71. Nie skakaliśmy z radości

Sowa zaciągnęła się papierosem, ostatnim z limitu trzech dziennie, który narzuciła sobie rok temu. Jej sypialnię wypełniał półmrok oraz muzyka dochodząca z głośników. W górę ponad łóżko na którym leżeli razem ze Stanisławem, uniosła się strużka dymu. Zapach tytoniu podrażnił nozdrza i dotarł do zakamarków w umyśle mężczyzny, które natychmiast przypomniały mu o dawnym nałogu.

– Może zastanowisz się nad rzuceniem? – powiedział miękko.

– Zastanowię się. Pewnie to nic w moim życiu nie zmieni, ale zastanowię się.

Sowa wyciągnęła dłoń w stronę popielniczki ustawionej na stercie książek przy poduszkach. Zazwyczaj nie paliła nigdzie indziej, niż przy oknie lub na balkonie w kuchni, ale dziś wyjątkowo czuła przyciąganie łóżka, jego zawiłą, niewytłumaczalną grawitację. 

Stanisław westchnął ciężko. Spojrzał na zegarek, w ciemności błysnęła na niebiesko tarcza elektronicznej opaski na rękę.

– O której jedziesz? – zapytała Sowa.

– Godzinę temu.

Dziewczyna odwróciła się powolnym ruchem w stronę mężczyzny. Oparta łokciem o poduszkę czuła się mało stabilnie, bo rękę z papierosem starała się trzymać poza zasięgiem pościeli przykrytej kocem.

– To znaczy, że będziesz nadrabiał na trasie?

Stanisław wpatrywał się w sufit z uśmiechem czającym się w kącikach ust. Długo nie odpowiadał na pytanie. Sowa ponagliła go uniesieniem brwi.

– Będę jechał bezpiecznie. Nie martw się.

Aleksandra paliła dalej swojego ostatniego papierosa i przyglądała się, jak półmrok zaciera maleńkie zmarszczki wokół oczu i ust Stanisława. Zdawało jej się, że dopiero co przyjechał na Chopina przed Wigilią. Nie do końca wiedziała, na czym spędzili cały ten czas. Być może na wspólnym sprzątaniu strychu? Na pewno oglądali razem filmy i na zmianę zasypiali sobie nawzajem na ramionach albo udach, w zależności od wybranego tytułu. Kochali się też w blasku świec, choć namiętność wcale nie odegrała tego wieczoru głównej roli. Ledwie zaczęli zanurzać się w tajemnice swoich zmysłów, przerwała im zazdrosna Bajka z całym arsenałem kocich zachowań. Przewróciła dwie zapalone świeczki, zaczęła szaleńczo biegać i skakać po pokoju, a wyrzucona za drzwi sypialni przeraźliwie miauczała. Stanisław śmiał się i mówił, że muszą przyzwyczajać kota do takich sytuacji, ale Sowie jakoś nie było do śmiechu. Nie wiedzieć czemu, straciła po kocich harcach cały dobry nastrój.

– Kiedy znów przyjedziesz? 

Stanisław niespiesznie odwrócił głowę w stronę Aleksandry. Dłonią dotknął jej przedramienia i w zamyśleniu przesuwał palcem po odsłoniętej skórze ręki. 

– Właściwie, to mógłbym zaraz wracać do Torunia po tym wyjeździe, ale mam do ciebie inne pytanie. Jest ważne. Być może zadane za wcześnie zepsuje to, co między nami, ale co mi tam. Ufam ci, jak nikomu. 

– Tak? Co to za pytanie? – Sowa przymknęła powieki, czując delikatny dotyk palców mężczyzny na swoim przedramieniu. 

– Jak myślisz, mógłbym tu zamieszkać? 

Dziewczyna otworzyła oczy. Zaciągnęła się papierosem. Zgasiła go w popielniczce precyzyjnym, powolnym ruchem.

– Nie wiem – spojrzała na Stanisława uważnie. – A chciałbyś?

– Może to duża prośba, może wczesna – mężczyzna przestał gładzić przedramię dziewczyny i chwycił ją za dłoń. Miał ciepłe, suche palce, a ręka Sowy ginęła w jego dużej dłoni. – Powiedz mi po prostu, co o tym myślisz. Plusy są takie, że dużo częściej możemy się wtedy widywać. Jeśli nie czujesz się przekonana – dodał po chwili, gdy Sowa nadal milczała – możesz po prostu przemyśleć to kiedy będę w pracy, a za tydzień dasz mi znać. 

Aleksandra patrzyła na ich dłonie. Otulone półmrokiem i muzyką, leżące nieruchomo na kocu, wyglądały jak jedność, co bardzo jej się spodobało. 

– Mój dom zawsze był otwarty dla ludzi – powiedziała w końcu. Odszukała wzrokiem oczy Stanisława i bardzo poważnym tonem dokończyła: – Ale ty chcesz nie tylko zamieszkać w moim domu, skoro mnie o to pytasz. Prawda?

– Nie tylko. 

Piosenka płynąca z głośników skończyła się. Przez chwilę Aleksandra miała wrażenie, że resztki dźwięków oraz echo ich słów płyną powoli w powietrzu jak dym, jak kurz w słońcu. Wsiąkły w jej pokój pogrążony w ciemności. 

– Pomyślę o tym.


Mania kopniakiem zamknęła lodówkę, aż zatrzęsły się stojące na niej puste słoiki.

– Halo, może trochę więcej szacunku! To nie jest twoja lodówka! – Kuba postawił na podłodze ogromne siatki pełne jedzenia przywiezionego od rodziców.

– No właśnie, no właśnie! Nie jest moja, bo nas przecież nawet na lodówkę nie stać – Mania wściekle przeparadowała przed zmarzniętym nosem Kuby i stanęła przy drzwiach wyjściowych. – Twoja matka nie zapomniała mi tego wypomnieć. Że niczego się przeze mnie nie dorobiłeś. Przeze mnie! Oczywiście! Przeze mnie!

Kuba zdjął zaparowane okulary. Zaczął je nerwowo wycierać szalikiem. 

– Może gdybyś nie wdała się w dyskusję o strajku lekarzy, nie obraziła babci i wujka porównaniem ich do działaczy esbeckiej agentury, czy czegoś tam…

– Mam cicho siedzieć? Jak mysz pod miotłą, jak kura domowa? Oczywiście!

Zabrzmiał dzwonek.

Mania nie sprawdziwszy kto jest po drugiej stronie, zamaszystym ruchem otworzyła drzwi. Na wycieraczce stała Sowa w wielkim kolorowym swetrze w renifery. W rękach trzymała kilka książek, które chciała oddać i małą torebkę prezentową. Zaskoczona wściekłym wyrazem twarzy Mani cofnęła się o krok.

– Może ja przyjdę później?

– Nie, nie, wejdź – naukowczyni machnęła szeroko ramieniem, zapraszając ją do środka.

– Na pewno?

– Wchodź.

Kuba bez słowa wyjmował z wielkiej torby kolejne słoiki, paczuszki oraz woreczki wypełnione jedzeniem. Kładł je na blacie kuchni otwartej na pokój. Z perspektywy kanapy, gdzie Sowa usiadła, słoiki wyglądały jak kręgle do przygotowane do gry.

– Chcesz się czegoś napić?

– Nie, dzięki.

– A może sałatki warzywnej? Pasztetu? Piernika? – Mania chwyciła pierwsze lepsze zawiniątko, żeby sprawdzić zawartość. – Albo śledzika?

– Nieźle was obdarowali – Aleksandra uśmiechnęła się lekko, obserwując zmagania Kuby. Właśnie odwijał z trzech foliówek garnek barszczu. – Rodzice?

– Tak – westchnął chłopak. – Za każdym razem myśląc, że jesteśmy biedni i nie mamy co jeść, wyposażają nas w resztki z wigilii.

– To wygląda nie jak resztki, tylko jak uczta dla dziesięciu chłopa.

– No właśnie. Marnowanie jedzenia mają w genach – ton głosu Mani przypominał warczenie psa. 

Zajęła miejsce na kanapie. Z zaplecionymi na piersi ramionami przyglądała się, jak jej chłopak przestawia w lodówce pojemniki z żywnością i usiłuje zmieścić kilkanaście nowych. 

– Przyniosłam ci książki – Sowa usiłując odwrócić uwagę sąsiadki podała jej kilka trzymanych w rękach tomów. – Pewnie dostałaś nowe na święta, więc musisz sprawdzić, czy wam się mieszczą na półkach.

Mania rozplotła ramiona i przyjęła oddane lektury. 

– One się nie mieszczą od dwóch lat – uśmiechnęła się pod nosem. – Dzięki.

– I mały prezencik dla was – Aleksandra uroczyście wręczyła czerwoną torebkę. 

Naukowczyni z ciekawością zajrzała do środka. Wyjęła szklany słoik pełen ręcznie robionych krówek. Sowa przepraszająco rozłożyła ręce.

– Nie wiedziałam, że dostaniecie tyle jedzenia, ale może słodkości nie dostaliście?

Kuba uniósł w górę niewypakowaną jeszcze torbę.

– Cała jej zawartość składa się z cukru, tłuszczu, bakalii i przyprawy do piernika.

– No nic, za rok podaruję wam zioła na trawienie – zaśmiała się Sowa. 

– Coś ty, to świetny prezent. Twoje domowe krówki prędzej zjem, niż przebrzydły sernik teściowej – Mania nieco zniżyła głos.

– Ej! – Kuba znieruchomiał w oburzeniu. Trzymał w rękach pojemnik pełen śledzi. – Ten sernik jest w porządku!

– Jak ktoś lubi grudkowatą, suchą…

– Mania!

– To nie moja wina, że twoja matka jest beznadziejną kucharką, a ma ambicję, jakby jej kuchnia zdobyła pięć gwiazdek Michelin! Wszystko jest za ostre, niedopieczone albo robione w tak dziwny sposób, że Gesslerowa to by ją stłukła drewnianą łopatką po głowie. 

Kuba przewrócił oczami. Burknął coś w stronę lodówki, nie podejmując tematu.

Na prośbę Mani Sowa opowiedziała sąsiadce jak wyglądały ich święta na Chopina. Opisała dostrzeżoną ukradkiem zazdrość Stanisława o jej relację z Marcinem oraz niespodziewany przyjazd dziewiętnastoletniej, niebieskowłosej aktywistki. Przekazała informację o tym, że siostra Gosi w wigilijną noc urodziła zdrowego synka. Posłuchała chwilę o wyjeździe do rodziców Kuby – rodzinie całkowicie oddanej jedzeniu, politykowaniu i kolędowaniu. 

– To ostatnie nawet mi się podobało – zakończyła Mania z uśmiechem. – U mnie nie było takiej tradycji, żeby jeden wujek drugiemu fletem do oka…

Kuba przerwał ten wywód, przynosząc każdej z dziewczyn po kubku herbaty. Usiadł obok nich w fotelu. Z naczyń unosił się razem z parą mocny zapach mięty.

– Oj, moja ty ubarwiaczko wspomnień. Nie było żadnego fletu. Jedna gitara, jeden akordeon i grzechotki.

– Nieprawda. Widziałam flet wujka.

Sowa przyglądała się parze kłócących się o wersję wydarzeń naukowców. Skoro nadal byli razem po trzech przeprowadzkach, dwóch obronach doktoratów i rodzinnych świętach, mogli znać jakiś sekret partnerstwa. Kuba w okularach na czubku nosa, w wyciągniętej szarej bluzie oraz Mania z nieco rozmazanym od wilgoci makijażem i potarganą grzywką, stanowili mimo wszystko bardzo zgrany duet.

– Słuchajcie, mam takie nietypowe pytanie. Jak to się stało, że ze sobą zamieszkaliście?

Sąsiedzi spojrzeli na siebie zdumieni. Kuba odstawił herbatę na stolik.

– Chyba nie mogliśmy inaczej – odpowiedział niepewnie. – Szczerze mówiąc, to nie pamiętam, jak ta decyzja stała się rzeczywistością. 

– Zanim dostałam pracę w Toruniu, Kuba mieszkał w Bydgoszczy u rodziców i ani myślał to zmieniać – Mania przejęła opowieść. – Wygodnie, w dużym domu, zawsze wyprane i posprzątane…

– Ej! Dokładałem się do rachunków! I ogarniałem ogród!

– … aż tu pojawia się znienacka Mania po przerwie spędzonej w Anglii i zawraca mu w głowie. 

– W ogóle jej nie słuchaj. Byliśmy już długo razem, mieszkaliśmy na studiach pięć minut od siebie, to nie, to jej się ubzdurało wyjechać do Manchesteru na pół roku, żeby tam kokosy zarabiać. Kokosy. Chyba wiórki.

– Ale Kuba na mnie poczekał – Mania uśmiechnęła się ze szczerą czułością. – I jak wróciłam, to powiedział swoim najbardziej gburowatym tonem “Wiesz, tyle cię nie było, że musimy to nadrobić. Zamieszkajmy razem.” Tak było.

Sowa napiła się gorącej herbaty z kubka. Myśli w jej głowie galopowały jedna za drugą, lecz wcale nie doganiały tej słodkiej historii. Zatrzymywały się wpadając na siebie i robiąc coraz większy bałagan w głowie.

– No dobrze, czyli to była wasza wspólna decyzja?

Mania wzruszyła ramionami.

– Ja nie miałam się gdzie podziać po powrocie, on chciał wyjść z domu, kochaliśmy się. Nie znam więcej okoliczności tej zbrodni, wysoki sądzie. A czemu pytasz? Dostałaś jakąś propozycję?

Aleksandra pokiwała głową.

– I nie skaczesz z radości?

– Jak widać. Nie wiem, czy to oznacza, że ja nie chcę, żeby on się wprowadził?

– My wtedy też nie skakaliśmy z radości, jeśli cię to pocieszy. Byliśmy zbyt zajęci noszeniem kartonów i kalkulowaniem na co nas stać – widząc nieprzekonaną minę Sowy, Mania dotknęła ręką jej ramienia. – Przemyśl to, zanim się zgodzisz, bo to oznacza, że zobaczysz jego majtki w iście nieromantycznej perspektywie.

Kuba roześmiał się. Klasnął w uda, wstał z fotela kierując się w stronę worka pełnego słodkości przygotowanych przez mamę.

– To co, dziewczyny. Serniczka?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *