27. Zapasowy pasztet

Maciek położył przed Karoliną na stole plastikowe opakowanie pełne świeżego sushi.

– Proszę – z szerokim, szarmanckim uśmiechem ukłonił się dziewczynie, po czym usiadł na krześle. – Jest łosoś, jest węgorz, krewetki w tempurze…
Dzięki – zaskoczona blondynka wyciągnęła rękę w stronę jedzenia. – Co to za okazja?
Bez okazji – Maciek spojrzał w stronę okna. – Zamykaliśmy, to poprosiłem o resztki i nawet mi je pozwolili zabrać.

Karolina przez chwilę podejrzliwie przyglądała się perfekcyjnie ugotowanemu ryżowi zawiniętemu w nori, leżącemu obok eleganckiej rozetki wasabi. W końcu dziewczyna westchnęła z zadowoleniem. Chwyciła wprawnym gestem pałeczki, żeby jak zawsze zjeść na początek duży kawał marynowanego imbiru.

– Wiesz, to nie nie wygląda i nie smakuje jak resztki.

Maciek uśmiechnął się szeroko.  Rozparł się na starym drewnianym krześle jak w najwygodniejszym fotelu.

– Możesz to potraktować jako posiłek regeneracyjny. Widzę, że przeżywasz kryzys, to staram się trochę pomóc.

– Sowa ci powiedziała, że kocham sushi? – Karolina maczała po kolei kawałki ryby w sosie sojowym i połykała je w błyskawicznym tempie. – To taka zorganizowana akcja na więcej osób?

– W zasadzie, to o sushi wiem od Gosi.

– A, od Gosi. Co u niej?

Chłopak w milczeniu wstał ze swojego krzesła. Podszedł do okna i z rękami w kieszeniach wpatrywał się w przestrzeń za szybą. Na zewnątrz podmuchy zimnego wiatru zmagały się z resztkami lata, wygrana lub przegrana obu stron była bardzo niepewna.

– Od dwóch dni nie wiem.

Karolina z prawdziwą rozkoszą wciągnęła kawałek łososia, artystycznie przycięty przez mistrza sushi, położony na kupce ryżu o idealnym kształcie. Potrafiła pochłonąć każdą ilość japońskich przysmaków w tempie zawstydzającym każdego i doceniała kunszt przygotowujących je ludzi. Po skończonej wyżerce blondynka odłożyła pałeczki, pogłaskała się po brzuchu. Spojrzała na Maćka z bezgraniczną wdzięcznością.

– Jestem dzięki tobie szczęśliwsza o kolejny stopień wychodzenia z tego piekła – złożyła dłonie, by ukłonić się po japońsku nad wytartym stołem. – Nie łudzę się, że wystarczy się opchać futomakami i californiami, żeby zapomnieć. Ale to naprawdę mi pomaga. Dziękuję.

– No wiesz – Maciek odwrócił się od okna z nieodgadnioną miną. Podwinął rękawy bluzy i zaczął nalewać sobie kawę z dzbanka. – Jak to w życiu. Czasem słońce, czasem deszcz, ale zawsze trzeba mieć zapasowy pasztet.

Karolina roześmiała się głośno.

– Co?

– Zapasowy pasztet – powtórzył Maciek. Usiadł z powrotem na krześle koło współlokatorki. Chwycony przez niego w obie dłonie kubek z kawą wydawał się dużo mniejszy, niż rzeczywiście był. – Możesz zgadywać, czym jest dla mnie zapasowy pasztet. Albo mogę powiedzieć ci od razu.

– Nie, będę zgadywać! – Karolina odsunęła od siebie puste pudełko po sushi i oparła łokcie na stole. – Tak jest dużo zabawniej. Myślę, że to… pasztet na dnie Zapomnianej Kieszeni plecaka, zaraz obok Zapasowych Skarpet na czarną godzinę.

– Jesteś całkiem blisko, z tą czarną godziną.

– Albo to jest taki pasztet, którym częstuje się zgłodniałego wędrowca na szlaku. Nawet, jeśli samemu chętnie by się go zjadło. O nie, ale ja jestem okropna! – Karolina uderzyła się ręką w czoło. – Przepraszam cię, nawet nie zaproponowałam ci kawałeczka sushi, które przyniosłeś!

– Spokojnie – Maciek roześmiał się. – Mam to na co dzień, a poza tym było całe dla ciebie.

Z korytarza mieszkania buchnęła nagle głośna muzyka. Do kuchni weszła Sowa. Siedzący przy stole poczuli natychmiast, że coś jest bardzo nie tak – każdy gest i krok wykonywany w milczeniu przez Aleksandrę był nasycony frustracją. Dziewczyna wymruczała pod nosem przywitanie, nie oczekując najwyraźniej żadnej odpowiedzi. Nalała do kubka resztkę kawy z dzbanka, po czym wyszła tak samo zdenerwowana, jak weszła. Drzwi jej pokoju trzasnęły, a muzyka przycichła.

– Hrabina się zmaga z własną zawodową decyzją, czy to po prostu ostatnie dni w robocie?

– Wydaje mi się, że koleżaneczki na do widzenia są dla niej okropne – odpowiedziała Karolina, wstając od stołu. – Ale nie wiem. Trochę boję się sprawdzić.

– A, Karolina, zapomniałbym. Idziemy dzisiaj z chłopakami na imprezę. Chcesz dołączyć?

Maciek uśmiechnął się szeroko, wymachując kubkiem kawy. Dziewczyna stanęła w progu kuchni i przez chwilę obserwowała jego błyszczące oczy, szparę między zębami i mięśnie lekko rysujące się pod koszulką. Ostatni raz wychodziła na miasto po zakończeniu studiów, a na prawdziwej imprezie z tańczeniem do rana była chyba dawniej, niż trzy miesiące temu.

– Spoko – kiwnęła głową. – Tylko muszę skonsultować z Marcinem, co ubrać, żeby nie wyglądać jak ten twój zapasowy pasztet.

Kilka godzin później, o 2:30 w podziemiach ratusza, Karolina zmęczona półleżała na barze. Szczupła i opalona, ubrana w koszulkę bez pleców oraz szorty, przyciągała spojrzenia gości. Każdego upartego człowieka odsyłała jednak machnięciem ręki. Koledzy Maćka solidnie przygotowali się do imprezy na biforze, lekko znieczuleni i rozbawieni pojawili się koło 22 przy ich wspólnym stoliku. Po kilku piwach wszyscy radośnie skakali na parkiecie albo z poświęceniem godnym lepszej sprawy usiłowali wlać w siebie jeszcze więcej alkoholu. W międzyczasie dwóch z nich jak jastrzębie obserwowało parkiet, żeby wyłapać żeńskie jednostki skłonne do ocierania się o siebie w tańcu i – co ważniejsze – poza tańcem.

– Karolina, jak się bawisz! – Maciek krzyknął jej do ucha, przechodząc z drinkami pomiędzy barem a parkietem.
Zajebiście! – zawołała. – Ale chyba muszę jeszcze więcej wypić!
Dlaczego!

Dziewczyna zamaszystym gestem chwyciła swoje piwo. Uderzyła w pokal kolegi.

– Żeby zapomnieć!

Mimo dobrze przemyślanego planu efekt nie został osiągnięty. Wytańczyła się z kolegami Maćka jak na studniówce. Z jej karty ściągnięte zostały niewiarygodne sumy na alkohol, a połowa myśli zamgliła się niczym strumień o poranku w kirgiskich górach. Wystarczył jednak jeden szczegół, który przywołał jej wspomnienia. Spojrzała przelotnie na barmana – jego koszula w kratę przypominała nieco tę należącą do Wiktora. Natychmiast po policzkach Karoliny pociekły gorące łzy, a w środku poczuła się, jakby ogromna, ciężka  kurtyna spadła z impetem na scenę. Koniec przedstawienia. Nie ma udawania. Pamięta i nie da się z tym nic zrobić.

– Idę do domu! – krzyknęła do Maćka, przechodząc przez parkiet.

– Co?

– Do domu!

Dziewczyna pchnęła ciężkie drzwi wejściowe, zostawiając za sobą duszne podziemie wypełnione ciałami, potem i dudniącą muzyką. Stanęła na bruku  rynku. Przymknęła oczy, czując na twarzy kolejne łzy oraz podmuch chłodnego wiatru. Uwielbiała intensywność życia, nie żałowała ani chwili spędzonej na imprezie. A jednak to tutaj, pod chłodnym nocnym niebem, była u siebie.

Zaczęła iść w stronę mieszkania na Chopina.

– Hej, Karolina! Czekaj!

Na wysokości kościoła Jezuitów dobiegł do niej zdyszany Maciek.

– Odprowadzę cię, a potem wrócę do ekipy.
A mogę nic nie mówić?
Pewnie. Nie mów, ile tylko chcesz.

W milczeniu, szybkim krokiem przeszli więc przez Plac Rapackiego. Karolina z zaplecionymi ramionami obserwowała gwiazdy nad swoją głową. Nie było ich widać zbyt dobrze ze względu na łunę, ale oczywiście wprost nad swoją głową wypatrzyła Kasjopeję. Przyspieszyła kroku tak, że Maciek prawie za nią truchtał.

Razem weszli do mieszkania na Chopina. Mimo wcześniejszej zapowiedzi, że tylko odprowadzi koleżankę, Maciek zaczął buszować po kuchni w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Karolina wydmuchała nos w kuchenny ręcznik, nalała sobie wody i usiadła na swoim miejscu na parapecie. Obserwowała jak chłopak wyciąga z szafki chleb, z szuflady nóż, a z lodówki…

– Pasztet! – roześmiała się w końcu.

Maciek spojrzał na blondynkę z rozbrajającym uśmiechem.

– Chcesz kanapkę?

Nie wiedzieć czemu, dziewczyna zaczęła chichotać. Złapała się za brzuch i nie mogła przestać. Całe napięcie, które wbrew swojej naturze zgromadziła wewnątrz, a którego połowę wytańczyła wcześniej w klubie, zaczęło z niej ulatywać. Śmiała się niepohamowanie, niekontrolowanie, z głębi swojej duszy. Maciek stał nieco zdezorientowany pośrodku pomieszczenia z kawałkiem chleba w ręce i czekał cierpliwie aż jej przejdzie.

– To jest właśnie moja autorska idea zapasowego pasztetu – gdy się uspokoiła, podał Karolinie kromkę. – Jeden jest powiedzmy, w lodówce, a drugi zawsze musi być gdzieś schowany. Na wypadek, gdyby już naprawdę nie było co jeść. To jedna z moich żelaznych zasad. Taki ze mnie gość z zasadami, rozumiesz.

– Jesteś pijany, ale rozumiem – dziewczyna ugryzła kawałek chleba. – A można tę zasadę stosować do innych rzeczy w życiu?

– Chyba tak. Są przecież inne głody. Głód pieniędzy. Głód kontaktu – tu Maciek czknął potężnie, aż lekko podskoczył. – Kontaktu zwłaszcza.

Chwycił w rękę telefon. Odblokował go, spojrzał na wyświetlacz. Westchnął głośno, po czym schował go z powrotem do kieszeni.

– Chyba jestem czyimś zapasowym pasztetem – wzruszył ramionami.

Karolina milczała, połykając ostatnie kawałki kanapki. Znała historię bałkańskiego pocałunku na dachu mandarynkowej chaty, więc nie ufała swojej sile przekonywania, że wszystko będzie dobrze. Strzepnęła ostatnie okruszki z bluzki. Podeszła do osowiałego Maćka i spojrzała na niego oczami otoczonymi rozmazaną maskarą, która przecież kilka godzin temu była perfekcyjnym kamuflażem dla jej rozdygotanej ze smutku duszy.

– Ostatnio raczej wątpię w pozytywny obrót spraw – ucałowała chłopaka w policzek. –  Ale dzięki za dziś, za sushi i kanapkę. Bawiłam się cudownie. Dobranoc.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *