26. Bez mądrości

Gosia leniwie sięgnęła po krem przeciw słońcu. Co prawda jej karnacja przyjmowała każdy promień jak pocałunek, ale dzień wcześniej przed snem, zainspirowana rozmową z Mają, przeczytała na telefonie artykuł o koreańskiej pielęgnacji skóry.

Pani kierowniczka zauważyła ten gest i uniosła lekko swoje słoneczne okulary, żeby spojrzeć na młodszą koleżankę z aprobatą.

– Wspaniale – powiedziała po polsku. – Widzę, że zapobiegasz zmarszczkom.

Owszem.

 Gosia położyła się znów na leżaku i przymknęła oczy. Przypomniały jej się wakacje z siostrami, mamą i babcią, na które zawsze wybierały się w kobiecym gronie w Bory Tucholskie, do rodziny mieszkającej nad jeziorem. Teraz leżały z Ellą i dwiema Polkami nad turkusową taflą w Ochridzie i czuła się podobnie. Od kilku dni w ich rozmowach dominowały babskie tematy. Wymieniały się doświadczeniami trochę jak bliskowschodni kupcy na targu, czasem się przekrzykując albo przekonując do skutku. Ania, siostra Gosi, nazywała takie cudowne, choć nieco męczące posiedzenia „kurnikiem”.

– Ciekawe, jak się potoczą sprawy tej mojej Anuli – westchnęła brunetka. – Wiem, że ojciec jej dziecka czuje się odpowiedzialny za sprawę i zamierza przyjąć wszystko, na co przyszła mama się zdecyduje… Tylko ona sama jeszcze nie wie, na co się zdecyduje, oczywiście.

– Przyjdzie czas, będzie rada – wymamrotała z cienia Julia. Ona jedna nie zamierzała się opalać ani nagrzewać, więc w czapce siedziała z książką obok spragnionych słońca koleżanek. – Tak mówiła babcia.

Mądrość kobiet – Ella machnęła ręką ze swojego leżaka.

Chciałabym kiedyś powiedzieć „mądrość mężczyzn”. Ale w sumie nie mam w głowie żadnej sytuacji, w której takie słowa byłyby uzasadnione.

Julia spojrzała na siostrę z wszystkowiedzącym uśmieszkiem.

– Jesteś nieco uprzedzona.
Nie jestem. Po prostu takie są moje doświadczenia.

Ella leniwie machnęła ręką, żeby uciszyć dziewczyny, które zaczynały się powoli nakręcać na jedną ze swoich tradycyjnych, słownych potyczek.

– Kochane moje – Australijka bez otwierania powiek nacisnęła coś na swoim telefonie, żeby włączyć muzykę. – Proszę się wyczilować. Jesteście na wakacjach. Jeśli los nam ześle jakichś facetów, którzy zabłysną swoją mądrością, to może zmienimy łaskawie zdanie. Nie ma się co kłócić o nich, dopóki się nie pojawią.

– Jak dla mnie, mogą błysnąć pośladkiem – uśmiechnęła się Gosia. – Nie potrzebuję dzisiaj ich mądrości.

Słońce tak długo zatrzymało podróżniczki nad jeziorem, że wsiadały do samochodu już po zmroku. Zachód oglądany z pagórków nad Ochridem był jednak wart tego, by nieco opóźnić wyjazd.

Z każdym kilometrem przejechanym w stronę południa Gosia zastanawiała się coraz mocniej, czy nie powinna po prostu zawrócić. Głowę miała stale pełną obaw o siostrę, a intuicja podpowiadała jej, że uspokajająca moc Maćka jest dużo bardziej skuteczna na żywo, niż przez telefon. Korzystając z chwili, gdy jechały samochodem w stronę Morza Śródziemnego, patrzyła na mapę i wyszukiwała tanich powrotnych lotów do Polski.

– Poprzewracało się tym ludziom w tyłkach, no serio. Wszyscy latają samolotami jak popaprani – po kilku nieudanych próbach znalezienia biletu tańszego niż trzysta złotych schowała telefon do kieszeni. – Wiem, że są wakacje i wszystko będzie teraz drogie, ale nie mam już chyba nawet tyle na koncie, żeby wrócić do domu w ciągu najbliższych dwóch tygodni.

– A skąd chcesz lecieć? – z tylnego siedzenia odezwała się Julia. – Pomogę ci znaleźć.

– Nie wiem, wszystko jedno. Byle do domu.
Gosia przetarła zmęczoną twarz dłońmi.
Zdało jej się, że auto jadące za nimi w ciemności błysnęło długimi światłami. Po krótkiej chwili znów zobaczyła w lusterkach mrugnięcia.

– Ktoś chce nam koniecznie coś przekazać?

Ella odwróciła się. Cicho zagwizdała.

W tym BMW siedzą jakieś ciemne, bałkańskie typy – powiedziała z lekkim rozbawieniem. – Jak jeszcze ze dwa razy nam mrugną, to wypadałoby zjechać.

– Nie będę nikomu zjeżdżać – głos Mai zadrżał, ręce zacisnęła mocniej na kierownicy. – Nie ma takiej opcji.

Zgodnie z przewidywaniami Elli, mężczyźni nie dali za wygraną. Błyskali światłami, aż w końcu pasażerki przekonały panią kierowniczkę, że być może po prostu chcą im powiedzieć o czymś, co jest nie tak z ich autem.

Srebrny samochód zatrzymał się na poboczu, a zaraz za nim stanęło BMW. Ze środka wyszedł jeden z ciemnych typów. Maja przybrała swoją najbardziej wojowniczą minę i opuściła okno. Wokół nie widziały nikogo, na trasie żadnych pojazdów, więc były zdane tylko na siebie.

Zza szyby wyłoniła się smagła twarz mężczyzny. Miał kręcone ciemne włosy, przystrzyżoną równiutko brodę i zdecydowanie zarysowane kości policzkowe. Odezwał się po angielsku głosem tak głębokim, że Gosia poczuła, jak wibruje podłoga pod jej stopami.

– Cześć, chyba się zgubiliśmy. To znaczy my się zgubiliśmy na pewno, a wy jedziecie w tym samym kierunku, więc prawdopodobnie też źle.

Maja głęboko wciągnęła powietrze.

– Nie sądzę.

– Słyszałem na stacji benzynowej, że ta droga jest w remoncie i nie przejedziemy dalej, niż do rzeki – mężczyzna przymknął nieco powieki, gdy mówił. Po chwili otworzył je i spojrzał nie na Maję, z którą rozmawiał, tylko na Gosię.

 Dziewczyna zacisnęła dłoń na brzegu swojego siedzenia. Poczuła się, jakby przez jej kręgosłup przebiegło stado mrówek.

Maja chwyciła telefon służący jej za nawigację i pokazała ciemnemu typowi drogę. Tłumaczyła, jak przebiega ich dalsza trasa, jednak unikała wymieniania konkretnego adresu.

– No tak, my też tam jedziemy. Mamy nocleg w takiej małej wiosce nad rzeką.

Julia zmrużyła oczy i podniosła nos do góry, jakby węszyła spisek.

– Jak się nazywa wasze miejsce do spania?
„Mandarynka”.
To taki stary domek w sadzie?
Tak.
Niemożliwe.

Młodsza z sióstr zaczęła sprawdzać coś na tablecie. Maja w milczeniu obserwowała rozmówcę. Gosia robiła to samo z mieszanką zdziwienia i zachwytu. Ella zaś jak zawsze miała na twarzy uśmiech. Pokazała palcem na tylną szybę auta.

– Chyba twój kolega nadciąga ci na pomoc – powiedziała.
Na pewno jedziemy dobrze – lodowaty ton Mai zwiastował dłuższą dyskusję.
Jeśli macie rezerwację w „Mandarynce”, to kogoś tu ładnie wykiwali – Julia przerzucała strony i maile na tablecie. W ciemności samochodu ekran emitował niebieskie światło, na twarzy dziewczyny malował błękitnawe, rozjaśnione plamy. – W tym domku jest łącznie miejsce do spania dla pięciu osób, wynajęłyśmy je całe, więc…

W aucie na chwilę zapadła cisza. Zza szyby dobiegał coraz bliższy chrzęst kamyków na drodze oraz niezmordowane, głośne cykady.

– No cześć, co tam udało się ustalić? – za szybą pojawił się drugi z mężczyzn, też brunet o dużych ciemnych oczach, choć bez brody i nieco bardziej pulchny niż ten pierwszy. – Jedziemy dobrze?
Musimy sprawdzić – odezwała się Julia ostrożnie. – Tak samo zresztą, jak nocleg…Maja, czy możemy przekroczyć tę rzekę gdzieś indziej?
Możemy. Ale nie musimy, bo mamy przed sobą most.
Hm. To się okaże  – mężczyzna z brodą spojrzał na Gosię z szerokim, przepraszającym uśmiechem.
To się okaże – powtórzyła bezwiednie, znów zaciskając dłoń na siedzeniu.

Mostu na końcu drogi oczywiście nie było. Maja zgrzytając zębami zawróciła srebrne mitsubishi i postanowiła nie odzywać się do końca wieczora. Po tym, jak obydwa samochody zajechały pod „Mandarynkę”, nie wypowiedziała już ani słóweczka. Julia przejęła kontrolę nad negocjacjami. Razem z Ellą i z dwoma mężczyznami ustalili, że zostaną razem na tę jedną noc w domku, dostawią jedno składane łóżko do pokoju i wszyscy zapłacą mniej. Gospodarz domu łamanym angielskim, a bardziej na migi tłumaczył jak doszło do nieporozumienia. W końcu machnął ręką, znikł na piętnaście minut i wrócił z dwoma baniakami domowego wina. Wręczył je facetowi z brodą, poklepał go po ramieniu, po czym poszedł do swojego domu, zostawiając część ludzi niezadowolonych z sytuacji, a część tylko rozbawionych.

Ella zapaliła światło na werandzie domku. Rozstawiła szklanki na plastikowej ceracie. Brodacz nalewał wszystkim wina. Siostry siedziały obok siebie na krzesłach jak dwie strony tej samej karty do gry – milcząca Maja sączyła napój nie patrząc na nikogo, a Julia wdała się w ożywioną dyskusję z pulchnym mężczyzną, który okazał się być inżynierem IT.

Gosia po kolejnej nieudanej próbie znalezienia lotów do Polski poczuła ogromne zmęczenie, więc przebrała się w koszulkę i szorty do spania, z zamiarem pójścia spać. Jednak zobaczywszy światło oraz usłyszawszy radosny śmiech Elli, z ciekawością wyjrzała na werandę.

– Bella, chodź! – Australijka machnęła w jej stronę baniakiem. – Wiem, że alkohol cię ostatnio trochę zmęczył, ale chyba sobie nie odmówisz szklanki z nieznajomymi, ciemnymi typami z BMW?

Gosia z powątpiewaniem ujęła w dwa palce swój t-shirt do spania.

– Pięknie wyglądasz, nie wstydź się – odezwał się niskim tonem brodacz. Nalał jej wina do szklanki i gestem zaprosił do stołu. – Chodź.
Gosia – przedstawiła się, gdy stuknęli się szkłem. – Nie wiem, dokąd jadę. Teraz to już chyba do domu, do Polski.
Mircea – odpowiedział i spojrzał na nią przeszywająco, a zarazem pogodnie. – Wiem, dokąd jadę. Na pewno nie do domu, do Rumunii.

Dwa baniaki wina później Julia drzemała na kolanach drugiego z mężczyzn – Bogdana. Maja położyła głowę na stole nakrytym ceratą i jej piękne włosy umoczyły się w plamie rozlanej z przewróconej szklanki. Ella spacerowała pomiędzy drzewami w sadzie. Śpiewała na głos jakieś ludowe piosenki.

Gosia zaś razem z Mirceą wspięła się na dach domku i uczepiona komina, rozglądała się wokół. Strasznie szumiało jej w głowie, ale od kilku godzin uśmiech nie schodził z jej twarzy. W przyczynach tego stanu wcale na pierwszym miejscu nie było zawartości baniaków, co jej brodaty towarzysz doceniał, rozumiał, a nawet świadomie podsycał.

– Czemu ta szalona Australijka mówi na ciebie „Bella”? – zapytał, obniżając ton głosu.

Pomagał Gosi wspiąć się na dach, trzymał ją wtedy za rękę i obejmował w pasie. Gdy osiągnęli cel, oczywiście nie zdjął ręki z jej talii.

– Jak to czemu. Bo jestem piękna!

Gosia roześmiała się głośno. Czuła w sobie tyle naturalnej radości i zadowolenia, stojąc gdzieś w sercu Bałkanów na dachu starego domku, ukrytego w mandarynkowym sadzie. Nad nimi księżyc w kształcie sierpa dopełniał obrazu, a cykady nieustannie grały swoje głośne pieśni. Spomiędzy drzew co chwilę docierały do nich urwane fragmenty tego, co śpiewała Ella.

– Jesteś – powiedział spokojnie Mircea.

Gosia bezwiednie wyciągnęła rękę, żeby dotknąć jego ciemnej brody. Dopiero kiedy poczuła pod palcami szorstkie włosy, zdała sobie sprawę, że przekracza czyjeś granice. Przez chwilę myślała o tym, by się wycofać i to wahanie w jej twarzy Mircea odczytał natychmiast.

– Tak – powiedział z uśmiechem.

Delikatnie położył swoją dłoń na jej ręce – tej którą dotykała jego twarzy. Przymknął na chwilę oczy.

– Mircea, co myślisz? Masz jakieś męskie mądrości, którymi chcesz się podzielić?

– Myślę, że jestem w dobrym zbiegu okoliczności.

Wśród cykad, pod księżycem, na dachu domku pośród mandarynkowego sadu, z nieprzyzwoitą ilością domowego wina w sobie, Gosia zamknęła powieki. Poczuła jak mężczyzna zdecydowanym, bardzo celowym ruchem przyciąga ją do siebie. Z uśmiechem pozwoliła tej chwili zamienić się w pocałunek.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *