20. Teraz już nic nie będzie tak samo

Karolina obudziła się rano z bezbrzeżnym poczuciem szczęścia i wielką ochotą na kolejny dzień w dzikich górach. Pierwszym, co zobaczyła, był śpiący jeszcze Wiktor. Namiot nieco tłumił światło dnia i zabarwiał je na pomarańczowo, więc  twarz chłopaka zlewała się z jasnym kolorem jego śpiwora. Przez chwilę Karolina z uśmiechem patrzyła na zamknięte powieki brodatego podróżnika, dla spotkania z którym przemierzyła tyle kilometrów. Kiedy nagle w pobliżu rozległ się głos świstaka, dziewczyna postanowiła natychmiast wyjść z namiotu. Wyślizgnęła się ze swojego ciepłego śpiwora, nałożyła szybko skarpetki na nogi, bluzę i czapkę. Zamek błyskawiczny ustąpił z charakterystycznym dźwiękiem i już mogła zanurzyć się w świeży, jasny poranek na szlaku.

Świstak odezwał się drugi raz. Widocznie zdążył się zorientować, że na jego teren wtargnęli intruzi, więc alarmował o tym zagrożeniu całą swoją rodzinę. Karolina rozglądała się uważnie, ale pomiędzy pagórkami, skałami i nielicznymi krzewami nie mogła dostrzec zwierzęcia. Oddychała głęboko powietrzem przepełnionym wilgocią. Niedaleko ich namiotu w dole płynął potok, do którego teraz zaczęła schodzić. Początkowo ostrożnie stawiała stopy na stromym zboczu, a ostatnie kilka kroków radośnie przebiegła. Przemyła twarz lodowatą wodą. Przez szum potoku przebiło się kolejne zawołanie świstaka, tym razem po drugiej stronie strumienia. „Czujna banda gryzoni” – pomyślała dziewczyna, próbując znowu zlokalizować zwierzątko. Nie udało jej się go wypatrzyć, ale na zielonej połaci traw, za szumiącą wodą, pojawił się nagle inny cud.

Ze ścieżki prowadzącej z doliny wybiegło stado koni. Ich lśniące, kasztanowe boki przesuwały się jak w zwolnionym tempie, choć Karolina wiedziała, że przemieszczają się dosyć szybko. Odgłos potoku połączył się z dudnieniem kopyt o ziemię. Konie podrzucały głowy, pędziły nie oglądając się do tyłu, za chwilę zajęły już większą część zielonego zbocza ponad ciemną kosodrzewiną. Oniemiała dziewczyna nawet nie próbowała liczyć ile jest ich w tabunie, ale było to z pewnością największe i najpiękniejsze stado, jakie kiedykolwiek zobaczyła.

To w ogóle było najpiękniejsze, co kiedykolwiek zobaczyła.

Za przepędzanymi po hali końmi ze ścieżki wynurzył się ostatni kasztanowy cud natury, tym razem nie sam. Gdyby Karolina już nie była zdumiona, pewnie zrobiłoby to na niej wrażenie: w siodle prosto trzymał się skośnooki dziesięciolatek w czapce z daszkiem. Zauważył turystkę po drugiej stronie potoku i przywitał się głośno po angielsku. Pomachali sobie nawzajem wesoło, chłopiec uśmiechnął się, a potem pojechał za końmi.

Karolina wracała do namiotu przepełniona silnymi emocjami, których nie potrafiła nazwać. Zagrzała wodę na małej gazowej butli i zaparzyła herbatę w metalowym kubku. Siedziała w milczeniu na wyciągniętej z namiotu karimacie. Przez szum potoku w dole przebił się kolejny krzyk świstaka. Tak jak się domyśliła, z namiotu wyszedł Wiktor i teraz to przed nim zwierzęta ostrzegały się nawzajem.

– Hej, dzień dobry – przeciągnął się zaspany. Podszedł do Karoliny i spojrzał na nią z góry. – Co tak milczysz?

– Widziałam konie.

Wiktor uśmiechnął się. Przykucnął, żeby mieć wzrok na wysokości twarzy dziewczyny. Bez słowa wyciągnął rękę w stronę jej policzka. Kiedy dotknął ciepłą dłonią jej skóry, Karolina przymknęła na chwilę oczy.

– To dopiero początek – powiedział chłopak poważnie, a potem jednym zręcznym ruchem przechwycił trzymany przez nią kubek. – Ha!

– Ej! – zaskoczona dziewczyna spojrzała na Wiktora, który właśnie wypijał duszkiem jej herbatę. Roześmiała się. – Oddawaj!

