21. Siostrzyczki

Gosia poczuła na sobie karcące spojrzenie dziewczyny za kierownicą. Powoli zakręciła pitny jogurt i w milczeniu schowała go do podręcznej torby. Jej siostrzana intuicja zadziałała niezawodnie. Starsza ze złapanych w trasie Polek umiała mimiką twarzy przywołać do porządku każdego – nawet, jeśli spotkała go dosłownie dzień wcześniej na drodze z Rumunii w stronę Serbii.

– Dzięki – rzuciła tonem, którym zapewne w korporacji zwracała się do niesfornych podwładnych.

Gosia poczuła, jak wzbiera w niej ochota do żartów na temat perfekcyjnych pań kierowniczek, ale nie zdążyła żadnego wymyślić.

– Julia, w którą stronę na skrzyżowaniu? – rzuciła kierująca do siedzącej na tylnym siedzeniu siostry.
Czekaj… – młodsza przesunęła kilka razy palcem po ekranie tabletu, żeby włączyć odpowiednią aplikację. – Chyba prosto.
To chyba, czy prosto?
No wygląda jak prosto. Weź się Maja, nie widzisz na swojej nawigacji?
Nie widzę, nie widzę.
Jakbyś miała normalny telefon, a nie złote cacuszko, to może byś widziała.
Za to ty…
– Pszszsz brzy szy! – w ich rozmowę wcięła się Ella, naśladując słowiańskie głoski. – Nie po polsku, po angielsku poproszę.
Oczywiście – odpowiedziała grzecznie Maja, przechodząc płynnie na język zrozumiały dla Australijki. – Julia, wyprowadzisz nas z tej drogi na coś bardziej sensownego? Teraz pojechałam już prosto, ale coś czuję, że zaraz zaczną się dziury i serpentyny.
Jak tylko skończę jeden poziom w grze, poszukam.

Maja głęboko westchnęła. Nieco mocniej ścisnęła kierownicę zadbanymi dłońmi. Gosia spojrzała przez okno na przesuwające się niezbyt szybko drzewa. Czekała je dziś długa droga przez góry, pełna zakrętów i przewyższeń. Po krótkich konsultacjach z dwiema siostrami Ella radośnie zgodziła się jechać znowu na południe, zaznaczając, że Wenecja jest od lat w tym samym miejscu, więc jej się nie spieszy. Gosia nie była specjalnie przekonana do pomysłu, by ponownie oddalać się od Polski. Mimo to postanowiła tylko uśmiechnąć się i machnąć ręką na to, w którą stronę pojedzie. Tego nawet wróżka nie umiała przecież przewidzieć.

Jak to się stało, że wybrałyście na urlop akurat taką trasę? – Gosia odłożyła podręczną torbę między nogi i spojrzała w stronę Mai, skupionej na drodze. – Przyjechałyście tutaj z kraju samochodem?
Nie, coś ty. Ja mieszkam w Brukseli, a Julia w Dusseldorfie. Nie byłyśmy w Polsce od Bożego Narodzenia.
I dobrze  – mruknęła z tylnego siedzenia młodsza. – Po co się denerwować.
Emigrowałyście do pracy?
Ja do pracy, Maja za swoim facetem – głos Julii rozległ się tuż przy uchu Gosi.  Odłożyła na chwilę tablet i chwyciła rękami zagłówek nad siedzeniem pasażera. – Takie miało być love story, a wyszło bokiem. Ale nie ma tego złego, co by na dobre bokiem nie wyszło. Możemy dzięki temu spędzić upojne dwa tygodnie w drodze. W imię siostrzanej miłości, która wszystko przetrwa.

Gosia zobaczyła, jak twarz Mai tężeje. Przez chwilę w samochodzie panowała cisza.
Może włączymy jakieś śmieszne, rumuńskie radio, z którego nic nie zrozumiemy? – zaproponowała z tylnego siedzenia Ella i skinęła podbródkiem w stronę Gosi, by ta włączyła muzykę.

Srebrny samochód z czterema młodymi kobietami w środku mknął zatem przez karpackie lasy w rytmie mainstreamowych przebojów. Gosia obserwowała, jak za oknem przesuwają się wysokie iglaste drzewa, gdy podjeżdżały coraz wyżej i wyżej w stronę parku narodowego. Wczorajszy deszcz odświeżył zmęczoną upałem Rumunię. Dziś wilgoć snuła się jeszcze nad ziemią w postaci mgły. Przed nimi rozpościerała się droga pełna zakrętów, za plecami dziewczyny zostawiały kolejne dni jeżdżenia stopem po Europie. Powieki Gosi zaczęły ciążyć, monotonia krajobrazu i niskie ciśnienie sprawiły, że po chwili oparła głowę o drzwi auta.

Stała na balkonie na Chopina. Trzymała ręce na metalowej barierce, czuła pod palcami zimną, w niektórych miejscach chropowatą powierzchnię. Patrzyła przed siebie na podwórze kamienicy, pełne poustawianych równiutko, identycznych srebrnych samochodów. Zazwyczaj znajdowały się tam tylko śmietniki, ale zupełnie się tym nie przejęła. Usłyszała wołanie z głębi mieszkania. “Znajomy głos” – pomyślała leniwie i obejrzała się za siebie, nie odrywając rąk od barierki. Z ciemności panującej w kuchni nie wyłuskała wzrokiem niczego, co mogłaby zidentyfikować jako człowieka. Wołanie powtórzyło się. Teraz już bardziej niecierpliwie, uważniej próbowała wypatrzyć, kto jest w pomieszczeniu. Nadal jednak stała na zewnątrz. W końcu na granicy mroku i światła stanął mężczyzna. Głos z wnętrza mieszkania był kobiecy, więc to na pewno nie on potrzebował pomocy.
– Małgorzatko, odpowiedz – odezwał się cicho.

Samochód podskoczył na jakiejś wyrwie i Gosia uderzyła się boleśnie w głowę. Pocierając czoło rozglądała się wokół półprzytomnie. Znikła kuchnia na Chopina, znikł balkon oraz podwórko. Nadal obok siebie miała naburmuszoną z lekka Maję, która wzorowo prowadziła auto przez Karpaty. Za plecami słyszała posapywanie śpiącej Elli, a Julia w wielkich słuchawkach na głowie  wpatrywała się w swój tablet.

Chyba zasnęłaś, co? – kierująca pojazdem rzuciła ukradkowe spojrzenie w stronę Gosi. – Taka pogoda.
Wierzysz, że biomet wpływa na nasze życie? – Gosia zdjęła okulary, by przetrzeć zabrudzone szkła brzegiem bluzki. – Podobno to bujda i wierzą w nią tylko Polacy.
O, to faktycznie jest nienajgłupsze pytanie – Maja lekko się uśmiechnęła. – Powiem ci, że bywa różnie. Mam niezłą grupę badawczą w firmie. Na pewno Francuzi noszą ten niekorzystny biomet w sobie. Nie znam ich zbyt wielu, ale wszyscy codziennie mają milion powodów, by pracować mniej lub wcale. Całkiem po drugiej stronie skali postawiłabym Portugalczyków. Oni są tak grzeczni, że nawet nie wiem, czy mają zły, czy dobry dzień. Polacy… Nieważne, czy jest mają nastrój, czy nie, zazwyczaj robią swoje i przede wszystkim jak najszybciej chcą iść do domu. Czasem prezentują typowo polski wkurw na świat, ale rzadko, bo u nas mają trochę mniej okazji, żeby się denerwować. Belgowie są największą zagadką. Mieszanka totalna, każdy inny. Wiesz, ile oni mają tam parlamentów? Mają też króla, żeby było ciekawiej. Kumpel z pracy kiedyś spędził cały wieczór na imprezie, próbując mi to wytłumaczyć. Po piątym piwie przeszedł z francuskiego na flamandzki i wtedy zrezygnowałam z prób zrozumienia.
O rany – roześmiała się Gosia. – Długo tam już mieszkasz?
We wrześniu będą cztery lata – Maja westchnęła. Przez chwilę nic nie mówiła, skupiając się na tym, by z bezkolizyjnie minąć ciężarówkę na zakręcie. – Uwielbiam moją robotę i uwielbiam tam mieszkać.

Gosia spojrzała na drogę, która rozwijała się przed nimi jak ciemna wstęga. Z tonu głosu wyłapała, że to własna opinia, a nie powtarzany przed lustrem, korporacyjny slogan.

– A na czym polega twoja praca?

– Firma wdraża aplikacje dla dużych, międzynarodowych klientów. Jestem szefem projektu, kieruję zespołem i rozliczam go z terminowego przygotowania produktu. Żebyś sobie teraz nie wyobraziła, że jestem typowym biurkowym nerdem – Maja zmrużyła na chwilę oczy. Spojrzała w stronę swojej rozmówczyni. Gosi przemknęło przez głowę, że gdy nie jest spięta i poważna, starsza z sióstr wygląda jak zupełnie inna osoba. – To Julia klepie w klawiaturę w swojej robocie. Ściągnęli ją do tego Dusseldorfu, bo jest jedną z najlepszych programistek, jakie znam.

Maja obejrzała się z czułością w stronę tylnego siedzenia. Zapatrzona w tablet dziewczyna uchwyciła spojrzenie i na chwilę ściągnęła słuchawki z uszu.
– Co? – zapytała.
Nic.

Rumuńskie radio zaczęło nadawać wiadomości, więc Gosia podjęła wyzwanie, by znaleźć jakąś inną stację. Po chwili naciskania guzików udało jej się złapać radio z muzyka klasyczną. Obudzona ze snu Ella bez najmniejszego wahania stwierdziła, że właśnie grają jej ulubionego Mozarta, a chwilę później rumuński spiker potwierdził jej słowa.

– Skąd wiedziałaś? – Gosia aż odwróciła się w stronę Australijki. – Pamiętam, w hostelu grałaś na tym swoim denerwującym fleciku, ale odgadnąć muzykę klasyczną? Po pierwszej nutce?
Przez pół roku byłam na projekcie kulturalnym w Kopenhadze. Prawie zamieszkałam w filharmonii.
Nigdy nie przestaniesz mnie zaskakiwać – roześmiała się Gosia. – Dziewczyny, jesteście niesamowite. Przy was wypadam blado i galaretowato, jak jakaś meduza. W dodatku wyrzucona na brzeg.
Nie jesteś ani trochę wyrzucona na brzeg, Bella. Ty jesteś w samym oku cyklonu.

Po południu rozpogodziło się i trasa stała się dużo przyjemniejsza. Dojechały do opuszczonego uzdrowiska, które skryte w cieniu Karpat przetrwało lata, coraz wyraźniej popadając w ruinę i obrastając mchem. Chodząc po terenie ośrodka Gosia wdychała wilgotne powietrze, pachnące nieco grzybem. Wspólnie przeszły przez kolumnadę, mijając nielicznych turystów.

Dziwne miejsce – Ella dotykała barierki mostu prowadzącego do głównego budynku, jakby nie do końca wierzyła w jej istnienie. – Wygląda jak scenografia do filmu.
Ja tam się czuję jak w filmie – westchnęła Gosia.

Ella oderwała wzrok od karłowatych róż, posadzonych przez ogrodnika wiele lat wcześniej i spojrzała na nią badawczo.

Coś się dzieje, Bella? Powiedz mi. Może nie pomogę, ale przynajmniej to powiesz na głos.
Nie umiem tego nazwać.
Spróbuj. Nie musisz powiedzieć dokładnie.

Gosia tak jak stała, usiadła na ziemi. Poczuła pod sobą chropowatą powierzchnię chodnika, co zirytowało ją jeszcze bardziej.

– Nie wiem, gdzie jadę.

Ella wyraźnie czekała na dalszy ciąg. Machnęła ręką, jakby  musiało istnieć jeszcze dużo więcej powodów, dla których Gosia opadła przed zejściem na most.

– Tylko tyle? – zapytała w końcu Australijka. – Daj rękę – brunetka posłusznie wyciągnęła dłoń do góry. Spodziewała się, że wysoka dziewczyna pociągnie ją do góry, aby wstała. Ta jednak cały czas trzymając ją za dłoń, usiadła na chodniku naprzeciwko.

– To jest dla ciebie problem?
Tak – Gosia poczuła, jak na brzegu jej powiek wzbierają łzy. – Zawsze wiedziałam, czego chcę. A teraz nie wiem. I nie wydarzyło się przecież w moim życiu nic strasznego, ja po prostu nie wiem. Skończyłam studia, rzuciłam pracę, wyjechałam. Nie wiem, po co.

Gorące krople pociekły po policzkach Gosi. Wolną ręką ocierała je spod okularów. Ella patrzyła na swoją współtowarzyszkę podróży ze współczuciem, cały czas trzymając jej dłoń w swojej.

– Tęsknisz za domem?
Za ludźmi – Polka pociągnęła nosem. – Za moimi przyjaciółkami, za rodzicami, za siostrą, która jest strasznie denerwująca… Te dwie – Gosia kiwnęła podbródkiem w stronę, gdzie Julia i Maja robiły zdjęcia rozwalającej się altance, zażarcie się przy tym kłócąc, co było doskonale słychać z odległości kilku metrów – przypomniały mi o tym, jak tęsknię za siostrą. Jesteśmy do siebie bardzo podobne.
Może zadzwoń do kogoś?
I co, ten ktoś powie mi, po co jestem w drodze? – Gosia wybuchła kolejną falą łez. – Będzie mi jeszcze bardziej głupio, że ja jestem tu, a oni tam. W dodatku nie wiem, dokąd jadę.

Ella wyszperała chusteczki z nerki, którą nosiła na biodrach. Dosłownie wcisnęła je do ręki płaczącej, siedzącej na ziemi Gosi. Potem przytuliła ją i ucałowała w czubek głowy.

– Kochana moja, jeszcze się dowiesz. Na pewno – powiedziała Australijka łagodnie. – Ale zadzwoń dzisiaj do siostry. Obiecujesz?

– Tak.

Wieczorem udało im się dotrzeć do kempingu na granicy parku narodowego. Jak się okazało, Julia jako prawdziwy drapieżny mięsożerca, nie mogła przeżyć wegańskiej diety swojej siostry. Późna kolacja zjedzona razem na kempingu stała się kolejną okazją do popisowej kłótni. Programistka rzucała w siostrę kawałkami swojego burgera, a pani kierowniczka nacierała Julię plastrami marchewki. Ella w tym wszystkim usiłowała zachować pozorny spokój, ale po kilku nieudanych próbach pogodzenia dziewczyn poddała się. Zaczęła po prostu kręcić filmiki i śmiać się z siostrzyczek do utraty tchu.

Tuż obok stołu między drzewami wisiały hamaki. Gosia rozejrzała się uważnie, czy nikomu nie będzie przeszkadzać. Zdjęła buty i umościła się wygodnie w jednym z nich. Wyciągnęła telefon, wystukała numer siostry. Przez kilka długich sygnałów wpatrywała się w korony sosen nad sobą. Czuła, jak spokój leśnego wieczoru przenika ją do szpiku kości, jak dobrze być dokładnie tutaj, gdzie jest.

Zanim siostra odebrała, Gosia odetchnęła głęboko z uśmiechem.

– Hej. Co jest?
Anula, dobrze cię słyszeć. Dawno nie gadałyśmy, stęskniłam się!
Och – głos siostry zadrżał lekko.
Co słychać?

Po drugiej stronie słuchawki zapadła niepokojąca cisza. Gosia z leżącej pozycji w hamaku przeszła w siedzącą.

Anula?

– Gosia – płaczliwy ton przepłynął przez tysiące kilometrów, by wybrzmieć w Karpatach jak wyrok. – Jestem w ciąży.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *