepłem jednego z ognisk a budką, gdzie zamontowany był głośnik. Wsłuchała się w melodię tak uważnie, że odcięła od niej w głowie pozostałe dźwięki. Ledwie zamknęła na chwilę oczy, pomyślała o tym, że w Toruniu Wisła na pewno tak jak zawsze przepływa pod mostem. Ciemna woda wiruje, sunie w dal bez zatrzymania, nieubłaganie prze naprzód. Rozedrgane światła i panorama miasta delikatnie drżą, odbite od tej wodnej masy. Nad Toruniem na pewno ciemnieje teraz taka sama noc, jak tutaj. A rzeka płynie i płynie. Nic jej nie zatrzymuje, nic jej nie przeszkadza, ona tylko powoli toczy swoje wody i gdyby jej zabrakło, cały Toruń nie miałby sensu. 

Pomyślała ciepło o Sowie i Gosi, które prawdopodobnie jeszcze dzisiaj biegają i załatwiają wszystko co konieczne, by święta odbyły się zgodnie z ich planem. Mama w domu w Szklarskiej Porębie na pewno też szaleje z porządkami i zakupami, tata się na nią denerwuje i mówi, że święta i tak przyjdą. Uśmiechnęła się smutno, otworzyła oczy. 

– Karolina, tu jesteś! – uśmiechnięty Kris z zaczerwienionymi policzkami nagle pojawił się obok. – Co tak się zamyśliłaś?

– Tęskno mi. 

Continue Reading

69. Śnieg

Gosia zdjęła słuchawki i powiesiła je sobie na szyi. W przytłumionym świetle lampki stojącej na radiowym biurku zobaczyła, jak Igor rozkłada ręce w geście zrezygnowania. Dziewczyna pokręciła głową.

– Serio?

– No nic na to nie poradzę!

– Igor. Serio? – nachyliła się w stronę monitora i przeczytała dwa wersy piosenki, która wygrała konkurs na świąteczny hit. – “Śniegu padaj, padaj śmiało, ale tutaj cię nawiało”? Czy lepsze jest “Przytul się do mnie mój kocie, nie siedź dziś tyle w robocie, bo Święta, Święta, Święta”?

– Taką piosenkę wybrali nasi słuchacze. Nic nie poradzę na to, jakich mamy słuchaczy.

Redaktor napił się kawy  ze swojego kubka. Z premedytacją unikał wzroku młodszej koleżanki. Poprawił dłonią maleńkie bombki na ich mikro choineczce, stojącej pomiędzy monitorami.

– No trudno. Albo grubo, albo wcale – Gosia z powrotem założyła słuchawki, widząc, że zbliża się czas na jej wejście. Ostatnie nuty świątecznej piosenki wwierciły się w jej uszy dźwiękiem kiczowatych, elektronicznych dzwoneczków. – To była zwyciężczyni naszego konkursu, Zuza Woźniak. Możecie być pewni, że jej “Kochany Mikołaju” zabrzmi jeszcze nie raz na naszej antenie. Śnieg również prawdopodobnie pojawi się dziś w naszym mieście, więc jest czego wypatrywać. Prawdziwa zima jeszcze tego popołudnia może dać się nam we znaki. A teraz wszyscy kierowcy, proszę was o uwagę, bo Bartek ma już dla was najnowsze informacje na temat korków na toruńskich drogach. 

Czerwona lampka nad jej głową na chwilę zgasła, kolega z sąsiedniego studia przejął głos. Gosia znów zdjęła słuchawki i spojrzała na Igora z wyczekiwaniem. Wpatrywał się w ekran swojego monitora, czytając wypowiedzi słuchaczy na radiowej stronie na Facebooku.

– “Szybko wręczaj nam prezenty, nie bądź znowu taki święty, Mikołaju, Mikołaju, Mikołaju?”

– Gosieńko! – zneicierpliwiony śmiech Igora wypełnił studio nagraniowe, ale natychmiast zmiękł, wtapiając się w ciemne gąbki na ścianach. – Jak masz ochotę pracować dla jakichś wyższych celów kulturalnych, to mamy jeszcze w tym mieście galerie sztuki, teatr i całkiem sporą uczelnię. Trzeba było znaleźć inną pracę, niż paplanie co rano w regionalnej rozgłośni dla zwykłych ludzi. 

Młoda dziennikarka machnęła ręką.

– Dobra. Dopóki nie muszę publicznie na antenie przyznać, że ta piosenka jest cudownym, ciepłym hitem i bardzo mi się podoba, to nie ma problemu. Nie będę przecież nawet przeprowadzać wywiadu z tą Zuzą.

Igor o mało nie zakrztusił się pitą właśnie kawą. Bez słowa, powolnym ruchem odstawił kubek na blat biurka. Gosia rzuciła okiem na jego zachowanie i po złośliwym uśmieszku czającym się w kącikach ust poznała, że wpadła jak śliwka w kompot. Jeśli jeszcze nie została oddelegowana do tego zadania, to na pewno będzie. 

– Jesteś potworem – powiedziała z przekonaniem. Widząc, że zaraz znów wchodzą razem na antenę, założyła słuchawki i dodała: – Będziesz się smażył w tym kręgu piekła, gdzie w kółko puszczają durne świąteczne piosenki.

 


Manewr z nalewką zaproponowany przez mecenasa Dobkowiaka w pierwszej fazie negocjacji nie przyniósł pozytywnego skutku. Sowa porozmawiała co prawda ze swoją sąsiadką o starych czasach, powspominały dziadka z czułością, ale nie udało jej się dogadać w sprawie dokumentów własności mieszkania. Nawet nie dotarły do tego tematu. Starsza pani mimo mizernej postury miała mocną głowę, a odzwyczajona od picia Aleksandra jeszcze przez dwa dni po wizycie na Rubinkowie u siostry pani Mularczyk reagowała odruchem wymiotnym na samo wspomnienie słowa “alkohol”. Na domiar złego dziś robotnicy na strychu piłowali, pukali, walili, stukali, wiercili i nie zamierzali przestać aż do popołudnia. Jako właścicielka lokalu i ich pracodawczyni mogła co prawda powiedzieć im, że mają fajrant aż jej przejdzie ból głowy, ale nie chciała powodować kolejnego dnia opóźnienia w kalendarzu prac nad stworzeniem hostelu.

 Remont bardzo mozolnie szedł naprzód. Wchodząc teraz na strych można było wyróżnić konkretne pomieszczenia, zlokalizować łazienkę, spojrzeć na światła miasta przez nowe okna. Nerwy Sowy nie spuchły na szczęście od dyrygowania tą orkiestrą majstrów – wynajęta firma solidnie zajmowała się każdym zadaniem, a nadzorujący ludzi pan Witek nie miał żadnej wady oprócz kompulsywnego palenia papierosów i seplenienia. Aleksandra nie wiedziała jak pracownicy z grupy remontowej są w stanie go zrozumieć. Zanosiło się na to, że przed świętami uda się zamknąć ostatni etap remontu i zostanie tylko to, co Sowę przerażało i ekscytowało jednocześnie: urządzanie wnętrza. 

Sowa akurat siedziała w kuchni pilnując gotującego się rosołu, z laptopem otwartym na stronie z roletami okiennymi, gdy wściekła jak osa Gosia wróciła do domu po pracy. Głowa jeszcze trochę bolała Aleksandrę, więc dodatkowy tajfun emocji przechodzący z hukiem przez korytarz nie był dla niej niczym przyjemnym. 

– Co za podły pacan! Idiota dyplomowany!

– Cześć, Gosiu – rzuciła w stronę wejścia.

– Bałwan okropny, wredny orangutan! – z korytarza dobiegł dźwięk spadającej z szafki torebki. – Aaaa, nienawidzę tego dnia! Jestem głodna, zmarznięta i jeszcze muszę za godzinę jechać do tej idiotki, która ani nie umie śpiewać, ani pisać tekstów!

Młoda dziennikarka weszła do kuchni po kilkunastu sekundach rzucania rzeczy w korytarzu. Przyjrzała się przyjaciółce zatopionej w oglądaniu kolorowych zasłon. Uniosła podbródek w górę, zaczęła węszyć, w końcu jej wzrok padł na garnek czerwieniący się na kuchence.

– Rosół? – zapytała z nadzieją.

– Tak, będzie za jakieś pół godziny. Chyba zdążysz zjeść.

Dziewczyna ciężko usiadła na krześle naprzeciwko Sowy. W ciszy było słychać jedynie jakieś pukanie na strychu, a pomiędzy tymi dźwiękami kroki ludzi na klatce schodowej. Gosia westchnęła głęboko.

Sowa oderwała na chwilę wzrok od komputera.

– Dzisiaj ma przyjechać Stanisław – powiedziała.

– O, faktycznie. To już? – brunetka pokręciła głową z niedowierzaniem. – Grudzień to prawdopodobnie najkrótszy miesiąc w roku. Nie mam pojęcia, kiedy to minęło. 

– Ja też.

– Cieszysz się, że Staś będzie tu na dłużej?

Aleksandra uśmiechnęła się. Trudno było jej znaleźć słowa, bo gotowość na jego przyjazd w zmiennych proporcjach mieszała się w niej z obawą. Pozwalała sobie czasem wybiegać myślami w przyszłość, ale trzymała je wszystkie na rozsądnej smyczy – bez przesadnego hasania po zrealizowanych marzeniach. 

– Co będzie, to będzie – odpowiedziała w końcu. 

Obie przyjaciółki w milczeniu siedziały przy kuchennym stole, każda zanurzona we własnych myślach. Po dłuższej chwili Sowa wstała, żeby doprawić rosół. 

– O, pada śnieg – uchwyciła kątem okna płatki wirujące za oknem. – Twoje radio nie kłamało.


– Sowa, Sowa. Obudź się.

Stanisław potrząsnął delikatnie ramieniem dziewczyny, która ubrana w pasiastą piżamę spała mocno pod kołdrą. Przez chwilę nie mogła zrozumieć co się dzieje i dlaczego jakiś wielki facet zimną ręką dotyka jej we własnym łóżku. W ciemności wypatrzyła łysą głowę.

– Obudź się, no dalej!

– Stasiu – wymamrotała Aleksandra. Sięgnęła po leżące na nocnej szafce okulary. – Jesteś wreszcie.

– Musisz się ubrać, wystarczy kurtka – podekscytowany Stanisław uśmiechał się znad szalika. – Obiecuję ci, że nie będziesz żałować. 

– Teraz? – Sowa spojrzała na swój telefon, żeby sprawdzić godzinę. – Jest środek nocy.

– Właśnie! Teraz jest najlepiej!

Dziewczyna z niechęcią spojrzała w stronę okna. Pomarańczowa łuna od kilku godzin tworzyła tło dla dachów starego miasta, ale zdawało się, że śnieg już nie pada. 

Stanisław podał Sowie sweter leżący na krześle obok łóżka.

– Nie wiem, co kombinujesz – odpowiedziała dziewczyna. – Ale jeśli zmarznę i będzie mi źle, to nie wracasz na Chopina, tylko nocujesz w aucie.

Mężczyzna dalej z uśmiechem popędzał ją, żeby się ubierała. Zeszli na dół, otworzył jej drzwi swojego samochodu. Dopiero po chwili Sowa zorientowała się, że wokół jest dość jasno jak na trzecią w nocy – puszysta warstwa śniegu pokrywała całe miasto. Nienaruszona i dziewicza upiększała wszystko: chodniki, dachy, drzewa, przystanki, auta. Ruszyli spod kamienicy na Chopina po pokrytej bielą drodze.

– Ale jest ślicznie – powiedziała Sowa, gdy mijali Plac Rapackiego i zawracali w stronę Bydgoskiego Przedmieścia. – Dokąd jedziemy?

– Na górkę.

Kilka minut później Sowa wysiadła z samochodu prosto w puchaty, biały dywan przy wejściu do parku. W świetle latarni wydawało się, że śnieg jest różowo – pomarańczowy. Gdzie tylko sięgnęła wzrokiem, skrzyła się kołderka z mroźnych płatków. Aleksandra popatrzyła krytycznie na swoje niezawiązane buty, z których wystawały spodnie od piżamy. Usłyszała, że Stanisław zatrzasnął bagażnik. Kiedy odwróciła się w jego stronę, stał przy aucie szeroko uśmiechnięty, a w ręce trzymał sznurek od drewnianych sanek.

– Siadasz?

Sowa szczerze zdumiała się na ten widok.

– Boże, nie wiem, kiedy ostatni raz byłam na sankach.

– To zapraszam.

Od miejsca, gdzie zostawili samochód, aż do szczytu parkowej górki Aleksandra milczała i w zachwycie chłonęła zimowy krajobraz. Staś ciągnął sanki, szedł przodem. W ciszy nocy słychać było tylko skrzypienie śniegu pod jego butami i ślizganie się metalowych płoz po zasypanym chodniku.

Dojechali. Mężczyzna usiadł za Sową na sankach, które natychmiast przechyliły się do przodu. W akompaniamencie radosnych pisków i krzyków zjechali w dół, kończąc oczywiście w głębokiej zaspie. Otrzepali się, podbiegli na szczyt górki i zjechali jeszcze raz. Potem jeszcze raz, zawsze kończąc na boku, plecach, brzuchu albo twarzy. Ich zabawa wytyczyła w nienaruszonej niczym, białej połaci nieregularne ścieżki, po których z zapałem wspinali się znów do góry. Sowa z zadyszką ciągnęła sanki, kiedy poczuła, że Stanisław chwycił brzeg jej kurtki i próbuje ją przewrócić. Broniła się zaciekle, ale nie miała z nim szans – po chwili oboje leżeli na ziemi, cali w białym zimnym puchu. Mężczyzna patrzył z zachwytem na czerwony z zimna nos Sowy, jej mokre rękawiczki i okrągłe okulary, w których odbijało się światło latarni.

– Dzięki, że jesteś – powiedział miękko, a w powietrze uniósł się obłoczek pary.

– Jeszcze raz! – zawołała Sowa. Jednym ruchem ciała podniosła się z ziemi.  Niedbale otrzepała kurtkę ze śniegu. – No dalej, kto ostatni na górze, ten jutro robi śniadanie.

 

68. Aż do śmierci

Sowa patrzyła w zamyśleniu na gałęzie sosen nad swoją głową. Ciemne na tle jasnoszarego nieba chwiały się powoli, jakby tańczyły w zwolnionym tempie do szalejącego w ich koronach wiatru. Na szczęście na ścieżce nie był aż tak silny.

– Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam w lesie – powiedziała dziewczyna, wciskając zmarznięte ręce głęboko do kieszeni kurtki. 

– Ja staram się być codziennie – odpowiedział mecenas Kamil Dobkowiak wesołym tonem. – Przez tę szaloną, niewybieganą… No właśnie, gdzie ona zwiała? Nela!

Brązowa, smukła sylwetka psa wystrzeliła z pobliskich krzaków w stronę swojego właściciela. Zahipnotyzowana wpatrywała się w trzymaną przez Kamila piłkę. Machając ogonem Nela uderzała co chwilę o nogę Sowy, co bolało tak mocno, jakby ktoś bił ją w udo napiętą liną albo cienką listewką. W końcu po wykonaniu komendy mecenas rzucił psu piłkę. Suka w niewiarygodnym tempie pognała przed siebie.

– Nawet bym cię przeprosił, że się tym razem nie spotykamy w kancelarii, ale chyba mi tu nawet lepiej, niż w centrum miasta. 

– Dopóki zawozisz mnie i odwozisz na Chopina, możemy jeździć do lasu na każde spotkanie.

– Oho, zapamiętam! – Kamil roześmiał się. Jeszcze raz rzucił podekscytowanemu psu piłkę. – A przechodząc do meritum… Jednak mamy na naszej drodze ku świetności pewną przeszkodę. Pani Mularczykowa spod dwójki nie chce się zgodzić na nasze warunki. 

– Mularczykowa? – Sowa w zdumieniu spojrzała na prawnika. – Przecież ona od kilku lat u nas nie mieszka. Wyprowadziła się do siostry, na Rubinkowo. 

Mecenas wzruszył nieznacznie ramionami. 

– Nie mieszka, ale formalnie uważa się za właścicielkę lokalu. Dała mi wyraźnie znać, że nie zamierza tej sprawy załatwiać pokojowo. 

Przez chwilę szli w milczeniu, a pod ich stopami trzaskały suche gałązki. Wśród szelestu liści ze ścieżki po prawej stronie wyłonił się zdezelowany rower. Starszy pan majestatycznie pedałował dalej, nie zwracając uwagi na psa, który kilka razy szczeknął na niego ostrzegawczo. 

– No dobrze, czyli co z tym robimy? – zapytała Sowa. – Mam siedzieć i czekać na jakieś kroki prawne, które podejmiesz, czy mam zadzwonić do niej i wyjaśnić, co się wydarzyło?

Kamil przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią. Wesoły wyżeł biegał w tym czasie wokół jego ręki i szczekał, żeby ponownie rzucić mu piłkę. 

– Najlepiej chyba będzie zacząć od zwykłego telefonu. Macie jakieś wspólne wspomnienia z przeszłości? Czy ona znała twojego dziadka?

– Tak, znała – dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem. – Jako banda dzieciaków robiliśmy sobie z niej żarty i dzwoniliśmy do jej drzwi bez powodu. Potem oczywiście uciekaliśmy. Kiedyś ktoś jej nawrzucał patyków do skrzynki na listy, bo nas goniła jak graliśmy w piłkę. Dziadek po takich akcjach szedł do niej na ugodę ze swoją wiśniową naleweczką. 

– O, proszę. Jest o co zahaczyć. Nela, NIE! – spokojną wymianę zdań przerwała wydana ostrym tonem komenda. Kiedy mecenas upewnił się, że pies porzucił wąchanie sarnich bobków, ponownie podjął temat. – W takim razie proponuję ci wybranie się do niej z naleweczką. 

– Okej. A jak to nie pomoże?

– Spotkamy się na kolejnym spacerze, porzucasz Neli piłkę i przygotujemy parę nudnych pism, wzywających panią Mularczykową do opamiętania się. 

– Brzmi jak plan.

Nela przyniosła piłkę prosto w ręce Sowy. Obśliniona, gumowa kulka dotknęła dłoni dziewczyny, a ta skrzywiła się z niesmakiem. Popatrzyła w brązowe, radosne oczy psa i westchnęła z rezygnacją. Mocniej chwyciła śliski przedmiot, rzuciła go daleko pomiędzy drzewa. Nela ruszyła jak strzała, wzbijając małą chmurkę suchych liści w powietrze. 

– A mówiąc o planach… Widzimy się dzisiaj na wieczornym graniu?

– Chciałabym, ale chyba nie – Sowa wycierała ręce w ostatnią czystą chusteczkę. – Dopiero po południu może przyjść elektryk, więc nie wiem do której będę uziemiona. Takie tam sprawy do załatwienia, rozumiesz.

Mecenas Dobkowiak wypatrzył nadbiegającego spomiędzy drzew psa. Rzucił się ku niemu, aż poły eleganckiego płaszca zafurkotały w powietrzu. Udało mu się dopaść Nelę i przewrócić ją na ziemię dla zabawy. Suka zaszczekała, wyślizgnęła się zręcznie z jego uścisku. Kamil zachwiał się i niemal całkowicie stracił równowagę, w ostatniej chwili podparł się ręką o ziemię.

– Boże, to dorosłe życie nas kiedyś zabije! – roześmiał się.  Continue Reading