– Nie ma – chłopak pokazał jej puste dno kubka.

Tego dnia przeszli jeszcze przez dwie wysoko położone przełęcze, zupełnie ignorując szlaki. Karolina znała bardzo dobrze góry ze swoich rodzinnych okolic – Karkonosze w zasadzie nie miały przed nią tajemnic. Tatrom sprzedała duszę na drugim roku studiów, gdy z paroma znajomymi Erasmusami wybrali się na południe Polski, by zobaczyć najpiękniejsze miejsca w Polsce. Jednak we wszystkich tych miejscach poruszała się po wyznaczonych drogach z kolorowymi paskami, a tutaj pojęcie szlaku było bardzo umowne. Jedyną podpowiedź stanowiły usypane w piramidki kamienie. Wiktor ze znawstwem pokazywał jej alternatywne drogi i co jakiś czas wspominał, którędy zeszłaby lawina, gdyby spadł śnieg. Razem trawersowali zbocza w ślad za końmi. Płoszyli kolejne świstaki, pokazywali sobie nawzajem dostrzeżone między skałami dzikie ptaki. Wiktor pomagał Karolinie przekraczać co większe strumienie, a sam ze śmiechem przebiegał przez nie boso z plecakiem nad głową.

Jeden z fragmentów szlaku, bezpośrednie podejście do jeziora, okazał się najbardziej wymagający. Na wysokości 3800 metrów oddech Karoliny zaczął zamieniać się w parę. Przez bitą godzinę szli po zboczu nachylonym pod kątem 45 stopni. Byłoby to całkiem proste do zrobienia, gdyby nie zsuwające się w dół kamyki mniejsze od pięści, po których przemieszczali się przez cały ten czas. Buty tonęły w szarym żwirze i każdy krok tak naprawdę skracał się do połowy. Kiedy po tym okropnym podejściu Karolina stanęła przy zamarzniętym wodospadzie, miała ochotę krzyczeć ze zmęczenia. Rozejrzała się nieprzytomnym wzrokiem dokoła. Widok był obezwładniający tak samo, jak droga do góry. Z jednej strony aż po horyzont ciągnęły się łańcuchy szczytów Tienszan, a z drugiej otwierała dolina z jeziorem Ala-Kul, do połowy skutym lodem.

Wiktor zdawał się nie zważać ani na wysokość, ani na kamienie. Jedyne, co powiedział, gdy już Karolina złapała pół oddechu i wyprostowana stanęła przy nim na przełęczy, to krótkie:

– Idziemy dalej?

Więc poszli dalej.

Następnego dnia rano Karolinę obudziło przenikliwe zimno. Było jeszcze dość ciemno, gdy igiełki mrozu wdarły się przez śpiwór do jej stóp. Skuliła się i zaczęła pocierać jedną nogą o drugą, czym obudziła Wiktora.

– Co jest? – zapytał rozespany.

– Zimno.

Chłopak spojrzał na dziewczynę, która usiłowała mocniej zapiąć swój śpiwór, by jak najmniej lodowatego powietrza mogło wedrzeć się do środka. Przez chwilę obserwował jej ruchy w milczeniu. W końcu uśmiechnął się zagadkowo i wyciągnął ręce w jej stronę.

– Nie no, poradzę sobie…  A ty co?!

Oburzony ton zabrzmiał w namiocie po tym, jak Wiktor rozpiął jej śpiwór szybkim ruchem. Tylko jedna fala zimna zdążyła dotrzeć do ciała dziewczyny. Chłopak położył się na niej, a swoją twarz trzymał teraz centymetr przed jej twarzą.

Karolina znieruchomiała. Czuła tylko przyspieszone bicie własnego serca oraz zdrętwiałe z mrozu stopy.

– W takich sytuacjach trzeba się ratować swoim ciepłem – Wiktor z uśmiechem zaczął ją całować.

Dziewczyna natychmiast zmiękła pod czułym dotykiem. Odpowiedziała oplatając go ramionami, unosząc lekko w górę kolano, by przycisnąć wewnętrzną stronę nogi do jego ciała. Oto na wysokości ponad trzech i pół tysiąca metrów, na niezwykle twardym podłożu, w samym sercu cudów natury, w temperaturze ledwie przekraczającej zero stopni, spełniało się jej marzenie. „Teraz już nic nie będzie tak samo” – zdołała jedynie pomyśleć, gdy Wiktor łakomie przesuwał ręką po jej piersiach.

Godzinę później zwijali rozbity nad jeziorem obóz. Karolina z zaróżowionymi policzkami przypinała do plecaka karimatę, obserwując szczyty otaczające taflę turkusowej wody z białymi krami.

– Dwie rzeczy mnie niepokoją – powiedziała, gdy stawiali pierwszy krok w stronę kolejnej przełęczy. – Pierwsza to te ciemnoszare chmury na zachodzie.

Wiktor ledwie spojrzał w stronę, którą pokazywała dziewczyna. Machnął ręką z uśmiechem.

– A druga?

– Druga to fakt, że właśnie zeżarliśmy prawie wszystkie nasze zapasy. Wiem, że dzisiaj dochodzimy do jurt w dolinie i będą tam ludzie, ale mimo wszystko lubię mieć jakieś… cokolwiek w zanadrzu.

– Aha, lubisz dźwigać? Daj spokój. Będziemy wieczorem jeść pyszną kolację. A na herbatę zawsze możemy się zatrzymać, zagrzejemy sobie.

Zaczęli znów wchodzić po pochyłym stoku. Karolina poczuła, jak jej but do połowy zapada się w podłożu. Przeklęła pod nosem i wydostała stopę spomiędzy szarych kamieni.

– Mam trzecią rzecz, którą się niepokoję! – zawołała w stronę Wiktora, który szedł szybkim tempem na przedzie.

Dwie godziny później chmury przesunęły się dokładnie nad ich głowy. Wyczerpujące podejście na przełęcz znów zajęło im sporo czasu. Kilka razy zmieniali trasę, by w końcu zacząć schodzić po drugiej stronie w gęstej mgle. Karolina czuła, jak nieproporcjonalnie do wysiłku zaczyna błyskawicznie opadać z sił. Nie chciała jednak ciągle wołać Wiktora i zatrzymywać go, więc pozwalała mu co chwilę wyskakiwać naprzód. Oglądał się i zawsze na nią czekał, ale na twarzy miał wymalowane zniecierpliwienie.

– Już tylko kawałek do strumienia! – machał dłonią w czarnej rękawiczce, żeby pokazać kierunek marszu.

– Mam czwartą rzecz, którą się niepokoję – wyznała dziewczyna, gdy dogoniła Wiktora. Po raz kolejny zamiast iść po ruchomych kamykach,  zsuwali się na tyłkach po śniegu zalegającym na zboczu. Chwyciła chłopaka za rękę, żeby nie zdążył jej uciec naprzód. – Niedobrze mi.

– Boli cię brzuch?

– Mhm.

– Aż tak szybko nie zjeżdżaliśmy z góry – roześmiał się Wiktor. Przyjrzał się jednak bladej dziewczynie, która nie podchwyciła wesołości. Strzepnął z jej ramienia przylepiony, roztapiający się śnieg. – Na razie musimy iść dalej, możemy wolno, ale naprzód. Okej?

– Okej.

Zanim dotarli do wspomnianego przez Wiktora strumienia, z szarych chmur nad ich głowami zaczęły spadać pierwsze krople deszczu. Z początku nieśmiało znaczyły rękawy kolorowych kurtek, ale już po piętnastu minutach ulewa całkiem zasnuła góry. W żołądku Karoliny zaczęły dziać się rzeczy tak straszne, że gdy tylko dotarli do pierwszego większego kamienia, oparła się o niego bez siły. Słyszała jak krople uderzają agresywnie w jej kaptur i plecak, a palce ślizgały się po głazie pokrytym porostami. Nie tak wyobrażała sobie triumfalne zejście ze swojej pierwszej wycieczki powyżej 3,5 tys. metrów.

– Karol – Wiktor podszedł do niej z boku. Położył rękę na jej ramieniu, usiłował złapać jej wzrok. – Możemy  iść?

Dziewczyna pokręciła przecząco głową. Odeszła jeden krok, zgięła się wpół nadal oparta o kamień. Zwymiotowała.

– Dam ci wody, złapiesz oddech i idziemy – Wiktor porzucił troskliwy ton na rzecz bardziej rozkazującego. Dziewczyna stała plecami do wielkiego głazu. Czuła na rozgrzanym czole chłodne krople deszczu. – Dasz radę. Jeszcze trochę i będzie łatwiej iść.

Nieco później ich oczom ukazało się dno doliny, którą płynął strumień. Ulewny deszcz jeszcze bardziej utrudnił przejście przez niego. Dziewczyna zebrała w sobie resztki sił, żeby nie zatrzymywać się ani na chwilę. Jeszcze dwa razy wymiotowała po drodze. Wiktor nie komentował tego, że schodzą w stronę jurt absolutnie ślimaczym tempem, ale Karolina wiedziała, jak bardzo jest zdenerwowany – znała jego mimikę twarzy i każdy nerwowy ruch ręki. Były dokładnie tak samo czytelne, jak wtedy na studiach, na ukraińskich bezdrożach. Stawiając kolejne kroki w przemoczonych butach, dziewczyna przywołała w głowie wspomnienie ich rozmowy na poddaszu w Poznaniu. Mimo braku sił uśmiechnęła się ledwie zauważalnie. Może i Wiktor wyruszył w tę trasę sam, ale ona go dogoniła. Wsiadła w samolot, nie poddała się. Teraz też nie może się poddać.

Szli kolejną godzinę zanim wśród płatów trawy zaczęły pojawiać się kosodrzewiny i karłowate drzewka. Znaleźli miejsce bardziej osłonięte od deszczu, który nie przestawał zacinać. Wiktor zagotował wodę na kuchence.

– Teraz musimy iść już cały czas prawie bez przerwy – podał Karolinie herbatę.
– Wiem.
Tu nie ma żadnych służb w górach, a telefony nie mają zasięgu.
Wiem.
Nie możemy się zatrzymać na noc.
Wiem. I nie mamy jedzenia.
Dasz radę?

Dziewczyna przyłożyła rękę do skroni. Bez pudła mogła zgadnąć, jak źle z nią jest: oprócz rewolucji żołądka pojawiła się wysoka temperatura. Karolina czuła, jak pieką ją oczy, a krajobraz zaczyna się powoli rozmywać na brzegach.

– Oczywiście, że dam radę – odpowiedziała.

Od momentu, gdy wypowiedziała te słowa, każdy kamień, każda kępa trawy była dla Karoliny wyzwaniem. Wiktor prowadził ją powoli w dół, ale mimo to ciało odmawiało posłuszeństwa i co chwilę o coś się  potykała. Po obu stronach doliny wypiętrzały się wokół nich ogromne szczyty, ponure w mroku popołudniowej ulewy.

Wreszcie na ziemi pojawiły się ślady krów oraz koni. Dotarli do otwierającej się szeroko łąki, gdzieś na jej krańcu majaczyły pierwsze oznaki cywilizacji. Udało im się cudem sforsować rozszalały strumień, tylko dzięki uprzejmemu człowiekowi po drugiej stronie. Widząc w jak rozpaczliwej są sytuacji, przeprowadził ich w siodle przez rzekę, a potem pozwolił Karolinie na końskim grzbiecie dojechać do pierwszego miejsca, gdzie można było położyć się chociaż na chwilę. Dziewczyna pamiętała ten moment, jakby trwał zaledwie kilka chwil. Gdy analizowała to później, wiedziała, że musiały upłynąć co najmniej kolejne dwie godziny, zanim podniosła się na łokciu w ciemnej jurcie, oddając Wiktorowi kubek po wypitej herbacie. Niemal natychmiast poczuła kolejną falę nudności. Zsunęła się z posłania i wypadła z namiotu na deszcz, by zwymiotować.

– Musisz wracać do miasta – powiedział chłopak, prowadząc ją do środka. – Masz jeszcze baterię w telefonie? Mój nie chce się włączyć. Oni nie mają tu samochodu, żeby cię podwieźć. Może uda nam się zadzwonić do kogoś, kto tu dojedzie?

Bez słowa wyciągnęła telefon z kieszeni kurtki. Nie podała mu go, ale odblokowała ekran i bezmyślnie wybrała ostatni numer, z jakim się łączyła. Choć rozmowę urywało co chwilę, podała nazwę doliny i otrzymała obietnicę, że nie wiedzą jak to zrobią, ale przyjadą po nich.

Długo po zmroku pakowali się w deszczu do rozklekotanej łady. Na przednim siedzeniu obok wynajętego kierowcy siedział Mathis. Owinięta złotym kocem termicznym, blada, rozpalona Karolina spojrzała w stronę Wiktora, który po rosyjsku dogadywał się z miejscowym, by zawiózł ich do Karakol. Chłopak trzymał ją mocno za rękę. Z wyrazu jego twarzy nadal wyczytywała niepokój. Chciała wierzyć, że chodzi o jej stan zdrowia, otępiała z gorączki i odwodnienia nie szukała dalszych powodów. Brnęli przez ciemną, koszmarnie dziurawą drogę. Auto trzeszczało na zakrętach, a na podjazdach upiornie wyło.

– Przepraszam, że zepsułam ci góry – wyszeptała Karolina.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *