39. To się nazywa panieński

– Czy… jeśli wezmę do ręki tę butelkę… i poleję na ciebie, mogę potem zlizać szampana z twojego dekoltu?

Gosia przyglądała się chłopakowi, który ubrany w elegancką koszulę stał przed nią, oczekując odpowiedzi. W klubie było dosyć ciemno. Nie umiała zdecydować od razu. O ile pamiętała, jej miłość z trzeciego roku miała na imię Szymon. Dwa charakterystyczne pieprzyki na jego policzku udowadniały, że to nie sen – to nie ktoś inny, tylko właśnie mężczyzna będący powiewem przeszłości wskoczył na scenę tego wieczoru panieńskiego niczym deus ex machina.

– Nooo, kochana! – Gosia poczuła, jak na jej ramieniu uwiesza się całkiem już pijana Ania.  Poprawiła świecące diabelskie rogi, które spadały jej z głowy. Jako przyszła panna młoda nie żałowała sobie niczego, nie zamierzała też później żałować tej postawy. – Co to za zbieg okoliczności. My się bawimy w klubie, a tu Szymon!

– To jego kawalerski! – zawołał mężczyzna w czarnej koszuli, który nagle zmaterializował się za plecami Szymona. 

Jedna z dziewczyn uczestniczących w panieńskim wyciągnęła telefon i zaczęła nagrywać video.

– Dajesz, chłopaku – zamiast Gosi odezwała się czerwonowłosa Martyna, koleżanka z pracy Ani. – Lej tę pianę i się nie zastanawiaj!

Szymon z szerokim uśmiechem uniósł butelkę nad Gosią. Jeszcze raz wzrokiem zapytał, czy na pewno to dobry pomysł, a gdy dziewczyna z uśmiechem wzruszyła ramionami, przechylił szampana w stronę jej szyi. Alkohol popłynął po spoconym karku i dekolcie, zatrzymał się na chwilę na brzegu seksownej sukienki, a potem zaczął wsiąkać w materiał. Przy akompaniamencie braw, pisków dziewczyn i wycia mężczyzn siedzących przy sąsiednim stoliku Szymon chwycił Gosię w pasie. Przycisnął swoje usta do jej skóry, przechylił dziewczynę lekko do tyłu. Kiedy znów oboje złapali pion, spojrzał jej głęboko w oczy spojrzeniem na wpół zamglonym alkoholem. 

– To się nazywa kawalerski! – zawołał głośno facet w czarnej koszuli i z hukiem poklepał Szymona po plecach. 

– To się nazywa panieński! – radosny krzyk Ani rozległ się tuż koło ucha Gosi.

Kilka godzin wcześniej na Chopina Gosia przygotowywała się do wyjścia w pokoju Sowy, gdzie lustro było największe i gdzie światło pozwalało na stworzenie perfekcyjnego makijażu. 

– Podobno najlepsze są takie imprezy, na które nie chce się iść.

– Bo ja wiem – westchnęła brunetka, odkładając pędzel do pudru na szafkę. Odwróciła się w stronę Aleksandry, pochłoniętej najnowszym katalogiem IKEA. – Ja po prostu nie mam pojęcia, co ja tam będę robić z tymi laskami. O czym ja z mam nimi gadać, nawet z samą Anią? Z naszych ustaleń na messengerze wynika, że zamierzają ozdobić wszystko plastikowymi penisami, na głowach będą nam się świecić diabelskie rogi, jakieś szarfy na wyjście do miasta, w ogóle kicz do potęgi. 

– To panieński – wymruczała Sowa, nie podnosząc wzroku. – Po pierwsze trochę kiczu nie zaszkodzi, a po drugie zawsze możesz się upić i mieć wszystko gdzieś. 

– Gorzej, jak od tego alkoholu zacznę mówić prawdę. Mam w tej grupie chyba tylko jedną sojuszniczkę, taką Martynę. Chyba jest trochę starsza od nas. Na szczęście wyśmiała pomysł striptizera i załagodziła zapędy świadkowej, żeby zrobić Ani sto głupich zadań na mieście. Zeszłyśmy do dziesięciu, z czego każda z nas musi też jakieś wykonać z Anią. 

Mały kotek wskoczył na szafkę z zawartością kosmetyczki Gosi. Z uwagą powąchał tusz, pudełko z cieniami do powiek i na końcu pędzel. Widząc to dziewczyna przegoniła go ruchem ręki, a zwinne zwierzątko wskoczyło pod szafkę i patrzyło stamtąd wielkimi, ciekawskimi oczami. 

– Nie przejmuj się. Na ślubie sobie odbijemy, tam już będziemy razem – Sowa uśmiechnęła się i odłożyła katalog na łóżko. Przyjrzała się uważnie swojej przyjaciółce, która znów machnęła ręką na upartego kota, zainteresowanego tym razem zamkiem od kosmetyczki. – Idziesz na wesele z Maćkiem?

– O rany. Nie wiem. Nadal nie wiem – Gosia rzuciła na wpół pomalowanym okiem w stronę Aleksandry. – Z jego strony cisza. 

Kotek znów bezszelestnie wskoczył na szafkę. Tym razem łapą zaczął trącać pudełko z rozświetlaczem, przesuwając je coraz dalej w stronę krawędzi. Gosia zobaczyła jak zwierzątko zrzuca otwarte pudełko z szafki, a migotliwy proszek rozsypuje się na podłogę. 

– Co za bandzior!

Machnęła trzymanym w ręce pędzlem tak, że tylko refleks uratował kotka przed spotkaniem z miękkimi włosami pełnymi pudru. Czmychnął pod szafę.

– Czy ten kot ma już jakieś imię? Chciałabym go zwyzywać. 

– Jeszcze nie – roześmiała się Sowa. – Możesz go zwyzywać jakkolwiek sobie życzysz.

Przed wyjściem do klubu uczestniczki wieczoru panieńskiego zebrały się w mieszkaniu świadkowej. Tak jak pamiętała Gosia, towarzystwo, w którym ugrzęzła jej dawna przyjaciółka, miało denerwujący zwyczaj popisywania się na każdym kroku. Gospodyni domu prowadziła grupę wystrojonych dziewczyn przez korytarz swojego domu, zapalając po drodze światła i z dumą opowiadając, jak jej mąż prawnik może sobie na to wszystko pozwolić. Wśród padających zewsząd szczerych oraz nieszczerych „ochów” Gosia wypatrzyła Martynę. Nieco otyła, z czerwonymi, krótkimi włosami i pięcioma kolczykami w jednym uchu, wśród nowych koleżanek Ani zdawała się być najmniej ogołocona z charakteru.

– Muszę się napić, jak tego słucham – powiedziała Martyna, rozpoznawszy w Gosi sojuszniczkę. – Otwieramy prosecco?

Podczas tego wieczoru kilka razy gospodyni imprezy swoim zachowaniem sprawiała, że aby milczeć, Gosia musiała się napić. Bez słowa komentarza stukały się wtedy z Martyną kieliszkami i pochłaniały kolejne bąbelki. 

W trakcie przygotowywania w kuchni jedzenia, Gosi udało się spędzić kilka minut sam na sam z panną młodą. Ania mieszała z zapałem sałatę z fetą i roztaczała wokół siebie atmosferę radości.

– Wyglądasz na zadowoloną z tego wieczoru – zaczęła pogodnie Gosia, wyciągając z szafy talerze. 

– Pewnie! Bardzo udana imprezka. A to dopiero połowa! 

– To super. Najważniejsze, żebyś ty się bawiła jak najlepiej. Ja muszę przyznać, że nie byłam całkiem pewna, jak to wyjdzie. Z tobą się tak dawno nie widziałam, że nawet nie wiem, kim są dla ciebie te dziewczyny. Trochę się zastanawiałam, czy się tu wszystkie ze sobą dogadamy. 

– Dobra, wiem. Masz na myśli moją świadkową? – Ania podniosła zarumienione policzki znad miski z jedzeniem. 

– Po prostu nie jestem fanką waszego hermetycznego towarzystwa… No i przy przygotowaniach nie dała się poznać od najlepszej strony.

– Coś ci powiem – Ania pochyliła się nad zlewem i machnęła ręką, żeby Gosia też się przybliżyła. – Tak naprawdę ten panieński i organizacja wesela jest jej jedyną odskocznią. Ona się tak bardzo cieszy na bycie świadkową, bo wreszcie ma coś z życia. Bardzo dużo pracuje, a po robocie prawie nie wychodzi z domu. Jej mąż taki jest, mamy poczucie, że uwiązał ją prawie do mieszkania – pięknego, nie ukrywajmy – ale uwiązał… 

– Przecież to nie są jakieś ciemne wieki, żeby kobieta miała nie wychodzić za próg – Gosia poczuła, jak w jej wnętrzu budzi się niepowstrzymany, feministyczny potwór. Już otwierał oczy, juz patrzył, kogo pokąsać i przywołać do porządku. – Czy ona ma jakiś problem z ośrodkiem wolnej woli w mózgu?

– To raczej nie w mózgu – westchnęła Ania. Na powrót zajęła się sałatką. – To niestety jest w hormonach albo w portfelu. 

Kiedy wróciły do pokoju, Gosia zajęła miejsce na kanapie obok Martyny. Chwyciła do ręki kieliszek. Przez chwilę w milczeniu poruszała nim tak, że wrzucone do środka mrożone wisienki odbijały się o ścianki i wirowały na powierzchni wina we wściekłym tańcu. 

Panna młoda odpowiadała na pytania w śmiesznym teście na temat swojego przyszłego męża, a Gosia bez przekonania przyklaskiwała kolejnym zabawnym odpowiedziom. 

– Jak myślisz, ile procent dziewczyn porzuca swoje dawne zwyczaje, przyjaźnie czy środowisko, kiedy zaczynają z kimś być na poważnie? – spytała w końcu Martynę po cichu, gdy ilość prosecco w jej wnętrzu zmusiła ją do podzielenia się refleksją. 

– Jakieś sto procent. Co najmniej – czerwonowłosa kobieta spojrzała na brunetkę z przekonaniem. – Widziałam już na pęczki takich sytuacji, każda jest oczywiście indywidualna. Ale facet zawsze trochę zmienia dziewczynie życie. 

– Na lepsze? 

Gosia przyglądała się rozbawionej Ani. Jej odpowiedź na kolejne pytanie w teście była negatywna, więc przyszła panna młoda musiała wypić wino do dna. Wyglądała na szczęśliwą w swoim świecie, pośród wianuszka ładnych kobiet z doczepionymi rzęsami, celebrujących wspólnie jej ostatni wieczór wolności. 

– Czasem na lepsze – odpowiedziała cicho Martyna. – Tak czy inaczej, nie walcz z tym. Jeśli byłyście kiedyś sobie bliższe niż teraz, to zapamiętaj to jako dobrą, wspólną kartę waszego życia. Ona widocznie potrzebuje zapisać teraz coś innego. Jeśli coś rozdziela ludzi, to nie są ani nowi partnerzy, ani nowe przyjaciółki. Tak się po prostu czasem dzieje. Przerabiałam to już kilka razy, stąd jestem taką mądralą.

– Strasznie żałuję, że nam się rozeszło. 

Martyna zobaczyła, jak na brzegu powiek Gosi zbierają się łzy. Sięgnęła do swojej torebki i sprawnym ruchem wyciągnęła z niej paczkę chusteczek. Wcisnęła je do drobnej dłoni brunetki.

– Nie rycz, bo się rozmażesz. Idziesz teraz do kibla, poprawiasz się, patrzysz sobie w oczy, mówisz „jestem tu dla niej, być może ostatni raz”. Potem wychodzisz, jesteś radosna i balujemy do końca wieczoru, aż w klubie się poleje wódka albo szampan. Jasne?

– Jasne – Gosia zamrugała szybko, potrząsnęła głową. Wstała z kanapy. – Dzięki. Dam tej nocy szansę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *