59. Wyzwanie

– Dobrze to robię?

– Wspaniale. Jakbyś całe życie trenowała.

– Trochę tak było.

Sowa roześmiała się. 

– Nie no, serio – leżąca na dywanie Mania potoczyła wzrokiem od zasłoniętego okna, przez skupioną na malowaniu rzęs Gosię aż po właścicielkę mieszkania, która siedziała na swoim łóżku oparta o poduszki. – To jest maska. Przypięli mi łatkę aktywnej, impulsywnej, zawsze czymś zajętej i przejętej, a nikt się nie zastanawia nad tym, z czego ta siła wypływa.

– A z czego wypływa? – Gosia odwróciła się na chwilę. Jedno jej oko pomalowane ciemnymi kosmetykami wyglądało na ogromne, a drugie, jeszcze niegotowe, jakby ktoś nieproporcjonalnie zmniejszył je w programie graficznym. – Podziel się, może na nas też skapnie coś z tej mocy.

– Nie skapnie. Nie samo z siebie – Mania pogłaskała sploty dywanu. Uśmiechnęła się tajemniczo. – To jest droga, którą każdy musi przejść sam. Robienie głupich rzeczy, odkrywanie, wkurwienie że to tak długo trwa, melancholia, radość z dotarcia do jakichś wniosków i znów od początku. Podróż przez tożsamość swoją, a potem przez tożsamość tej drugiej osoby… Której osmarkane chusteczki rozrzucone dla dekoracji po całym pokoju stają się twoją codziennością. 

Sowa powolnym ruchem ręki włączyła muzykę. Nad podłogą snuły się wieczorne nuty wypływające ze starej wieży ustawionej obok łóżka, Gosia niespiesznie kończyła przygotowywać się do wyjścia, Mania leżała bez ruchu i bez słów. 

– No, jak tego nie doceni, to nie wiem, gdzie ma oczy – podsumowała brunetka, obracając głowę na wszystkie strony przed wielkim lustrem Sowy. 

– Kto?

– Maciek – Gosia schowała do kosmetyczki wszystkie pędzle i paletki, których używała do zrobienia makijażu. – Idziemy do jakichś jego znajomych na wieczór. 

– A ostatnio nie doceniał? 

Mania przeturlała się z pleców na brzuch. Do jej ciemnej bluzy z kapturem przyczepiły się kłębuszki kurzu i kociej sierści. Spojrzała na nie tylko, nie zadała sobie trudu, by je strzepnąć.

– Albo ja mam jakieś za wysokie wymagania…

– Nie ma czegoś takiego jak za wysokie wymagania.

– … albo ostatnio zupełnie się nie rozumiemy. Nie wiem, czy to ta różnica, że mu został rok studiów do skończenia, a ja już pracuję, nie mogę tak sobie w ciągu dnia z nim gdzieś wyskoczyć. Ostatnio nie znajdujemy za dużo czasu dla siebie i nie chce nam się gadać ze sobą. I mam wrażenie, że… on się przestał starać.

Sowa uniosła lekko brwi. 

– Co masz na myśli? – zapytała.

– Od czego zacząć – westchnęła Gosia. Zgarbiła się na taborecie, na którym siedziała i przycisnęła do brzucha swoją wielką kosmetyczkę. – Kiedyś potrafił być taki zaskakujący, tu kwiatek, tu kawa nad rzeką, zawsze się dużo śmialiśmy, spotykaliśmy z ludźmi. To wyjście dziś do znajomych jest wyjątkiem, od września chyba tylko ze dwa razy gdzieś razem wychodziliśmy. Netflix i piwko, kanapa. Albo musi się uczyć, albo gra w gry. Jedyne, co ostatnio zrobił dla mnie, to pomagał w tej audycji wieczornej i przyszedł po mnie do radia. Nie gadamy o poważnych rzeczach, jak tylko zaczynam jakiś temat, nie wiem, o katastrofie klimatycznej, o tym co się dzieje w Stanach, o tym jaki mamy w Polsce system zdrowia, cokolwiek co nazwiesz ważnym, to on nie ma absolutnie nic do powiedzenia. Czasem kwituje jakimś głupim tekstem i pokazuje mi memy na telefonie. – dziewczyna umilkła na chwilę. Piosenka płynąca z wieży przeszła z energetycznego refrenu w smętny koniec. –  Ta relacja się w żaden sposób nie rozwija. Żadnych wspólnych planów. Tylko takie marnowanie czasu i spełnianie jakichś emocjonalno-cielesnych potrzeb.

– O rany – Mania oparła głowę na rękach i popatrzyła uważnie na Gosię. – To bardziej brzmi, jakbyś ty miała problem, nie on.

– Ja?

– Ewidentnie to ty potrzebujesz, żeby to było coś innego albo coś więcej. Albo ktoś inny.

Gosia wbiła zdumiony wzrok w zasłony. 

– Ewidentnie potrzebuję, żeby on był inny – powiedziała w końcu.

Mania roześmiała się. Z poziomu dywanu patrzyła na młodszą koleżankę, która pięknie umalowana, w sukience podkreślającej wszystkie wdzięki siedziała na taborecie i tak mocno ściskała kosmetyczkę, jakby można z niej było wydusić sedno sprawy.

– A to nie jest tak, że zawsze w związku po jakimś czasie ludzie się zmieniają w… ziemniaczki? – odezwała się z łóżka Sowa. – Pytam, bo nie mam doświadczenia w byciu z kimś. Ostatnia relacja nie wyszła mi tak bardzo, że nawet nie można jej nazwać związkiem.

– Tak i nie – Mania odwróciła się na dywanie w stronę Aleksandry. –  W przypadku Gosi zaczęłabym od rozmowy z Maćkiem.

Brunetka prychnęła. Poprawiła okulary i wstała z taboretu.

– I co, mam mu zarzucić, że potraktował mnie jak zdobycz, jak trofeum do zdobycia? Że osiadł na kanapie jak na laurach? Na pewno się ucieszy.

– Na pewno coś ci odpowie – odparła spokojnym tonem Mania. – A chyba chcesz usłyszeć, co ma do powiedzenia?

Brunetka wyburczała pod nosem niezrozumiałe słowa. 

– Kochana, jak nie będziesz z nim gadać, to już od razu możesz spisać wszystko na straty – Mania podniosła się z dywanu i usiadła na nim skrzyżnie. – A jak idziesz do kuchni, to zrobisz mi herbatę?

– Mi też! – dodała Sowa.

Gosia bez słowa potwierdziła skinieniem głowy. Zostawiła dziewczyny w pokoju, ruszyła ciemnym korytarzem. Gdy w kuchni zalewała w czajniku jedną z herbacianych mieszanek Sowy, mieliła w głowie wszystkie słowa sąsiadki. Zupełnie nie pasowały do jej poukładanej wizji. Przecież nie może sama brać odpowiedzialności za tę relację, Maciek też powinien się trochę przejmować. Czy on nie zauważył, że czegoś brakuje? Zamaszystym ruchem chwyciła trzy kubki w jedną rękę, herbatę w drugą. Wchodząc przez próg pokoju zdecydowanym tonem oznajmiła:

– Porozmawiam z nim. Ale niech nie liczy na żadną taryfę ulgową.

Mania odebrała od nabuzowanej Gosi herbaciany zestaw. Sowa w tym czasie sięgnęła do szafki przy łóżku i wyjęła stamtąd paczkę ciastek. Rzuciła ją na dywan między kubki. 

– To jest zawsze wyzwanie, żeby się dogadać, niezależnie od miłości. Jakbym nie uczyniła tego priorytetem, żeby mojego leniwego ziemniaczka trochę od czasu do czasu uświadomić, że oprócz nas nikt nad naszym związkiem nie będzie pracował, to byśmy się już dawno rozstali – naukowczyni otworzyła opakowanie ciastek i wysunęła plastikową szufladkę tak, by łatwo było po nie sięgać. – Kuba też zresztą mnie mobilizuje i stawia do pionu. Albo raczej uspokaja. Pilnujemy minimalnej dawki czasu dla siebie, bez skrupułów odmawiamy wszystkim, którzy chcą nam go zabrać, od rodziców po przyjaciół. I wierz mi, żeby do tego konsensusu dojść, musieliśmy się nie raz pokłócić, rzucać talerzami, to znaczy ja rzucałam. W każdym razie bardzo sobie cenię ten fakt, że można przestać się spinać, jak się już jest z kimś na stałe. Nie chciałabym teraz chodzić na żadne randki i przewijać typów na Tinderze. O rany. To już wolę te skarpety i seriale.

– Ja też – powiedziała Sowa, popijając herbatę. – I niech jakiś typ nawet nie próbuje mi tego odbierać.


Mimo szczerych chęci i zapewnień, że nie będzie miała litości dla wymówek, Gosia nie znalazła w sobie siły, bo porozmawiać z Maćkiem. Spędzili razem wieczór u znajomych, późną nocą wracali do pokoju wynajmowanego przez chłopaka. Choć wcześniej tego nie planowała, dziewczyna została u niego na noc. Rano do pracy w radiu musiała zbierać się dużo wcześniej, niż zwykle. W autobusie jadącym w stronę Placu Teatralnego razem z nią podróżowali zaspani pracownicy wszelkich toruńskich biur i zakładów, wszyscy jednakowo zamyśleni i szarzy. Na widok ich marazmu Gosia postanowiła, że spróbuje ten poranek uratować świeżym pączkiem. Przez całą drogę nie umiała jednak pozbyć się wrażenia, że coś idzie zupełnie źle. Kiedy bez makijażu, we wczorajszej sukience i z tłustą papierową torebką z cukierni weszła do radia, od razu została przywitana przez uśmiechniętego Igora.

– Dzień dobry, nadziejo polskiego dziennikarstwa!

Gosia spojrzała na niego znad szalika. Nawet nie chciało jej się szukać riposty. Położyła pączka na biurku i zaczęła zdejmować płaszcz.

– Dyrektor chciał się z tobą zobaczyć.

Dziewczyna zamarła z jednym rękawem na ramieniu.

– Jeszcze mi się nie kończy umowa – wyrzuciła z siebie szybko.

– Chyba nie o to chodzi.

Igor bez dalszych wyjaśnień odwrócił się i ruszył w stronę wejścia do studia. 

Nie chcąc odwlekać nieuchronnego, dziewczyna zebrała w sobie całą odwagę. Zdeterminowana, by bronić swojego radiowego życia, stanęła pod drzwiami dyrektorskiego pokoju. Zapukała i weszła do środka, usłyszawszy zaproszenie.

– Dzień dobry, Gosiu. Usiądź.

Młoda dziennikarka odsunęła krzesło obite zielonym materiałem i usiadła na jego brzegu, wyprostowana, z rękami na kolanach.

– Ostatnio prowadziłaś audycję w zastępstwie za redaktora Czarnego – zaczął dyrektor. – I to był twój pierwszy wielki krok w studiu. Trochę taki chrzest bojowy, prawda? Podobało ci się?

– Jasne – Gosia razem z tym jednym słowem wypuściła z siebie część wewnętrznego napięcia. – Zdaje się, że słuchacze też jakoś przeżyli.

– Tak, tak – dyrektor uśmiechnął się. – W związku z tym mam dla ciebie propozycję. Chociaż nie wiem, czy ci się spodoba, możesz oczywiście odmówić.

– Jaka to propozycja?

– Myśleliśmy o wprowadzeniu drugiej osoby do naszych poranków w tygodniu. I byłoby świetnie, gdyby tę rolę pełniła kobieta, mamy ich ostatnio mniej na antenie. Ale to nie jedyny powód mojej propozycji, oczywiście. Sprawdziłaś się w tamtej kryzysowej sytuacji, naprawdę można na ciebie liczyć, a radiowego rzemiosła uczysz się bardzo szybko. To jak, chciałabyś poprowadzić na próbę poranek razem z Igorem? 

Dziewczyna bezwiednie uniosła brwi i ramiona. 

– Dzisiaj?!

– Nie, nie, jutro – dyrektor uspokajająco machnął ręką. – A jeśli wam obojgu i słuchaczom ten układ będzie się podobał, to na próbny tydzień, potem zobaczymy. Co myślisz?

Gosia uśmiechnęła się szeroko. Zacisnęła ręce na materiale sukienki na kolanach.

– Oczywiście. Oczywiście, to dla mnie wspaniałe wyzwanie – powtórzyła radośnie. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *