68. Aż do śmierci

Sowa patrzyła w zamyśleniu na gałęzie sosen nad swoją głową. Ciemne na tle jasnoszarego nieba chwiały się powoli, jakby tańczyły w zwolnionym tempie do szalejącego w ich koronach wiatru. Na szczęście na ścieżce nie był aż tak silny.

– Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam w lesie – powiedziała dziewczyna, wciskając zmarznięte ręce głęboko do kieszeni kurtki. 

– Ja staram się być codziennie – odpowiedział mecenas Kamil Dobkowiak wesołym tonem. – Przez tę szaloną, niewybieganą… No właśnie, gdzie ona zwiała? Nela!

Brązowa, smukła sylwetka psa wystrzeliła z pobliskich krzaków w stronę swojego właściciela. Zahipnotyzowana wpatrywała się w trzymaną przez Kamila piłkę. Machając ogonem Nela uderzała co chwilę o nogę Sowy, co bolało tak mocno, jakby ktoś bił ją w udo napiętą liną albo cienką listewką. W końcu po wykonaniu komendy mecenas rzucił psu piłkę. Suka w niewiarygodnym tempie pognała przed siebie.

– Nawet bym cię przeprosił, że się tym razem nie spotykamy w kancelarii, ale chyba mi tu nawet lepiej, niż w centrum miasta. 

– Dopóki zawozisz mnie i odwozisz na Chopina, możemy jeździć do lasu na każde spotkanie.

– Oho, zapamiętam! – Kamil roześmiał się. Jeszcze raz rzucił podekscytowanemu psu piłkę. – A przechodząc do meritum… Jednak mamy na naszej drodze ku świetności pewną przeszkodę. Pani Mularczykowa spod dwójki nie chce się zgodzić na nasze warunki. 

– Mularczykowa? – Sowa w zdumieniu spojrzała na prawnika. – Przecież ona od kilku lat u nas nie mieszka. Wyprowadziła się do siostry, na Rubinkowo. 

Mecenas wzruszył nieznacznie ramionami. 

– Nie mieszka, ale formalnie uważa się za właścicielkę lokalu. Dała mi wyraźnie znać, że nie zamierza tej sprawy załatwiać pokojowo. 

Przez chwilę szli w milczeniu, a pod ich stopami trzaskały suche gałązki. Wśród szelestu liści ze ścieżki po prawej stronie wyłonił się zdezelowany rower. Starszy pan majestatycznie pedałował dalej, nie zwracając uwagi na psa, który kilka razy szczeknął na niego ostrzegawczo. 

– No dobrze, czyli co z tym robimy? – zapytała Sowa. – Mam siedzieć i czekać na jakieś kroki prawne, które podejmiesz, czy mam zadzwonić do niej i wyjaśnić, co się wydarzyło?

Kamil przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią. Wesoły wyżeł biegał w tym czasie wokół jego ręki i szczekał, żeby ponownie rzucić mu piłkę. 

– Najlepiej chyba będzie zacząć od zwykłego telefonu. Macie jakieś wspólne wspomnienia z przeszłości? Czy ona znała twojego dziadka?

– Tak, znała – dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem. – Jako banda dzieciaków robiliśmy sobie z niej żarty i dzwoniliśmy do jej drzwi bez powodu. Potem oczywiście uciekaliśmy. Kiedyś ktoś jej nawrzucał patyków do skrzynki na listy, bo nas goniła jak graliśmy w piłkę. Dziadek po takich akcjach szedł do niej na ugodę ze swoją wiśniową naleweczką. 

– O, proszę. Jest o co zahaczyć. Nela, NIE! – spokojną wymianę zdań przerwała wydana ostrym tonem komenda. Kiedy mecenas upewnił się, że pies porzucił wąchanie sarnich bobków, ponownie podjął temat. – W takim razie proponuję ci wybranie się do niej z naleweczką. 

– Okej. A jak to nie pomoże?

– Spotkamy się na kolejnym spacerze, porzucasz Neli piłkę i przygotujemy parę nudnych pism, wzywających panią Mularczykową do opamiętania się. 

– Brzmi jak plan.

Nela przyniosła piłkę prosto w ręce Sowy. Obśliniona, gumowa kulka dotknęła dłoni dziewczyny, a ta skrzywiła się z niesmakiem. Popatrzyła w brązowe, radosne oczy psa i westchnęła z rezygnacją. Mocniej chwyciła śliski przedmiot, rzuciła go daleko pomiędzy drzewa. Nela ruszyła jak strzała, wzbijając małą chmurkę suchych liści w powietrze. 

– A mówiąc o planach… Widzimy się dzisiaj na wieczornym graniu?

– Chciałabym, ale chyba nie – Sowa wycierała ręce w ostatnią czystą chusteczkę. – Dopiero po południu może przyjść elektryk, więc nie wiem do której będę uziemiona. Takie tam sprawy do załatwienia, rozumiesz.

Mecenas Dobkowiak wypatrzył nadbiegającego spomiędzy drzew psa. Rzucił się ku niemu, aż poły eleganckiego płaszca zafurkotały w powietrzu. Udało mu się dopaść Nelę i przewrócić ją na ziemię dla zabawy. Suka zaszczekała, wyślizgnęła się zręcznie z jego uścisku. Kamil zachwiał się i niemal całkowicie stracił równowagę, w ostatniej chwili podparł się ręką o ziemię.

– Boże, to dorosłe życie nas kiedyś zabije! – roześmiał się. 


Po rozstaniu z Maćkiem Gosia przez kilka dni zachowywała się automatycznie. Czuła się jak puste naczynie. Niespecjalnie interesowały ją wydarzenia na świecie, a jeszcze mniej ploteczki na temat znajomych. Zamiast sprawdzać media społecznościowe z typowym dla siebie nerwowym sarkazmem, tylko wpatrywała się w przesuwające się na ekranie telefonu obrazki. Strumień liter i zdjęć odbijał się w jej okularach, nie zmieniając wyrazu twarzy nawet na chwilę. W pracy mechanicznie wykonywała swoje obowiązki, bez wyciągania osobistych poglądów na widok publiczny. Zaniepokojony redaktor Czarny razem z Igorem podrzucali jej pączki na zmianę z kąśliwymi uwagami, ale marazm panny Swadźby trwał cały tydzień bez przerwy i nic nie wskazywało, że którekolwiek działanie mające na celu przerwanie tego stanu będzie skuteczne. 

Gosia odbyła bardzo nieprzyjemną rozmowę ze swoją siostrą, która uwielbiała Maćka i zupełnie nie rozumiała, co się wydarzyło. Do kompletu doszedł Marcin, zazwyczaj stojący po stronie swoich przyjaciółek. Być może był nie w humorze albo historia porzucenia zakochanego studenta w jakiś sposób przypomniała mu o własnych miłosnych nieszczęściach. Nie okazał się zbyt dobrym adresem do szukania pociechy.

– Wiesz, następnym razem się nie baw niczyimi uczuciami – zakończył burkliwie swoją wypowiedź, a Gosia zapadła w apatię jeszcze głębiej.

Młoda dziennikarka wbrew temu, co powinna czuć bezduszna femme fatale, popłakiwała sobie żałośnie przy różnych okazjach: w sklepie nad grudniowymi pomarańczami w promocji, w ponurej radiowej łazience, w swoim pokoju nocą. Znajomość z Maćkiem jako przelotna miłostka okazała się zbyt głęboka, na tyle, że rozstanie zdołało ją mocno zranić. Jednocześnie relacja była zbyt powierzchowna jak na związek dwóch podążających za sobą dusz i tego nic już zdaniem Gosi nie mogło odmienić, zero szans na powrót. Beznadzieja, koniec wszystkiego.

Kiedy Sowa wróciła z porannego spotkania z prawnikiem, zastała przyjaciółkę siedzącą nad zimnym kubkiem kawy, tępo wpatrzoną w gazetkę z supermarketu. 

– Kochana. Co robisz? 

Gosia ledwo podniosła wzrok znad blatu. 

– A tak sobie oglądam, co w promce.

– Ta gazetka jest z listopada.

– O.

Sowa usiadła naprzeciwko Gosi w swoim czerwonym fotelu. 

– Jak ci mogę pomóc?

– Nie wiem, chyba musi minąć samo.

Aleksandra zdjęła okulary, żeby przetrzeć je kuchenną ścierką. Spojrzała na nie pod światło i ze zgrozą stwierdziła w duchu, że tylko jeszcze bardziej je zatłuściła. Wstała, żeby umyć je płynem do mycia naczyń.

– Nie znam się na miłości, ale znam się na kryzysach – rzuciła głośniej, żeby szum wody nie zagłuszył jej słów. – I one rzadko przechodzą same z siebie, wiesz?

Gosia milczała, ze wzrokiem wbitym w łopatkę wieprzową z listopadowej gazetki. 

– Ja chyba zasłużyłam na ten smutek – powiedziała w końcu. 

Aleksandra oparta biodrem o szafkę patrzyła na zgarbioną, drobną figurkę swojej przyjaciółki. Brązowe loki zasłaniały pół twarzy, ale Sowa dałaby sobie rękę uciąć, że na brzegu powiek Gosi wzbiera kolejna fala łez.

– Dobra, dobra. Co robisz wieczorem? 

– Wracam z pracy, bo dziś mam popołudnie. 

– Świetnie. Nie obchodzi mnie w jakim będziesz stanie, masz dotrzeć na dwudziestą pierwszą do Jamy.

Gosia zmarszczyła brwi.

– Do jakiej Jamy?

– Do tego pubu muzycznego, w którym kiedyś robiłaś krótki wywiad i wyciągnęłaś mnie dla towarzystwa, pamiętasz? 

– Aaaa, tam. O rany. Serio?

– Serio. Najpoważniej na świecie. Jak nie przyjdziesz, podniosę ci odstępne. 

Sowa wycelowała palec w stronę Gosi i uśmiechnęła się szeroko. 

– Szantażystka – wymruczała przyjaciółka. Spróbowała napić się kawy ze swojego kubka, stojącego od godziny na blacie. Wykrzywiła usta. – O fak, ale zimna. 

Zadowolona z obrotu spraw Aleksandra stanęła przed wielką szafą, której używały jako spiżarni. Licząc na to, że znajdzie tam jeszcze nietkniętą butelkę wiśniówki, otworzyła drzwi i zanurzyła głowę pomiędzy półki.

– Sowa… A nie sądzisz, że to trochę słabe, takie załatwianie swoich problemów po studencku? Tak wszystko zaimprezować, wytańczyć i zapić?

Właścicielka mieszkania wychyliła się zza otwartych drzwi szafy. W jednej ręce trzymała słoik malinowego dżemu, a w drugiej prawie pustą butelkę cytrynówki. 

– Ależ skąd – odparła poważnym tonem. – Właśnie zamierzam przekupić naszą sąsiadkę domowym alkoholem, żeby odstąpiła od roszczeń wobec mieszkania po dziadku. To prawdopodobnie oznacza, że od teraz będziemy tak załatwiać wszystkie rzeczy. Aż do śmierci.

Gosia oparła głowę na rękach. Wyobraziła sobie, jak razem z Sową w emeryckim korowodzie, ze sztucznymi szczękami, siwymi grzywami, każda ubrana dziwniej od drugiej tańczą na dancingu w mrugających kolorowych światłach i piją swoje zdrowie.

– Dobra. Może być, ale tylko z tobą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *