75. Czarny las

Karolina razem z Irene jako ostatnie weszły na rusztowanie. Zostały już z niego zabrane brudne narzędzia, materiały i wszystko, co było potrzebne w procesie odnawiania fresków oraz stiuków. Z aparatami fotograficznymi dziewczyny wspinały się na najwyższy poziom. Mijały miejsca, gdzie przez ostatnie miesiące spędziły długie godziny, wdychając zapachy odczynników i pył od szlifowania. Odkurzacz wciągnął wcześniej złote skrawki folii, zmiecione pędzlem ze złotych ornamentów. Wszystko wyglądało czysto, świeżo, jakby dopiero co ekipa twórców sprzed kilku wieków oddawała miejsce do klasztornego użytku.

– Ależ to była przygoda – westchnęła Irene. Zrobiła próbne zdjęcie i spojrzała na wyświetlacz. Poprawiła ustawienia, żeby wydobyć wszystkie barwy fresku. – Aż nie wiem, czy się po niej odnajdę z powrotem w domu.

– Wracasz prosto do siebie? Do rodziców? – zapytała Karolina.

– Jeszcze nie wiem, do którego z nich – Irene przeskoczyła zwinnie w bok na kolejną część rusztowania. – Mama chętnie by mnie zobaczyła, ale nie mam tam na wsi co robić. Mogę tylko uprawiać legendarne sycylijskie pomidory. A u taty… Niby spoko, bo to Mediolan i mam tam znajomych ze studiów, ale w pakiecie jest spotykanie codziennie jego napuszonej żony, która ewidentnie ma ze mną problem. 

Karolina oderwała na chwilę wzrok od tego, co uchwycił jej aparat. Spojrzała na spokojną twarz koleżanki. Włoszka ubrana w wielki, ciepły sweter w nordyckie wzorki, zwinnie przeskoczyła na kolejną część rusztowania. 

– Myślisz o tym, na jaki kolejny projekt jechać? Czy będziesz szukać pracy? – zapytała Polka. Skierowała obiektyw aparatu na złotą ramę okalającą fresk. 

– Na razie chcę nabrać perspektywy, zobaczyć się z przyjaciółmi. A potem się zobaczy.

Każda z osób biorących udział w odnawianiu klasztornego sklepienia miała jakiś inny plan na dalsze życie. Kris już zacierał ręce na wyjazd do Francji – znajomy poinformował go o kilkutygodniowym projekcie dotyczącym historii romańskiej katedry. Hanka zamierzała wrócić do domu, gdzie z robotą czekały na nią dwie koleżanki z uczelni, prowadzące od niedawna pracownię odnawiania obrazów oraz mebli. Calin i Theo chcieli po prostu zrobić sobie kilka tygodni przerwy od pracy czy wyjazdów. Z tego, co Karolina zdołała się dowiedzieć przez ostatnie pół roku, żadne z nich nie przejmowało się znalezieniem niezależnego, stałego, przypisanego do konkretnego miejsca źródła dochodów. Żadnemu z nich nie zaglądał w oczy strach, że aby przeżyć, za chwilę będą musieli na śmieciowej umowie sprzedawać na dworcu zapiekanki. Choć byli mniej więcej w tym samym wieku, co jej polscy znajomi ze studiów, nie spinali się rozmawiając o przyszłości. Porównując ich w głowie do absolwentów konserwacji albo ochrony dóbr kultury, Karolina nie mogła przestać się dziwić. Żyła dotychczas w przekonaniu, że na odnawianiu zabytków lub tworzeniu naukowych publikacji o nich nie da się oprzeć w całości swojej zawodowej kariery. Widocznie w innych państwach w Europie była jakaś szansa, że wiedzę o datowaniu kolumny można zamienić na mieszkanie i obiad. 

– Przynajmniej wy się tak zachowujecie, jakby to wszystko było proste, wiesz? – wołała do Krisa, przekrzykując głośną muzykę na pożegnalnej imprezie. 

– Czasem jest, czasem nie!

Żeby nie denerwować sióstr zakonnych, wynajęli na weekend drewniany domek w głębi lasu. Nawet Gianni przyjechał do nich na parę godzin, by zatańczyć na stole jak prawdziwy koordynator unijnego projektu dla młodych, poważnych ludzi. Zaopatrzeni w kraty niemieckiego piwa, zamierzali przez dwa dni cieszyć się swoim towarzystwem po raz ostatni.

– Chodź na chwilę na zewnątrz! 

Kris chwycił Karolinę za nadgarstek i bez czekania na odpowiedź pociągnął ją w stronę drzwi. Po drodze zabrali kurtki i nieotwarte jeszcze butelki jasnego piwa. 

Dziewczyna zorientowała się po fakcie, że przez przypadek wzięła ze sobą płaszcz Calina. Był tak wielki, że mogła się nim owinąć dwa razy. Śmiejąc się, wyciągnęła przed siebie ręce, by w długich rękawach odnaleźć dziury na dłonie. Założyła na głowę kaptur i spod niego spojrzała na Austriaka, który zamykał drzwi domku. Był trochę bardziej wstawiony, niż ona. 

– Widzisz, to wszystko jest proste – powiedział z błogim uśmiechem, odrobinę przeciągając ostatni wyraz. – Tak jak niejedzenie mięsa. Wydaje się niemożliwe, ale zazwyczaj to tylko kwestia perspektywy. Spróbowałaś go nie jeść już trzy tygodnie temu i co?

– I nie tęsknię. No, może za tą pieczenią, którą siostry serwowały w okolicach świąt.

Chłopak wyciągnął z kieszeni otwieracz, żeby zdjąć kapsle. W ciszy ciemnego lasu wybrzmiał brzęk dwóch butelek, którymi się stuknęli. Po tym milczącym toaście Karolina poprawiła opadający kaptur. 

Światło padające z okna wydobywało pierwszą linię drzew tuż obok domku. Śnieżna warstwa na ziemi pełna była śladów zwierząt. Charakterystyczne dla kopyt wgłębienia w białym puchu znikały gdzieś pomiędzy świerkami, zostawiając dalszy ciąg wyobraźni obserwatora. Oparci o barierkę werandy Karolina i Kris patrzyli razem w głębię Szwarcwaldzkiej puszczy, każde zatopione we własnych myślach. 

– Byłaś kiedyś w Wiedniu? 

– Mmm? – dziewczyna akurat przełykała piwo, więc nie od razu odpowiedziała. – Przejazdem. Dlaczego pytasz?

– A bardzo ci się spieszy do Polski?

Karolina postawiła butelkę na barierce. Spod opadającego kaptura uśmiechnęła się do Austriaka. 

– Nie bardzo. 

– Bo wiesz, możesz kupić bilety na przykład stąd do Wiednia i stamtąd do Szklarskiej Poręby. Nie wiem, przez Pragę, albo jakoś tam, jak ci będzie wygodnie. Za wszystkie przejazdy i tak dostaniesz zwrot z projektu, tylko nie możesz przekroczyć trzech dni – powiedział chłopak szybko. 

– Ty to się znasz na wyciąganiu pieniędzy z Unii. Zapraszasz mnie na wycieczkę? 

– Nie… A może tak – Kris mimo zaróżowioych od zimna policzków zrobił się jeszcze bardziej czerwony na twarzy. – Tam jest mnóstwo świetnych miejsc, które musisz zobaczyć! Serio. Jak nie byłaś, to…

Drzwi do domku otworzyły się z hukiem. W progu stanął Calin. 

– Tu jesteście, gołąbeczki! – zagrzmiał. – Moja kurtka też tu jest.

– Już ci ją oddaję.

Karolina zaczęła zdjemować okrycie, ale chłopak podszedł bliżej i przerwał jej. Przykucnął i usiłował wsadzić dłoń w jeden z rękawów. Dziewczyna zaniosła się śmiechem. 

– Nie, nie, nie musisz, widzisz, zmieścimy się razem! 

 

Kilka godzin później po wesołej biesiadzie nie było już śladu. Karolina jako ostatnia chodziła po wszystkich pomieszczeniach i gasiła światła. Z przyzwoitości wyuczonej w czasach studenckich imprez na Chopina, znosiła różne naczynia do kuchni, wycierała rozlane plamy. Przyjemny szum w głowie zastąpiło dojmujące zmęczenie. Ciężko wchodziło jej się po schodach na piętro domku, ale uśmiechała się pod nosem, czując, że zapamięta ten czas spędzony w Niemczech jako pełen dobrych wrażeń.

Łóżko, które wcześniej zaklepała jako swoje, zajął już Theo. Zajrzała do innego pokoju, gdzie na ogromnym małżeńskim łożu zobaczyła śpiące po dwóch stronach Hankę i Irene. W kolejnej sypialni było całkiem ciemno, ale dochodziło z niej chrapanie przypominające pociąg parowy z trzynastoma śpiącymi niedźwiedziami. Pokręciła tylko głową i poszła po kolejnych kilku schodkach na strych, gdzie pamiętała, że na strudzonych imprezowiczów czekał ostatni materac do spania. 

Tak jak się spodziewała, pod kraciastym kocem leżał Kris. W świetle padającym z korytarza Karolina widziała, jak równo podnosi się i opada jego bok. Dziewczyna podeszła do posłania. Zdjęła z okulary z nosa kolegi. W sennym lub nieco pijackim  zamroczeniu musiał zostawić je na twarzy. Niewiele myśląc, Karolina wsunęła się pod ten sam koc i zamknęła oczy. Poczuła jak ciepło rozlewa się po jej ciele, wszystkie mięśnie nareszcie się rozluźniają. Cisza puszczy i zapach drewna wpłynęły na nią jak środek usypiający o natychmiastowym działaniu. Zanim odpłynęła, miała jeszcze wrażenie, że czyjeś ciężkie, dobre ramię otacza ją i przyciąga do siebie. 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *