74. Skarpetki

Sowa w pierwszej chwili nie zrozumiała tego, co powiedział lekarz. Nie dlatego, że mówił niewyraźnie – jak na ponadsiedemdziesięcioletniego faceta, zdawał się być całkiem komunikatywny. 

– Halo, proszę pani? – oparł się rękami o blat biurka, na którym w eleganckich stosach piętrzyły się notesy od firm farmaceutycznych. – Powtórzyć?

– Jak to „w ogóle nie dźwigać”? Przecież muszę czasem sobie zrobić zakupy. Ile dokładnie kilo mogę podnieść? 

Mężczyzna przewrócił oczami, a potem westchnął. Gdyby były jeszcze jakieś inne błyskawiczne sposoby wyrażania dezaprobaty i zniecierpliwienia, na pewno by ich użył.

– Jak już pani tak bardzo chce znać dokładną liczbę, to mogę powiedzieć, że około kolograma. Albo najwyżej trzy. Musi pani żyć spokojnie.

Dziewczyna zacisnęła rękę na ramieniu torebki, którą trzymała na kolanach. 

– Co to znaczy „spokojnie”?

– No po prostu spokojnie. Wolniej, niż dotychczas.

Sowa przez chwilę obserwowała lekarza, który zaczął klikać na komputerze stojącym na biurku. Oczywiście sam zakaz dźwigania nie przekreślał w jej życiu prowadzenia hostelu ani śpiewania z weselnym zespołem w sezonie ślubnym. Nie zamierzała też używać swojego zepsutego kręgosłupa do sportów powszechnie uznawanych za ekstremalne, a tak naprawdę nawet do większości zwykłych aktywności fizycznych. Mimo to poczuła się, jakby jakieś drzwi usiłowano jej właśnie zatrzasnąć przed nosem, bez możliwości ich ponownego otwarcia. 

– Coś jeszcze chce pani wiedzieć? – neurolog znów oparł się o biurko i spojrzał na Sowę z niechęcią. – Czy mogę już przyjąć kolejnego pacjenta?

– Oczywiście, że chcę więcej wiedzieć – wypaliła dziewczyna natychmiast. – Ile kilometrów mogę przejść, żeby nic sobie nie uszkodzić? Czy powinnam jeszcze zrobić jakieś dodatkowe badania? W czym dokładnie muszą mi pomagać inni ludzie? W jakich czynnościach?

Lekarz pokręcił głową. Wbił wzrok w ekran swojego monitora. 

– Na przykład nie może się pani za mocno schylać, więc ktoś powinien pani pomagać założyć skarpetki. Na pewno ma pani kogoś takiego. Tak, żeby był obok na co dzień.

Sowa natychmiast poczuła, jak falą wzbiera w niej gniew. 

– Nie, proszę sobie wyobrazić, że nie mam kogoś takiego.

– Och, doprawdy? – mężczyzna ledwie zauważalnie uniósł kąciki ust, jakby odpowiedź i reakcja dziewczyny go rozbawiły. – Taka młoda kobieta jak pani nikogo nie ma? No niemożliwe. Nie wierzę. 

– To ile kilometrów mogę przejść? 

– Tyle, ile będzie pani w stanie. – gdy cisza przedłużała się, a Sowa ze złością świdrowała lekarza spojrzeniem, dodał: – Będzie pani sama wiedziała, kiedy kręgosłup panią rozboli. Ma pani pracę siedzącą?

– Raczej nie.

– To dobrze. Nie powinna pani siedzieć na krześle dłużej, niż czterdzieści pięć minut. Wstać, pochodzić chwilę co jakiś czas. Proszę się oszczędzać, bo na rehabilitację na NFZ nie ma pani co liczyć. To znaczy oczywiście można próbować, ale nie wiem, czy jest sens tyle czekać. Prędzej pani umrze. Lepiej od razu prywatnie. 

Sowa głęboko westchnęła. 

Oto w poniedziałkowy poranek znalazła się w gabinecie starego neurologa, który wyśmiewał jej brak partnera życiowego bądź bliskiej osoby, unikał konkretnych odpowiedzi na pytania, zalecał żyć „po prostu spokojnie” i odradzał publiczną ochronę zdrowia, której był przedstawicielem. Widząc, że nie wyciśnie z niego więcej informacji, przeskanowała w głowie znajomych, którzy mogą mieć jakiekolwiek powiązania z medycyną. Była jakaś szansa, że uda się tą nieoficjalną drogą przyspieszyć proces leczenia. 

– Czy to już wszystko? – mężczyzna ponaglił zamyśloną Sowę.

– Tak.

Słowo „dziękuję” zatrzymało się i nie przeszło jej przez gardło, gdy zobaczyła, jak mężczyzna ruchem dłoni dosłownie wygania ją z gabinetu. Kolejna fala gniewu przetoczyła się przez jej serce. Powoli wstała, rzuciła stłumione „do widzenia” i wyszła na korytarz przychodni. Pokaźna kolejka ludzi zgromadzonych przed drzwiami, niczym wielki potwór o kilkunastu głowach, czujnie zmierzyła ją spojrzeniami. Sowa mimo obolałych pleców szybko przemierzyła przychodnię i wyszła na dwór. Sięgnęła najpierw po papierosa. Zanim rzuci się w wir załatwiania spraw, musiała zebrać myśli. Patrzyła na drzewa kołyszące się obok budynku na silnym wietrze. Osłonięta przez wiatę nie czuła zimna, ale poruszające się gałęzie współgrały z jej nastrojem i powoli uspokajały. Kiedy skończyła palić, plan działania wydawał jej się trochę bardziej klarowny. Wyciągnęła z kieszeni kurtki telefon. Mimo, że miała już listę potencjalnych znajomości wśród dawnych znajomych i krewnych związanych z leczeniem ludzi, najpierw postanowiła działać w innej sprawie. Wybrała numer Gosi. 

– No halko, co tam? 

– Cześć. Czy masz ochotę zrobić złośliwy reportaż?


– Z okazji tego wszystkiego powinnam coś upiec. W końcu to całkiem przełomowe wydarzenie, dowiedzieć się, że twój kręgosłup nie nadaje się niczego, a rehabilitacja może niewiele pomóc i jest dostępna tylko w wersji prywatnej.

Gosia wrzuciła do sklepowego wózka dodatkową paczkę mąki. 

– Jeśli zrobisz faworki albo pączki, to może kilka zabiorę do pracy w czwartek?

Sowa spojrzała na przyjaciółkę z powątpiewaniem.

– Chyba nie wierzysz, że dotrwają do czwartku.

Szły pomiędzy alejkami zastawionymi przetworami i makaronem. Obie wrzucały do koszyka kolejne produkty, a przepychający się obok ludzie mijali je w pośpiechu. 

– Ile tych wziąć? – Gosia pokazała palcem na puszki pełne pomidorów. – Dwie?

– Weź trzy – Sowa sprawdziła na liście, czy z tego działu potrzebują jeszcze czegoś. – Staś przyjeżdża za dwa dni, więc przyda się nieco więcej. 

– Już zdecydowałaś, czy chcesz, żeby zamieszkał na Chopina?

Przejechały kawałek dalej w stronę mrożonek, a Sowa z nieco ponurą miną zajrzała do lodówki wypełnionej kolorowymi paczkami z warzywami.

– Nie mam już żadnych powodów, by przedłużać czas na podejmowanie decyzji…

– Wystarczy, że stwierdzisz „nie jestem gotowa”. Jeśli nie jesteś, oczywiście.

Aleksandra sięgnęła po mrożony groszek. Wrzuciła go do wózka prosto na mąkę i puszki.

– Jestem bardziej, niż gotowa. Obawiam się tego, co się stanie, gdy Stanisław stwierdzi, że jednak mu nie odpowiada taki układ – zamilkła na chwilę. – Rozumiesz? Albo gdy mimo wszystko znów zacznie znikać bez odpowiedzi. Tak jak na początku. 

– Mówił, że to było związane z pracą, nie z jakąś inną dziewczyną, prawda?

– Tym gorzej. Praca bardzo go wciąga, trochę fanatycznie ją traktuje.

– Spoko. Ja moją też.

Gosia zatrzymała się przed lodówką z gotowym jedzeniem. Po krótkim przeskanowaniu opcji i promocji wrzuciła do koszyka warzywną zupę z kończącym się terminem. Sięgnęła jeszcze po dwie bagietki do upieczenia. 

– To zanim twój Staś przyjedzie, musimy przegadać, które półki w łazience będą jego, czy dostanie nasze hasło do netflixa… – młoda dziennikarka wymachiwała bułkami w powietrzu. – Trzeba jakoś opracować grafik nieblokowania sobie nawzajem łazienki rano, uzgodnić że będzie sprzątał tyle samo co my, dokładał się do rachunków, opuszczał klapę po sikaniu i w ogóle…

Sowa roześmiała się. Gosia wrzuciła bagietki do wózka. 

– No co, przecież to są bardzo ważne rzeczy! Trzeba o tym rozmawiać zanim się pojawią kłopoty, okruszki i inne takie. I w razie gdyby się okazało, że z jakiegokolwiek powodu to mieszkanie razem ci jednak nie odpowiada, możesz na mnie liczyć. Ja wiem, że masz w głowie również najczarniejsze scenariusze i to na nich najbardziej lubisz się skupiać. Więc nie martw się. Jak zachowa się żle i trzeba będzie, to nawet mu wywalę walizki przez okno w twoim imieniu. W końcu nie możesz dźwigać.

Kilka produktów i alejek  później dziewczyny stanęły przed półką z winem. Aleksandra czuła, że w obliczu znaczącej życiowej zmiany, jaką miało być zaproszenie Stanisława do wspólnego mieszkania, chce jakimś dobrym rytuałem podkreślić, jak ważna jest dla niej przyjaźń z Gosią. Sięgnęła po gruzińskie wino i zaprezentowała butelkę z poważną miną.

– Mój kręgosłup nie działa, ale i tak możemy dziś wieczorem świętować. Co ty na to?

– Będziemy celebrować rychły koniec kariery pewnego okropnego lekarza – uśmiechnęła się złośliwie Gosia. – Wzięłyśmy jakiś popcorn? Może coś jeszcze obejrzymy do tych pączków i wina?

– Koniecznie. 

Ponieważ Sowa miała możliwość niesienia tylko papieru toaletowego i przypraw, cały ciężar zakupów spadł na Gosię. Dysząc, przystając co parę schodów, rzucając przekleństwami dotarła w końcu pod drzwi mieszkania na Chopina. Zrzuciła w kuchni wielkie wory z kartonami mleka, butelkami, warzywami oraz mąką. 

– Wiesz, co – wysapała Gosia, gdy Sowa pojawiła się w progu pomieszczenia. – Teraz to już się nie mogę doczekać, aż Staś tu będzie. 

– Twoi koledzy z pracy by powiedzieli, że to wybiórczy feminizm – Sowa położyła klucze na stole i zaczęła wypakowywać zakupy z siatek. – Znasz ten idiotyczny argument o wnoszeniu lodówki na czwarte piętro, że niby wtedy się kończy równouprawnienie.

Gosia wydęła usta. 

– W tym przypadku w ogóle nie chodzi mi o płeć. Równie bardzo cieszyłabym się, gdyby zamieszkała z nami jakaś dziewczyna wyznająca crossfit i robiła z nami zakupy. 

Sowa schowała bagietki do lodówki. Odwróciła się w stronę przyjaciółki. 

– Z całym szacunkiem dla dziewczyn oraz crossfitu, wolę, żeby to Staś pomagał mi z tymi skarpetkami. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *