73. Świat jest mały

Gosia z przerażeniem patrzyła na tył autobusu, który właśnie znikał w ciemności zimowego wieczoru. Jej przyspieszony od biegu oddech zamieniał się w mroźnym powietrzu w duże obłoki pary, gdy zwalniała tempo na jezdni pokrytej cienką warstwą śniegu. Zrezygnowana oparła się rękoma o kolana i zakaszlała. 

Wyprostowała się i rozejrzała wokół z wściekłością. Bez szczególnego pomysłu na to, co dalej, wróciła pod dach przystanku, przyklejony do wejścia na teren wojskowej jednostki. Niemal zamachnęła się nogą, żeby kopnąć w śmietnik, ale w końcu zrezygnowała. Cisnęła torebkę na prostokątną ławeczkę zbudowaną wokół filara. Obiecała sobie w duchu, że nieważne jak przekonujący nie będzie informator, jak bardzo będzie ją kusiło, by zrobić dobry materiał, jakąkolwiek wyznaczy sobie nagrodę za wyczyn – już nigdy jej stopa nie postanie po tej stronie Wisły. 

Poprawiła niedopięty płaszczyk i ciaśniej zawinęła się ogromnym szalikiem, który pożyczyła od Sowy na tę wyprawę. Z perspektywy radiowego biurka dwie godziny w towarzystwie żołnierza oprowadzającego po starym forcie wydawały się być ekscytującą wycieczką. Jednak kiedy tylko po wejściu na teren XIX-wiecznej fortyfikacji owionęło ją zimno, zapach stęchlizny i wilgoci, a umundurowany mężczyzna z (jego zdaniem) zachęcającym uśmiechem oświadczył “Ze mną się tu nie zgubisz”, poczuła się niepewnie. Przemierzała budowlę z mieszanką strachu, ekscytacji oraz przemożnego pragnienia, by wyjść. Nagrała całkiem ciekawy materiał, choć wiedziała, że parę razy zadrżał jej głos. Latarka wydobywała na światło tylko część dużego obiektu, więc resztę dopowiadała jej bujna wyobraźnia i zachowane w pamięci zdjęcia obejrzane wcześniej w Internecie. Przyprószony śniegiem fort, noszący ślady różnych działań wojennych, przypominał jej scenografie filmów, w których zawsze działo się coś traumatycznego dla bohaterów. Z ulgą chowała dyktafon do kieszeni i opuszczała jednostkę wojskową pewna, że zdąży na autobus. 

Kiedy w zimowej ciszy siedziała na przystanku, wspomnienie innych wydarzeń w jednym z toruńskich fortów przywołało nagle jeszcze silniejsze emocje. Ciaśniej zaplotła ramiona, głębiej schowała podbródek w miękki szalik. Choć przed jej oczami pojawiły się wielkie płatki bezszelestnie padającego śniegu, w swojej głowie przeniosła się do czerwca po zakończeniu matur. Razem ze znajomymi z klasowej paczki urządzali ognisko połączone z piciem wina w ruinach fortu niedaleko lotniska. Wszędzie pełno było zapachu kwitnących krzewów, zieleń trawy młoda i naiwna pokrywała resztki kruszącej się czerwonej cegły. Jej ówczesny chłopak miał na imię Rafał i bardzo jej imponował. Przodował w matematyce i całowaniu, a w trakcie imprezy po drugim piwie potrafił śpiewać zmyślone piosenki. Po zmroku oderwali się we dwoje od grupy, żeby chwilę pobyć na osobności. Upleciony przez koleżankę Gosi wianek poluzował się na jej głowie i ciągle przekrzywiał, gdy zbiegali w dół, trzymając się za ręce. Powoli szli w stronę ściany pokrytej graffiti. Gosia czując jak mocno bije jej serce, oparła się plecami o cegły i zalotnym spojrzeniem zachęciła Rafała, by znalazł się tuż obok. Już mieli zacząć całować się z pasją, kiedy z wnętrza ciemnego, łukowatego otworu po ich lewej stronie dobiegł jęk. Był tak dziwny, że początkowo go zignorowali, ale powtórzył się jeszcze dwa razy. Gosia zacisnęła rękę na ramieniu Rafała i przerażony wzrok wbiła w jego twarz. Chłopak nie miał niczego, czym mógłby poświecić w stronę jęczącej jamy, więc powoli wycofali się kilka kroków i z tej odległości zawołali, czy ktoś jest w środku. Tym razem jednak odpowiedziała im cisza. 

Zaniepokojeni wrócili do grupy przyjaciół siedzącej przy ognisku. Opowiedzieli historię, jednak nikt nie potraktował ich poważnie. Rafał pożyczył od kogoś latarkę, by zobaczyć, czy na pewno to wszystko tylko im się przywidziało. Zanim wrócili zobaczyć ceglaną wnękę w świetle latarki, człowiek musiał się ulotnić. Zostały po nim tylko puste butelki, parę śmierdzących szmat i krople krwi na ziemi. Dwa dni później martwego człowieka w tym samym miejscu znaleźli toruńscy harcerze, którzy urządzali grę terenową na zakończenie roku szkolnego. 

Gosia głęboko westchnęła, a obłoczek pary wzbił się w ciemną noc. Śnieg zaczynał padać coraz gęściej. Pod snopem pomarańczowego światła latarni wyglądało to bajkowo i nieco uspokoiło dziewczynę mimo jej żałosnego położenia. Wahała się przez chwilę, czy nie szarpnąć się na taksówkę. Przeanalizowała w głowie swoje ostatnie wydatki i zacisnęła zęby. Może gdyby przez ostatni tydzień nie zamawiała codziennie jedzenia do pracy… To wszystko wina Igora, to on z szelmowskim uśmiechem przychodził do jej biurka i sugerował, że nie opłaca się dzwonić po pizzę tylko dla jednej osoby.

A właśnie.

Odblokowała telefon i odszukała numer kolegi. Po kilku sygnałach odebrał.

– Cześć, Gosieńko. Cóż to za zaszczyt mnie kopnął, że dzwonisz?

– Masz niezwykłą okazję wyratować mnie z opresji i nabić sobie punktów w księdze dobrych uczynków.

– Ale ja nie zbieram żadnych dobrych uczynków, szczerze mówiąc od zawsze jestem bardziej zainteresowany tymi złymi – roześmiał się mężczyzna.

Gosia zmarszczyła brwi. Wstała i zaczęła chodzić wokół filara. 

– Utknęłam pod jednostką wojskową. Następny autobus mam za godzinę. Czy możesz przyjechać i podwieźć mnie do centrum? Błagam. Serio, błagam. Jesteś aktualnie jedyną osobą z samochodem w Toruniu, do której mogę zadzwonić.

– Co ty robisz pod jednostką wojskową?

– Reportaż – wysyczała Gosia przez zęby. 

Igor znów się roześmiał. 

– Dobrze, przyjadę po ciebie. Gdzie dokładnie jesteś?

– Na pętli, na przystanku. Nie przeoczysz mnie, wyglądam jak ludzik Michelin w tych wszystkich warstwach. 

– Twoja karoca już niedługo przyjedzie, księżniczko. Pa!

– Pa.

Gosia zadowolona z załatwionej podwózki usiadła na kwadratowej ławeczce. Czy faktycznie nie znała nikogo innego, kogo mogłaby poprosić o przyjechanie po nią samochodem? Nie chciała pytać o to swojego taty, na pewno zresztą jeszcze był w pracy. Siostra? Choć jeździła jak szatan i korzystała z każdego powodu, by użyć auta, z maleńkim dzieckiem oczywiście nie ruszała się z domu. Marcin wrócił kilka dni wcześniej do Warszawy, a państwo doktorstwo ani żadne z najbliższych znajomych po prostu nie miało samochodu. Jej dawna przyjaciółka Ania zrobiła prawo jazdy, ale nie ruszała mężowskiego mercedesa nawet z podjazdu. Kiedyś zadzwoniłaby oczywiście do Maćka…

Co jakiś czas Gosia nadal łapała się w pół myśli na tym, że wspomina byłego chłopaka z sentymentem podszytym bólem. Maciek nie próbował się z nią kontaktować, nie pojawiał się na Chopina. Raczej trzymał się z daleka od siostry Gosi, z którą przyjaźnili się i byli przecież na jednym roku studiów. Każda myśl o Maćku przynosiła jej przykrość, ale w jakiś dziwny sposób sprawiała jednocześnie, że dziewczyna przyklejała się do wspomnienia. Było jej wtedy bardzo trudno wrócić do teraźniejszości.

Przez chmurę wirujących płatków śniegu przebiły się reflektory samochodu. Ciszę zmącił dźwięk silnika. Gosia podniosła opuszczoną głowę i zobaczyła parkującego tuż przed jej nosem czarnego Forda. Igor pomachał jej z siedzenia kierowcy.


– Nie ma takiego słowa!

– Jest, sprawdziłem w oficjalnym słowniku.

Gosia uniosła brwi z powątpiewaniem. Odsunęła się od planszy Scrabble i oparła się o miękkie poduszki na granatowej kanapie. W mieszkaniu Igora siedzieli już dwie godziny, choć miała po drodze zabrać tylko pudełko z jakimiś rzeczami do przekazania Czarnemu następnego dnia w pracy. 

– O, proszę – Igor prawie podetknął dziewczynie pod nos swój telefon, na ekranie którego wesoła buźka potwierdzała jego ruch w grze. – Widzisz? Jest takie słowo.

– No dobra. Co, to już tak późno? – Gosia przyjrzała się drobnym cyferkom pokazującym, że jest wpół do dziesiątej. – Nieźle sobie pograliśmy.

– Chcesz się zbierać?

– Myślę, że jak mam jutro bez ciebie sama prowadzić poranek, to tym bardziej powinnam mieć w głowie trochę mózgu o szóstej – odpowiedziała brunetka, sięgając po sweter. 

Wyszli razem z mieszkania w śnieżną zamieć. Gosia trzymając w rękach kartonowe pudełko wgramoliła się na siedzenie pasażera w czarnym aucie. Stojąc na przystanku parę godzin temu była przekonana, że nie da się uratować tego wieczoru. Jednak udało się. 

W towarzystwie redaktora z porannej audycji czuła się coraz swobodniej. Teraz już bezbłędnie umiała rozróżniać jego poważny ton od żartów, co na początku sprawiało jej ogromną trudność. Miała wrażenie, że z każdą spędzoną we dwoje godziną zatapia się bardziej w jego barwnej osobowości, a czas przepływa obok, zupełnie o nich nie zahaczając. Rozglądając się po mieszkaniu kolegi z pracy Gosia zauważyła, że brakuje w nim nie tylko fizycznej obecności jego żony. Podobno znów przesiadywała w pracy. Jakiś głosik w głowie młodej dziennikarki podpowiadał jednak, że zazwyczaj nie zabiera się z domu do roboty każdej oznaki zamieszkania, łącznie z kosmetykami w łazience. 

– To co z tym fortem?

– Którym? – wyrwana z zamyślenia Gosia spojrzała na kierującego pojazdem Igora.

– Tym z czasów liceum. Jakąś drugą historię miałaś mi jeszcze opowiedzieć.

– A, tak. Pamiętasz jak znaleziono ciało człowieka w czerwcu? Jakaś drużyna harcerek odkryła je w forcie. My ze znajomymi imprezowaliśmy tam dwa dni wcześniej. 

Zanim Gosia dokończyła wszystkie wątki, Igor z błyskiem w oku wtrącił, że wie, o czym mowa.

– To była moja pierwsza większa radiowa sprawa. Wysłali mnie tam w trzecim dniu pracy, żebym rozmawiał z policją i świadkami. Ja też nie zapomnę tego czerwca. Sam nie wiedziałem, czy po tym wszystkim nadal chcę zbierać informacje od bucowatych policjantów i roztrzęsionych drużynowych. Widzisz – westchnął Igor, parkując pod kamienicą na Chopina. – Świat jest mały. A Toruń, to już w ogóle.  


Gosia wpadła do radia z impetem i natychmiast zaczęła rozpinać płaszcz. Zrzuciła czapkę i rękawiczki, zupełnie nie trafiając nimi tam, gdzie chciała. Na krześle przy biurku położyła torebkę, a pudełko od Igora na biurku. Redaktor Czarny pojawił się w polu widzenia z kawą w jednej ręce i wydrukowanymi materiałami w drugiej. 

– Wchodzisz za pięć minut – powiedział szorstko. Podał jej kartki oraz pachnącą filiżankę. 

Małgorzata Swadźba z wdzięcznością odebrała te królewskie dary, wyprostowała się i odchrząknęła.

– A, to pudełko jest od Igora dla ciebie – rzuciła, obracając się na pięcie. 

– Co w nim jest?

– Nie wiem.

Dziewczyna już postawiła pierwszy krok w stronę studia, kiedy usłyszała za plecami głos Czarnego.

– Pewnie jakieś rzeczy do oddania Kasi.

– Do oddania? – zatrzymała się.

– No tak – redaktor podniósł pudełko. – Są w separacji, nie wiesz? 

Gosia przez chwilę stała w miejscu, czując się jednocześnie zaskoczona tą informacją i dumna z siebie, że przeczuwała ją wcześniej na jakichś głębszych poziomach świadomości.

– Do studia marsz! – zawołał Czarny, lekko pochylając się w stronę koleżanki. – Wchodzisz za cztery minuty!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *