16. Miłość mojego życia

Sowa usiadła ciężko nad brzegiem Wisły, w której wodach odbijały się smugi migoczących świateł. Sukienka pożyczona od dziewięćdziesięcioletniej sąsiadki z piętra, na którym mieszkała Sonja, była perfekcyjnym wyborem – gdy od rzeki wiał lekki wiatr, Aleksandra nie czuła zimna. Gdy zaś szaleńczo wywijała na parkiecie kolejnych odwiedzanych klubów, tkanina przejawiała właściwości chłodzące.

– Jest jedwabna – mówiła pani Zofia, dotykając kruchą dłonią tej samej sukienki kilka godzin wcześniej, we własnym mieszkaniu pełnym bibelotów i kurzu. – Jeśli chcesz ją pożyczyć, musisz naprawdę o nią dbać. Przeżyłam w niej piękne chwile w życiu.

– Jest niezwykła – odpowiedziała w zachwycie Sowa. Ujęła w palce turkusową tkaninę w ogromne piwonie, a materiał spłynął na jej przedramię falą miękkości i koloru. – Nigdy takiej nie widziałam.

Zza drzwi szafy wychyliła się Sonja, przyciskająca czule do policzka ogromnego puchatego kota pani Zofii. Zwierzak machał ogonem i rozglądał się wokół, gdzie by tu zwiać, ale silne ręce dziewczyny nie pozwalały mu się ruszyć.

– Mówiłam ci, że tu są skarby! – zawołała radośnie kuzynka.  – Ja niestety nie mogę ci kochana nic pożyczyć, bo wszystko mam w rozmiarze dla wieszaków. Ale to są cuda, te suknie! Te marynarki! Te buty!

– Uspokój się, młoda damo – powiedziała zdecydowanym tonem pani Zofia. – Tobie już nic nie dam, nie ma w ogóle mowy. Żebym potem własne ubrania oglądała w brukowcach, jak cię paparazzi znajdą? Jak tamten srebrny żakiet?

– Oj, pani Zofio, to był tylko jeden “Super Express”, dawno temu! – westchnęła modelka.

Puchaty kocur skorzystał z krótkiej dekoncentracji Sonji, żeby uwolnić się z jej uścisku. Z gracją przecisnął się między nogami Sowy, po czym zanurkował do przepastnego wnętrza szafy.

– Nieprawda, nieprawda! – przekomarzała się dalej starsza pani, a na jej pomarszczoną twarz wpłynął chytry uśmieszek. – A na tym festiwalu muzycznym, gdy byłaś w Gdyni? Jak można nosić do gumowych kaloszy taką bluzkę, jak ci dałam, przecież to jest skandal.

Sowa zdjęła z wieszaka turkusową, jedwabną sukienkę. Popatrzyła na nią w milczeniu i poczuła coś podobnego do dreszczu przebiegającego wzdłuż obu ramion naraz.

– Przymierzę ją – powiedziała.

Dwie mrożone kawy, jedno sushi, kilka drinków i trzy nadwiślańskie kluby później Aleksandra siedziała na względnie czystym fragmencie trawnika pomiędzy wielką stertą śmieci piętrzących się wokół kubła, a grupką bardzo rozbawionych dwudziestoparolatków z butelkami w rękach. Za plecami miała namiot, w którym tłoczyli się ludzie spoceni od tańca. Muzyka z jednego z klubów mieszała się z dźwiękami z drugiego, oddalonego o kilka metrów. Sowa przymknęła na chwilę oczy i wsłuchała się w miks chaotycznych bitów, z których układało się coś niepokojąco podobnego do jej własnych myśli. Przez moment dziewczyna nie ruszała się i usiłowała intensywnie wykasować z głowy obraz Stanisława spotkanego w Karkonoszach. Mimo bardzo krótkiej znajomości mężczyzna zdawał się nie opuszczać jej umysłu od ponad siedemdziesięciu godzin. Nawet wtedy, gdy zmęczona całym dniem spędzonym z Sonją, upojona piwem i drinkami siedziała wreszcie na trawniku ze stopami obolałymi od ciągłego tańczenia.

Pani Zofia, sąsiadka kuzynki, była tamtego dnia ich matką chrzestną – wróżką. Spakowana na górskie przygody Aleksandra nie miała żadnych ubrań, w których wyjście do klubu z lokalną celebrytką nie skończyłoby się komentarzem w mediach społecznościowych. Sonji nie śledzono już aż tak uważnie, jak jeszcze na początku jej kariery, ale nadal potrafiła trafić na “Pudelka” z odpowiednim, zazwyczaj jadowitym komentarzem.

– Widzę, że jesteś trochę inna, niż ta wariatka – powiedziała do Sowy pani Zofia, otwierając przed nią wnętrze swojego mieszkania.

– Nie da się ukryć, przede wszystkim jakieś pięćdziesiąt kilo grubsza – odpowiedziała uprzejmie Sowa i wystarczyło jedno spojrzenie, by starsza pani zdecydowała się otworzyć przed nią również swoje serce.

Siedziały we trzy, rozmawiając o życiu nad kruchymi ciastkami, przy stole zastawionym ćmielowską porcelaną. Po kilkunastu minutach, jak zawsze rozmowa zaczęła krążyć wokół kariery zawodowej i wykształcenia świeżo zapoznanej, młodej damy. Sowa bardzo chciała odpowiedzieć starszej pani coś pięknego, kojącego, co stawiałoby ją w dobrym świetle i wskazywałoby na ugruntowany pomysł na przyszłość. Drobna staruszka z zaciśniętymi, wąskimi wargami patrzyła na swoich gości wyczekująco, a cisza się przedłużała. Puchaty kot przechadzał się za głowami dziewczyn po kanapie nakrytej narzutą i czasami wsadzał swój nos w  ich włosy.

– Nie złożyłam nadal pracy magisterskiej – powiedziała w końcu Sowa. – Pracuję w sklepie w galerii handlowej.

Gdyby te same słowa padły w rodzinnym domu państwa Hegenbarth, Aleksandra musiałaby znieść pogardliwe rzucanie okiem, unoszenie brwi z lekką wątpliwością, cichutkie prychnięcia bądź pełne dezaprobaty ściągnięcie ust w dół. Spodziewała się takiej reakcji, więc gdy zobaczyła wzruszenie ramionami z uśmiechem i usłyszała pogodną odpowiedź, zamurowało ją.

– Czyli całe życie dopiero przed tobą. Wspaniale. A co kochasz robić? – zapytała pani Zofia i nałożyła sobie ciastko na spodek filiżanki.

– Eeee… Kocham muzykę – odparła po krótkim zastanowieniu Sowa. Obserwowała, jak dziewięćdziesięciolatka miesza herbatę srebrną łyżeczką z monogramem. – Kocham śpiewać i tworzyć muzykę.

– Dobrze, to rób właśnie to. Resztą się nie przejmuj. Ja przestałam się przejmować zdecydowanie za późno, ludzie zdążyli mi wejść na głowę.

– Co też pani mówi, przecież tyle pani zrobiła ciekawych rzeczy w życiu – zaoponowała Sonja. -Nie wiem, czy wiesz, Sowa, że rozmawiasz z językoznawczynią, nauczycielką akademicką łaciny i greki, żoną dwóch polskich ambasadorów!

– No właśnie – pani Zofia odłożyła łyżeczkę na talerzyk i z gracją uniosła filiżankę do ust. – A mogłam być nie żoną, tylko ambasadorem, gdybym się nie przejmowała tak bardzo.

Po tej wymianie zdań Sowa przez chwilę w milczeniu siedziała na kanapie i nawet nie sięgała po przepyszne ciastka. Kocur postanowił zeskoczyć z oparcia. Zaczął udeptywać legowisko na udach dziewczyny. Mruczał przy tym głośno, aż w końcu zwinął się w kłębek i umościł wygodnie tak, że Sowa nie mogła wstać.

– Widzisz, trzeba brać przykład z mojego kociska – rzuciła wesoło pani Zofia. – Chce coś robić, to robi.

Dziewczyna przypomniała sobie te słowa po raz kolejny, gdy odpoczywała od tłumu na brzegu rzeki. Czekała na Sonję, która stała pewnie w długiej kolejce do toalety.  

Sowa poczuła zapach fast foodu, gdy tuż obok niej o kępkę trawy potknął się chłopak w czapce z daszkiem, trzymający coś przypominającego zapiekankę. Rozejrzał się niepewnie, zaskoczony nagłą obecnością takich przeszkód i ruszył dalej, prawie taranując siedzącą na dole Sowę.

– Ej, ej! – Sowa odsunęła się gwałtownie. Wstała z ziemi, wyprostowana była prawie tak wysoka jak mężczyzna w czapce. Z przyzwyczajenia zmiażdżyła go spojrzeniem.

– Przepraszam, nie widziałem cię – wybąkał właściciel zapiekanki.

Zanim Aleksandra wykonała jakikolwiek następny ruch, tuż obok nich pojawiła się jej kuzynka z dwoma kolejnymi piwami w ręce. Zobaczywszy niezdarnego chłopaka opuściła ręce i z niedowierzaniem wykrzyknęła do niego jakieś imię, którego Sowa nie zdołała rozpoznać. Wśród radosnych pisków i obustronnego zapewniania o tym, jak się cieszą, że się widzą, znieruchomiała Sowa wychwyciła, że chyba obie dołączą na dalszą część warszawskiej nocy do ekipy mężczyzny w czapce.

– Gramy dziś krótki koncert, za jakieś dwie godzinki. Nie wiem, czy tu jeszcze ktokolwiek wtedy zostanie, bo zaczyna się chmurzyć.

– Daj spokój, jesteśmy nad Wisłą, nieważne, czy pada – roześmiała się Sonja. – To moja kuzynka, Sowa – przedstawiła w końcu milczącą, lekko naburmuszoną Aleksandrę. – To jest Jacek, gra na wszystkim, co możesz sobie wyobrazić.

– Bez przesady – chłopak przełożył zapiekankę z prawej do lewej dłoni i podał Sowie rękę. – Dzisiaj tylko na basie.

Ruszyli w trójkę zatłoczonym bulwarem, omijając zbite grupki ludzi. Wiatr chłodził ich rozgrzane twarze, a nad wodą zaczynały zbierać się ciemne chmury, oświetlone od dołu łuną miejskich świateł. Sowa czuła w sobie na zmianę fale buzującego alkoholu, chęć zapalenia, wdzięczność dla kuzynki i niepokój związany ze wspomnieniem Stanisława. Gdy kolejny przechodzący obok  imprezowicz obrzucił jej dekolt uważnym spojrzeniem, przypomniała sobie jeszcze jedno zdanie, wypowiedziane przez panią Zofię.

– To jest sukienka, w której poznałam miłość mojego życia.

– Pani męża? Pierwszego, drugiego?

Starsza pani głośno się roześmiała. Zanim odezwała się znowu, rozejrzała się dokoła z udawanym podejrzeniem, że ktoś je podsłuchuje. Jej siwe loczki poruszyły się wokół głowy.

– Gdzie tam, męża. W tej sukience pierwszy raz tańczyłam swinga. To jest do dziś największa miłość mojego życia. Pasja przeżywa wszystkich mężów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *