61. Karolinie z przyszłości

Karolina przesunęła swój telefon tak, żeby kamerka zdołała uchwycić całą przestronną nawę kościoła.

– Nieźle! – odezwał się w słuchawkach głos Sowy. – Naprawdę masz tam co robić.

– Prawda?

Rozradowana Karolina podeszła do rusztowania z telefonem w ręce.

– Spróbuję wejść chociaż o dwa poziomy wyżej, to pokażę ci z bliska…

– Ej, ej, to nie jest niebezpieczne, kiedy tak sobie hasasz po rusztowaniu i trzymasz drabinę tylko jedną dłonią?

Blondynka uśmiechnęła się do ekranu. 

– Kochana, nie takie rzeczy się tu dzieją.

Przez następne dziesięć minut Karolina z zapałem opowiadała Sowie o wszystkich elementach odnawianego malowidła i dekoracji. Pokazała jej w zbliżeniu materiały, pędzle, kilka skończonych już, złotych ornamentów. Po wygłoszeniu pełnej entuzjazmu opowieści konserwatorskiej dziewczyna poprosiła Sowę, by ta pokazała jej strych na Chopina, którego metamorfoza właśnie się rozpoczęła. Kredyt hipoteczny zapewnił pierwsze pieniądze na odnowienie pomieszczeń i wszystko wyglądało inaczej. 

– O, a tu będzie taka piękna łazienka – Sowa zakręciła się wokół własnej osi. Remontowy kurz zawirował w powietrzu. 

Światło z małego okienka wydobywało z ciemności tylko niewielki fragment pomieszczenia, więc Karolina kazała Sowie zatrzymywać się aż soczewka złapie ostrość i dokładnie opisywać stan robót. Uparła się nawet, żeby zatrzymać kamerę telefonu na numerach papieru ściernego, którego używali do oczyszczenia belek.

– Okej, teraz czuję się bardziej jak część tego procesu – westchnęła blondynka, siadając w czystych spodniach na brudnym rusztowaniu. – Bardzo mi przykro, że nie mogę być tam z tobą, kiedy realizujesz takie wielkie i ciężkie marzenie.

– Co mam ci powiedzieć. Ja też żałuję, że cię tu nie ma – Sowa wzruszyła ramionami. – Ale widzę jak dobrze ci robi pobyt w Niemczech. Z tego co pisałaś, ekipa też fajna?

– Tak, tak – blondynka pokiwała głową. – Coraz lepiej ich poznaję. To są totalnie ludzie z mojego plemienia! Podróżują, mają niesamowite pomysły na życie, różne pasje… Są też czasem strasznie męczący. Wiesz, ile można pić? Ja nie wiedziałam! – Sowa roześmiała się po drugiej stronie telefonu. –  I jak wytrzymać w pokoju z dziewczyną, która nie zna słowa “porządek” w żadnym możliwym języku… Ale na współlokatorkę nie będę narzekać, poza tym syfiarskim stylem życia Irene jest cudowna. Hanka za to chyba mnie trochę nie lubi, bo mam własne zdanie, a jej się podoba dominowanie. Z chłopakami złapałam świetny kontakt. Dzisiaj wolny dzień, więc niedługo idziemy sobie trochę pojeździć i połazić po okolicy. Nawet Gianni się wybiera, nasz szef.

– Super – Sowa uśmiechnęła się po drugiej stronie ekranu. – A powiesz mi, co wyszło z tym Wiktorem? Jak to się stało, że się zgubił? Znalazł się już?

Karolina wzięła głębszy oddech.

– Jeszcze nie. Zadzwoniła do mnie jego siostra… O tym wam pisałam. W samym liście, który wygrzebaliśmy ze śmietnika, nie było szczególnych wskazówek. Ale z tyłu kartki ktoś zamazał numer telefonu. Jakimś cudem udało się go odcyfrować.

– Dzwoniłaś tam? – zapytała Sowa nieufnym tonem.

– Nieeee – Karolina nerwowo przeciągnęła słowo, wpatrując się w sklepienie kościoła. – Ale wrzuciłam ten numer w Google. 

– No, zuch dziewczyna. Dobra, muszę zejść ze strychu do domu, bo zaraz dostanę pylicy od tego remontu. Ale możesz mówić, ja po prostu będę szła i słuchała.

Karolina oparła się plecami o chłodną rurę rusztowania. 

– Pierwsze, co Internet mi podpowiedział, to że ten numer może być szwajcarski. Drugim tropem okazała się strona internetowa jakiegoś alpejskiego przewodnika, takiego, który zabiera ludzi w wysokie góry i oni mu płacą za to, jaki jest zajebisty. Nie żebym miała mało szacunku dla nich, mam całą masę. Tylko akurat ten konkretny sprawiał wrażenie bufona i zarozumialca.

– To w sam raz pasuje do Wiktora – odezwała się Sowa. W tle słychać było otwieranie drzwi do mieszkania. 

– W każdym razie nie zadzwoniłam tam, tylko przekazałam informację siostrze i rodzinie – Karolina głęboko westchnęła. – Udało mi się powstrzymać również przed tym, żeby spróbować skontaktować się z samym Wiktorem.

– Tym bardziej należy ci się order – Sowa usiadła w swoim czerwonym fotelu. Na chwilę wizję przesłonił koci grzbiet, potem pyszczek, a na końcu cała Bajka zasłoniła przyjaciółkę. – Spadaj stąd, teraz dorośli rozmawiają!

Karolina śmiała się, gdy obserwowała próby przegonienia zwierzątka z kolan. Na widok fragmentów kuchni na Chopina, które wyświetlały się na telefonie, blondynka poczuła ciepło rozlewające się falą w okolicach serca. 

– A jak tam u ciebie, widziałam, że Stanisław przyjechał?

Sowa rozejrzała się wokół, jakby chciała sprawdzić, czy nikt ich nie podsłuchuje.

– Tak, nawet nie pojechał jak zawsze po kilku godzinach – potwierdziła cicho. – I jest jakiś taki… Zdeterminowany. 

– Zdeterminowany? Co to znaczy?

– No nie wiem właśnie – Aleksandra pozwoliła kotu ułożyć się na swoich kolanach i położyła mu rękę na grzbiecie. – Zostaje na razie w Toruniu na dziesięć dni. 

– O, to pewna nowość. Jak się z tym czujesz?

Aleksandra przez chwilę nie odpowiadała. Widać było, że w głowie kotłuje jej się co najmniej kilka refleksji i nie potrafi wybrać tej, która powinna wygrać wyścig i zostać wypowiedziana jako pierwsza.

– Czuję, że bardzo świadomie mu na to pozwalam, żeby tu został. Nie podoba mi się co prawda, że jestem w trakcie terapii i cały czas pracuję nad schematami w mojej głowie, a tu ktoś przychodzi i zagarnia całą mentalną przestrzeń… Oczywiście zagarnia w pozytywny sposób.  Na szczęście na razie nie wydarzyło się nic, co by sprawiło mi dyskomfort. Wręcz przeciwnie.

– To super. Gosia jest na miejscu? Wspiera cię?

Sowa prychnęła. Kot na jej kolanach uniósł lekko głowę.

– Niby jest, ale ma teraz swoje przeboje. Radiowe. 

– Tak się zaangażowała w pracę? 

Karolina kątem oka wychwyciła ruch w kościele dwa poziomy poniżej miejsca, gdzie siedziała. Siostrzyczki zakonne oraz wierni zaczęli schodzić się na mszę. 

– W pracę i w kolegów z pracy. Oraz w naprawianie związku z Maćkiem. To drugie ciężko idzie, chociaż widać, że oboje się starają.

Blodnynka wstała, wychyliła się przez barierkę. Zdecydowanie czas naglił, coraz więcej osób nadchodziło od strony wejścia, a każdy ruch na rusztowaniu odbijał się echem w całym kościele.

– Sowa, muszę kończyć, bo mi się tu ludzie złażą, a to nie jest normalna pora, żeby skakać po tych drabinach i im przeszkadzać.

– Jasne – Aleksandra machnęła ręką. – I tak się cieszę, że w tym szalonym czasie udało nam się złapać. 

– Oczywiście – Karolina uśmiechnęła się z wdzięcznością. – Tu jest niesamowicie, ale wróciłabym do was na kawę.

– Jeszcze niejedna cię czeka.

Jakaś wiekowa siostra zakonna zauważyła dziewczynę stojąca na rusztowaniu z telefonem w ręce. Staruszka przybrała najgroźniejszą minę, jaką tylko mogła i gestem nakazała młodej opuszczenie świętego miejsca.  

– Trzymaj się, pozdrów naszą radiową gwiazdę – powiedziała Karolina do telefonu, tłumiąc śmiech. – Pa.

– Ty też się trzymaj, nie spadnij tam z niczego, kochana. Pa!


Karolina stojąc na wieży widokowej patrzyła na rozległe pagórki i nie mogła się oprzeć wrażeniu, że ten krajobraz został przygotowany jako scenografia do jej życia. Oczywiście kochała wspinaczkę na wyższe góry, niż znajdujące się w zasięgu jej wzroku tysięczniki. Jednak na razie hamowała wewnętrzną potrzebę biegu coraz wyżej. Delektowała się ścianą ciemnych świerków z błyskającymi gdzieniegdzie pomarańczem modrzewiami. Drzewa na zboczach bardzo przypominały jej o domu. Większość buków rosnących nieopodal już się przebarwiła, wokół ławeczki pod wieżą ścielił się dywan liści. Turyści w kolorowych czapkach snuli się leniwie, popijając herbatę i robiąc zdjęcia. Pod ciężkim szarym niebem w dolinach Szwarcwaldu rozgościła się na dobre zimna, mokra późna jesień. 

– I jak ci się podoba Schauinsland? – Calin wyciągnął telefon w stronę Karoliny, żeby nagrać jej odpowiedź.

Dziewczyna obejrzała się w stronę kolegi, wyrwana z zamyślenia. Wyciągnęła rękę pokazując na ponury krajobraz.

– Przypomina Sudety. 

Za jej plecami pojawił się Theo, jak zawsze eteryczny i wystylizowany. Z czapeczką zakrywającą ledwie czubek głowy wszedł Calinowi w kadr.

– Moim zdaniem ten widok to trochę tani horror, a trochę powieść obyczajowa o smutnym życiu – oznajmił.

– Horror? – Calin roześmiał się.

– Taaak – Theo szeroko rozłożył patykowate ręce. – Wyobrażam sobie, że na tej wieży spotyka się dwoje ludzi, para. Potem tylko jedno wraca do wioski w dolinie, a ktoś zostaje tu na zawsze, przywiązany do drzewa. I musi być w tym filmie kobieta w żółtej kurtce oraz dużo deszczu. 

Karolina spojrzała na kolegów z rozbawieniem. Nie dawali jej się nudzić i rozpraszać ponurymi myślami czy tęsknotą, cokolwiek się działo. Schodząc z nimi po schodach słuchała jak kłócą się o dalszy scenariusz szwarcwaldzkiego horroru i czuła głęboką wdzięczność za swoje życie. 

Na ławeczce pod wieżą swoje kanapki wypakował już Kris, a Gianni nalewał gorącej herbaty do kubka. 

– Z czym ci dzisiaj siostra Greta zrobiła prowiant? – zapytała Karolina, siadając koło Austriaka.

– Właśnie nie wiem, z jakąś pastą chyba – odpowiedział chłopak. Rozłożył na chwilę bułkę, żeby spróbować przyjrzeć się zawartości. – Ona jest najbardziej przejmującą się osobą na świecie, mam nadzieję, że nie robi sobie za dużo kłopotu z tą moją dietą….

– To prawda, jak się dowiedziała, że jesz tylko rośliny, postawiła sobie za punkt honoru cię dobrze wykarmić – powiedziała Polka. – W jej klasztorze nikt nie będzie chodził głodny! 

– Ale ja naprawdę mogę sobie sam robić jedzenie – Kris spojrzał zbolałym wzrokiem na góry. 

– Nie ma mięsa, nie ma siły – oświadczył Calin wesoło, siadając naprzeciwko nich. 

– Nie ma mięsa, nie ma cierpienia – odpowiedział cichym głosem Theo. 

Siostra Greta, zawiadująca kuchnią, na początku nie mogła przeboleć żywieniowych zwyczajów swoich gości. Po kilku poważnych rozmowach zakonnica zdecydowała jednak karmić ich tak, by mimo roślinnej diety Kris miał zawsze pełny talerz, zupa w wersji mięsnej i warzywnej stała w osobnych wazach, a Hanka zamiast mleka krowiego mogła do kawy dodawać owsiane. Z ich konserwatorskiej ekipy połowa stanowiła dla mistrzyni klasztornej kuchni nie lada wyzwanie. Mimo to wszystko, co dostawali było pyszne, choć czasem wyglądało na wynik eksperymentu.

Theo stanął obok ławki i poprosił Gianniego o nalanie mu herbaty z termosu. Karolina przez chwilę przypatrywała się kolegom. Próbowała ubrać w słowa refleksję, której pierwsze znaki wyczuwała w głowie. Nie zdążyła jednak nic powiedzieć zanim ich brodaty szef zaczął wypytywać o to, czy mają jeszcze siłę na zejście do punktu widokowego niedaleko parkingu. Ostatecznie ustalono wersję, w której część bardziej potrzebujących jedzenia i odpoczynku zatrzymuje się w kawiarni, a chętni docierają kawałek dalej, by podziwiać coraz bardziej szary widok. 

Pierwszy raz od przyjazdu Karolina miała chwilę, by spokojnie porozmawiać z Giannim o czymś innym niż ich praca. Schodzili w dół ścieżką pomiędzy brązowiejącymi drzewami i co chwilę odwracała od nich wzrok, żeby z zaciekawieniem albo podziwem spojrzeć na szefa zespołu. Ostatnie kilka lat spędził na realizowaniu projektów konserwatorskich w całej Europie, a w wolnych chwilach wyruszał do Azji lub północnej Afryki. Gdy opowiadał o swoich podróżach po Maroko, o nocy spędzonej na pustyni, dziewczyna otworzyła szeroko buzię. 

– Ależ ja bym tak chciała jeździć po świecie – powiedziała z uczuciem, kiedy skończył.

Gianni przyjrzał się iskrom w oczach Polki i uśmiechnął się szeroko.

– Przecież możesz. 

– Masz jeszcze w planach jakieś wyprawy?

– Na razie nie. Trochę się już nalatałem i jeśli gdzieś teraz podróżuję, to raczej przemieszczam się po ziemi: pociągiem albo samochodem. 

– Ja uwielbiam latać – Karolina z uśmiechem spojrzała przed siebie. 

Dochodzili już do kawiarni, więc Theo i Calin skręcili w stronę ciepłego wnętrza. Pozostali ruszyli na drugą stronę ulicy, żeby dotrzeć do punktu widokowego. 

– Ja też, nie da się przecenić jak szybko i komfortowo się przemieszcza dzięki lataniu. – odpowiedział Gianni. – Ale póki nie wymyślą jakiegoś mniej szkodzącego planecie paliwa, nie mam zamiaru się dorzucać do katastrofy klimatycznej. 

– Aż tak poważnie i osobiście to traktujesz? 

– Tak. 

Dotarli na miejsce. Zbocze otwierało się w dół trójkątem szarej trawy, pod ciężkim niebem wydawało się, że ziemia i chmury chcą połączyć się w jedno, ale leżące na drodze góry, ciemne masy lasu i jasne plamy miejscowości na to nie pozwalają.

Karolina zatrzymała się. Zimny wiatr usiłował wedrzeć się pod jej kurtkę, poruszał włosami wystającymi spod czapki. Nie wiedziała co dokładnie w tym widoku i w tym czasie było dla niej tak wyjątkowego. Odpuściła sobie analizowanie, oddychała powietrzem pachnącym skałami i lasem, czuła jak chmury przykrywają świat swoją grubą, szarą pierzyną. Ekscytacja płynnie przeszła w spokój, rozmowa naturalnie zmieniła się w ciszę.

Zanim świat całkowicie pogrążył się w burych tonach, Gianni zaproponował wspólne zdjęcie. Razem z uśmiechniętym Krisem w trójkę stali na tle szwarcwaldzkiej jesieni, wokół nie było już turystów, tylko wiatr, przyroda i ich czerwone z zimna nosy. 

– Wyślesz mi je? – poprosiła Karolina.

– Jasne – Gianni parę razy dotknął ekranu smartfona i już zdjęcie pojawiło się na ich wspólnej, konserwatorskiej grupie. – Chcesz je komuś pokazać?

– To też. Ale tak myślę, że je sobie wywołam – postanowiła, rzucając okiem na falującą linię gór w oddali. – Wyślę je Karolinie z przyszłości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *