51. Warzywa sezonowe

Minister wzruszył ramionami. Ten ruch sprawił, że uniósł się i opadł drogi garnitur, znad którego wystawała okrągła głowa. Mężczyzna odszukał wzrokiem radiowy mikrofon ubrany w kolorową gąbkę, a potem popatrzył z melancholią w przestrzeń ponad głową Gosi.

– Wie pani co – westchnął ciężko. – Ja bym mógł udzielić bardzo wyczerpującej odpowiedzi na pani pytanie. Ale nie udzielę.

Gosia poczuła, jak na jej karku pojawiają się zimne kropelki potu. Polityk jeszcze raz ciężko westchnął nad mikrofonem. Jego wzrok nadal błądził po ścianie za plecami młodej dziennikarki, która celowała w niego narzędziem pracy. 

– Czyli decyzja ministerstwa zależy wyłącznie od postanowień pana prezydenta w kwestii oczyszczalni? 

– Mógłbym powiedzieć, że tak – zamyślony minister przeniósł wzrok na rozmówczynię. Zanim dokończył, uśmiechnął się nieszczerze. – A mógłbym powiedzieć, że nie. Dziękuję. Do widzenia.

Zanim dziewczyna zdążyła zrobić kolejny ruch, towarzyszący politykowi tłumek asystentów oraz współpracowników ruszył naprzód. Zepchnęli Gosię pod ścianę, po czym szemrząc i lekko wymachując ważnymi teczkami odeszli w stronę wejścia do gabinetu, w którym ministra miał przyjąć prezydent. 

Dziewczyna wyłączyła nagrywanie. 

Rozejrzała się po korytarzu w Urzędzie Miasta. Wszystko wskazywało na to, że tej wypowiedzi nie da się puścić w radiu. Poczuła jak wibruje jej telefon i wolną ręką sięgnęła do kieszeni płaszczyka.

– No hej, co tam?

– Nagrywasz coś wiekopomnego w okolicy rynku? – w słuchawce odezwał się głos Sowy, wyraźnie zniecierpliwionej. – Potrzebuję szybkiej kawy.

Gosia spojrzała na zegarek. 

– Ale to musi być bardzo szybka kawa. Jak pendolino. Jestem w dupie z materiałem.

– Dobrze, jakakolwiek będzie wspaniała. Czekam na ciebie przy kwiaciarniach. Wezmę nam na wynos. No. Widzimy się za chwilę.

Po sposobie, w jaki Sowa błyskawicznie podejmowała dziś decyzje, Gosia bezbłędnie wywnioskowała jej podły nastrój. Obrazu dopełnił widok przyjaciółki, którą z daleka rozpoznała po kilku minutach marszu w stronę rynku. Aleksandra Sowińska-Hegenbarth stała na brzegu kałuży przy zielonych budkach z kwiatami, z kokiem przechylonym nieco na bok, w rozpiętym jesiennym płaszczu, z grubą teczką pod pachą. Czujnie wypatrywała dziennikarki idącej od strony Urzędu Miasta, więc gdy tylko wyłowiła wzrokiem brązową kręconą czuprynę spośród innych głów, ruszyła w jej stronę. Prawie wcisnęła Gosi do ręki papierowy kubek z kawą. 

– Idziemy do radia?

– Możemy…

Dziewczyna chciała dodać, że na razie nie ma tam z czym wracać, ale Sowa już zaczęła maszerować szybkim krokiem w kierunku studia. 

– Nie poszło ci to spotkanie z prawnikiem, hm?  

– Nie poszło? To mało powiedziane. Wiem, że moja kuzynka ma jak najlepsze intencje. Nie winię jej, pewnie poznali się na jakiejś imprezie i mógł tam faktycznie wydawać się najrozsądniejszy z całej bandy. Ale jak przeglądał moje dokumenty, to w pewnym momencie zaczął chichotać, pokazał na zapis dotyczący dziadka, na jakąś pieczątkę i zaczął mnie przekonywać, że to podbite przez jego ciotkę na poczcie.

Gosia właśnie zamierzała napić się kawy, ale przez parsknięcie śmiechem i tempo marszu udało jej się tylko trochę rozlać. Na szczęście nic nie spadło na płaszczyk ani na radiowy sprzęt.

– Śmieszek ci się trafił.

Sowa gniewnie potrząsnęła głową. W pędzie minęły kolejne skrzyżowanie, zostawiając za sobą skumulowane wzdłuż jednej ulicy kebabownie.

– Żaden śmieszek, tylko totalnie zjarany syn jakiegoś dobrze ustawionego ojca.

– Myślisz, że on w jakikolwiek sposób pomoże ci ze spadkiem?

– Myślę, że on musi iść na odwyk, a Sonji to chyba przy najbliższej okazji przyda się jakieś ostre spotkanie z rzeczywistością. 

Gosia uśmiechnęła się pod nosem. Biegły dalej z kawami w rękach, przeciskając się między licealistami, którzy wylegli tłumnie na ulicę pod szkołą. 

– No dobrze, a o co chodzi z tym materiałem? – Sowa spojrzała w końcu na przyjaciółkę uważniej. – Dlaczego masz problem?

– Minister powiedział mi na temat dofinansowania takie śliczne, okrągłe nic. Takie jednocześnie lekceważące i wypracowane, że ani to puścić dla zabawy, ani to przyciąć do jakiejś zgrabnej odmowy…

Dziewczyny skręciły w prawo w stronę Rynku Nowomiejskiego. Chwilę szły bez słowa, każda usiłowała w biegu napić się gorącej kawy. Widok straganu z warzywami przypomniał Gosi o anegdotce, którą opowiadał jej na imprezie integracyjnej jeden z radiowych redaktorów. 

– Wiesz, co… – Gosia zatrzymała Sowę ruchem ręki, kiedy znalazły się na placu za skrzynkami pełnymi cebuli i jabłek. Stanęły pod słupem ogłoszeniowym, oklejonym kolorowymi plakatami. – Ja się tak zestresowałam tym ministrem, a przecież muszę po prostu nagrać coś jeszcze.

Sowa spojrzała na przyjaciółkę upijając łyk kawy z kubka. Choć minął dopiero miesiąc od rozpoczęcia pracy w radiu, młoda dziennikarka czuła się wśród mikrofonów w studiu jak ryba w wodzie. Poza budynkiem, w terenie stawała na rzęsach, by zadowolić swoich współpracowników oczekujących ciekawego nagrania. Było widać, jak jej zaangażowanie wwierca się w każdy aspekt życia, powoli przejmuje kontrolę nad zawodowymi oczekiwaniami oraz ogólnym pojęciem tego, jak powinno wyglądać dobre środowisko pracy.

Efektem ubocznym fascynacji światem radia było to, że Małgorzata Swadźba wpatrywała się w swoich mentorów jak w ikonostas pełen świętych, idealnych postaci. Sowa widziała malujące się na twarzy przyjaciółki zamyślenie i bezbłędnie przewidziała, że zaraz dowie się co jeden z wszechwiedzących radiowych kolegów podpowiedział jej na temat pracy jako początkująca dziennikarka. 

– Taką radę dał mi Igor, kiedy w zeszłym tygodniu byliśmy na integracyjnym piwie – Gosia przeniosła wzrok z kolorowych kamieniczek na przyjaciółkę, która sceptycznie uniosła jedną brew. – Nigdy nie wracaj z miasta z jednym nagraniem, zawsze miej jakiś zapasowy dźwięk. 

– No to go miej – odpowiedziała Sowa. Wychyliła swoją kawę do końca. – Jak chcesz go zdobyć?

– A nie wiem, to może być cokolwiek. O młodych prawnikach uzależnionych od zioła chyba jednak nie będę nagrywać. 

Gosia w zamyśleniu rozglądała się wokół siebie. Nagle oczy jej rozbłysły, bez słowa wręczyła Sowie swoją niedopitą kawę. Wyciągnęła z torby mikrofon i włączyła nagrywanie. Podeszła zdecydowanym krokiem do kobiety sprzedającej warzywa na straganie.

– Dzień dobry, czy chciałaby pani…


-… kiszona kapusta jest najlepsza na zdrowe jelita. 

W słuchawkach wybrzmiały ostatnie słowa nagrania i Gosia z duszą na ramieniu kliknęła “zapisz”. Ścięty i przygotowany do puszczenia w eter dźwięk ze straganu był jedynym, co miała na swoją obronę w sytuacji, gdy minister wypowiedział się zarazem idiotycznie i enigmatycznie. Wiadomości przygotowywał dziś Stary Waldek, nazywany tak nie z racji swojego wieku, ale nazwiska oraz konserwatywnego podejścia do świata. Jako jeden z bardziej rygorystycznych radiowych mentorów rzadko udzielał Gosi pochwał, jednak każde jego mruknięcie brzmiące jak aprobata wywoływało u niej radość. 

Kilkanaście minut po przygotowaniu materiału i wysłaniu go do recenzji dziewczyna odwrócona plecami do wejścia poczuła, że ktoś ją obserwuje. Bardzo powoli odwróciła się od komputera. Zobaczyła stojących w drzwiach dwóch mężczyzn.

– Patrz, siedzi taka zadowolona z siebie – powiedział Igor cicho, wiedząc, jak dobrze Gosia wszystko słyszy. – Materiał o kapuście zrobiła. A z ministra to nic nie ukisiła.

Dziewczyna zarumieniła się po uszy. 

– O warzywach przyniosła nagranie. O sezonowych. O rodzajach dyni.

Stary Waldek bez słowa pokiwał tylko głową. 

Dziewczyna poczuła, że jednak musi zacząć się bronić.

– Ale przecież… 

– Dobra, dobra – Igor roześmiał się w głos. Podszedł do krzesła, na którym siedziała młodsza koleżanka i poklepał oparcie kilka razy. – Sprytnie to zrobiłaś. Warzywa zdrowsze, niż polityczne ścieki.

– Dzięki – rzucił tylko Stary Waldek i obaj mężczyźni wyszli z pokoju, śmiejąc się.

Gosia jeszcze przez chwilę po ich odejściu czuła jak serce bije jej szybciej. Patrząc na ulubiony kubek w kolorowe paski, który po pierwszym dniu natychmiast zagarnęła z radiowej kuchni dla siebie, przypomniała sobie swój ostatni dzień pracy w agencji reklamowej. Była dziś bardzo daleko od stresu związanego z wyrobieniem wskaźników sprzedaży, a jeśli puls jej przyspieszał, to nigdy na dźwięk telefonu od znienawidzonego klienta. Nie spodziewała się, że będzie pracować w zespole pełnym takich osobowości, od których w dodatku nauczy się mnóstwa nowych rzeczy. Choć wcale nie podobała jej się wypłacana na konto kwota, mogła na razie zgodzić się na zaciskanie pasa w imię nauki zawodu.

Podniosła kubek w paski do góry.

– Za warzywa sezonowe – powiedziała do siebie z uśmiechem.

One Comment

  1. Jest i Igor!
    Potrzebuje następnego rozdziału i następnego i następnego jak odcinków ulubionego serialu na Netflixie. To wciąga!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *