80. Otwarcie

Sowa oparta o parapet hostelowego okna wdychała świeże, wiosenne już powietrze. Kasztany rosnące przy ulicy Chopina powoli pęczniały z chęci wypuszczenia liści i coraz szybciej toczyły świeże soki gdzieś pod korą. Nad miastem przesuwały się popołudniowe chmury, a pod nimi tramwaje i samochody odbijały ten ruch jak lustro. Z powodu korków na Placu Rapackiego pojazdy wcale nie przesuwały się szybciej, niż obłoki. 

Aleksandra zamknęła okno i rozejrzała się po pomieszczeniu recepcji. Zadowolona z efektu przeszła do pokoju wspólnego, gdzie rozrzucone na starej sofie poduszki przykrywały przetarcia tkaniny. Postawione wzdłuż drewnianego blatu krzesła (każde inne) czekały na ciężkie lub chude tyłki gości. Wydrukowane na szybko zdjęcia znajomego fotografa prezentowały się wspaniale na ścianie, zakrywając miejsca zniszczone przez ekipę wnoszącą meble. WiFi unosiło się w powietrzu razem z zapachem świeżej pościeli na łóżkach i odrobiną środków dezynfekujących z kantorka z miotłami.

Wszystko wydawało się gotowe na otwarcie. 

– Tylko ja chyba nie jestem gotowa – powiedziała Sowa do kuzynki, która z okazji wielkiego święta przyjechała do Torunia i zamierzała całość relacjonować na swoim popularnym koncie na instagramie. 

Sonja rozparta na czerwonym fotelu w kuchni podniosła kubek z kawą w powietrze, jakby to był co najmniej kieliszek szampana. Jej długie nogi przewieszone przez oparcie również trochę się uniosły.

– Na takie rzeczy nigdy się nie jest do końca gotowym – oznajmiła z uśmiechem. 

– My nadrobimy za ciebie – zapewnił Sowę Marcin, który również postanowił wyrwać się z Warszawy i przyjechał razem z modelką. – Z przyjemnością przejmiemy funkcję robienia z siebie widowiska, tego możesz być pewna.

Sowa położyła klucze do hostelu na kuchennym stole.

– Widowiskiem, to ma być muzyka prosto z Jamy – powiedziała, siadając obok kuzynki. – Na szczęście wszyscy mają wolny wieczór i nawet pan mecenas przyjdzie z klarnetem na poddasze, tylko musimy w tym czasie pilnować jego psa.

– Ale to będzie super! – Sonja odstawiła kubek i klasnęła w dłonie. – O której dokładnie zaczynamy? 

– O dwudziestej. 

Z kieszeni spodni odezwał się telefon Sowy. Odebrała, porozmawiała chwilę z kimś i jeszcze w trakcie uprzejmych pożegnań znowu chwyciła hostelowe klucze ze stołu.

– Pierwsi goście – wyjaśniła szybko. – Pierwsi goście. Muszę iść im otworzyć. Goście!

– No idź, idź! Bo cię te nerwy rozsadzą – roześmiała się Sonja.


Continue Reading

79. Reakcja alergiczna

– Boże, on chyba przestał oddychać – Ania odchyliła niebieski kocyk, którym piętnaście minut wcześniej w pośpiechu owinęła swojego synka. W półmroku panującym w taksówce trudno było mieć pewność, ale buzia dziecka wydawała się sina.

– Na pewno nie – Gosia mocno ścisnęła ramię siostry i w panice spojrzała przez okno samochodu. – Już jesteśmy, więc zaraz wszystko sprawdzą lekarze.

Taksówkarz zahamował z piskiem opon. Ania wystrzeliła ze środka i z niemowlęciem w nosidełku popędziła w stronę wejścia do szpitala. Poły jej długiej kurtki furkotały na wietrze. 

– Dwadzieścia trzy złote – taksówkarz odwrócił się w stronę Gosi, która nerwowo grzebała w torebce w poszukiwaniu portfela. 

W końcu udało jej się go znaleźć, rzuciła pieniądze w stronę kierowcy i chwyciła klamkę. Wiatr natychmiast szarpnął otwartymi drzwiami, aż trudno było Gosi wysiąść z taksówki. Zmagając się z podmuchami dziewczyna biegła w kierunku drzwi. Choć sytuacja wydawała się dramatyczna, jedyna emocja, jaką dziewczyna potrafiła wydobyć z kłębiących się w głowie myśli, to była wściekłość na samą siebie za wybór wysokich botków jako obuwia do awaryjnego pomagania siostrze. 

Po wejściu do środka dziewczyna ogarnęła potargane włosy z twarzy i rozejrzała się wokół, szukając jakichś wskazówek. Miała wrażenie, że zamiast mózgu używa adrenaliny buzującej w ciele jako nawigacji. Wybrała odpowiedni korytarz, minęła w pędzie jakąś kobietę na wózku i udało jej się dostrzec Anię, która w odległości kilkunastu metrów rozmawiała z ubraną na biało pielęgniarką. Zanim Gosia do nich dobiegła na obcasach, kobiety weszły do jednej z sal po prawej stronie korytarza i znikły za drzwiami. Zmachana dziennikarka stanęła przed gabinetem i zawahała się czy zapukać, czy poczekać. Oczywiście los siostrzeńca był dla niej ważny, ale po chwili zdecydowała, że na wszelki wypadek lepiej zostanie na korytarzu. 

Continue Reading

78. Pijana Wiedniem

Karolina z błogim uczuciem przypatrzywała się muzykom, którzy po raz drugi już grali bis na życzenie wiedeńskiej publiczności. W pubie panował półmrok, ale ze swojego miejsca przy barze widziała barwne koraliki na dredach piosenkarki i etniczne wzory namalowane na kontrabasie. Cover znanej piosenki w wersji akustyczno-cygańskiej snuł się nad głowami gości, wtapiał w  szum rozmów i znów rozbrzmiewał głośniej, gdy trzeba było zaakcentować ważniejszą frazę. Polka jednym palcem gładziła wilgotny kufel lokalnego piwa, a drugą skubała koniec jasnego warkocza. 

– Umiesz się zasłuchać – powiedział Kris, kiedy muzycy zakończyli utwór i pub znów wypełnił się brawami. – Patrzyłem na ciebie cały czas, a ty ciągle skupiona na scenie.

Karolina uśmiechnęła się przepraszająco. 

– Chyba jestem pijana Wiedniem, wiesz? Ja już nie przyswajam, mam blokadę na bodźce. Tyle dzisiaj zobaczyliśmy, Belweder, Schönbrunn, kościoły… i jeszcze wciągnęłam półtora kawałka tortu Sachera, a na koniec to miejsce – potoczyła wzrokiem po różnorodnym tłumie gości. – To jest naprawdę taka zwykła, osiedlowa miejscówka? 

– Osiedlowa na pewno, ale nie taka znowu zwykła. Mieszkańcy mają ją na własność, częściowo jest finansowana ze środków z funduszu osiedlowego, każdy dokłada parę euro do czynszu i za to mogą tutaj przychodzić jak do siebie. 

Dziewczyna uchwyciła kątem oka, że uśmiecha się do niej ciemnoskóry barman. Chwilę wcześniej zdradził jej, jak się nazywa najlepszy lokalny browar. Przez tłum wokół stolików przeciskali się rodzice z nastoletnimi dziećmi, w kącie trzech starszych panów rozmawiało ze sobą podniesionymi głosami. Ich ekscytacja była tak wielka, że można byłoby podejrzewać ich o wiekopomne rozważania na temat filozofii albo co najmniej sportu, ale chyba chodziło o jakąś zepsutą latarnię przed czyimś mieszkaniem. 

– Podoba mi się tu.

Continue Reading

77. Wspólny dom

Stanisław nie zajął dużo miejsca na Chopina. Wszystkie przywiezione przez niego rzeczy mieściły się w jednej wielkiej walizce i trzech kartonach. W starej szafie Sowy powiesił kilka koszul, a do szuflady wsypał skarpetki, wszystkie jednakowo czarne. Na wieszaku w łazience pojawił się nowy wielki ręcznik. Do kuchennej szafki z jedzeniem mężczyzna wstawił dodatkowe płatki owsiane, jakiś sprzęt do miksowania zdrowych shake’ów z pietruszki, jabłka, jarmużu i banana. Sportowe buty w rozmiarze 44 stanęły w przedpokoju pomiędzy eleganckimi botkami Gosi a traperami Sowy. Łazienka rano pachniała męskim dezodorantem.

Przez pierwsze dwa tygodnie marca Stanisław miał pracować zdalnie z biura, które tymczasowo urządził w dawnym pokoju Karoliny. Choć na temat wyglądu mieszkania nie wypowiadał żadnych opinii ani nie prezentował oczekiwań, jedno okazało się dla niego ważne. Poprosił Sowę, by dała mi do przejrzenia umowę z dostawcą Internetu. Przez piętnaście minut stał pośrodku kuchni i kręcił głową nad papierami. Ostatecznie oznajmił, że poszuka im czegoś lepszego, gdy czas trwania umowy się skończy, bo przecież to wstyd, mieć taki mały transfer za takie pieniądze.

Bajka najpierw uciekała przed wielkim mężczyzną snującym się w ciągu dnia pomiędzy prowizorycznym biurem a kuchnią, aż któregoś wieczoru odważyła się na koci wyczyn i bez wahania wskoczyła mu na kolana, gdy oglądał serial. Udeptała w fałdach dresu wygodne gniazdko. Ziewnęła i zwinęła się w kulkę. Pół godziny później Sowa wróciła z szybkich zakupów. Zastała Stanisława w sypialni w bardzo niewygodnej pozycji, gdy próbował nie ruszając kota zatrzymać serial na oddalonym od łóżka komputerze. 

– Widzę, że się jednak dogadaliście? – Aleksandra stanęła na środku pokoju i uśmiechnęła się szeroko.

– Sama wskoczyła. Nie chciałem jej budzić. 

Continue Reading

76. Czerwona lampka

Mania ze zdumieniem uniosła brwi. Mało brakowało, a przetarłaby plastikowe, ochronne okulary, w których wyszła z laboratorium. 

– Okej, to jest grubsza sprawa – powiedziała przytłumionym głosem. – Ale w takim razie nie możemy o tym tutaj rozmawiać. Masz chwilę, żeby przejść się ze mną coś zjeść?

Gosia spojrzała na zegarek. 

– Tak, jeszcze co najmniej dwie godziny. Czasu starczy nawet na kawę i deser. 

– Świetnie. Poczekaj na mnie, tylko rozbiorę się z tych fartuchów.

Mania znikła za drzwiami. Młoda dziennikarka została na korytarzu oświetlonym dwiema jarzeniówkami. Skinęła głową jakiemuś przechodzącemu profesorowi, który wziął ją za studentkę i ukłonił się szarmancko. Czekając na sąsiadkę Gosia zdążyła zapoznać się z kilkoma posterami z konferencji, które znalazły miejsce wiecznego spoczynku na ścianie w bocznym korytarzu Wydziału Chemii UMK. Jedyne, co z nich wywnioskowała, to że autorzy zupełnie nie umieli dobierać kolorów wykresów.

– Jestem – Mania stanęła obok. Z rozczochranymi włosami i w bluzie z kapturem zupełnie nie przypominała poważnej wykładowczyni z doktorskim tytułem. – Idziemy do “Adasia”.

Continue Reading

75. Czarny las

Karolina razem z Irene jako ostatnie weszły na rusztowanie. Zostały już z niego zabrane brudne narzędzia, materiały i wszystko, co było potrzebne w procesie odnawiania fresków oraz stiuków. Z aparatami fotograficznymi dziewczyny wspinały się na najwyższy poziom. Mijały miejsca, gdzie przez ostatnie miesiące spędziły długie godziny, wdychając zapachy odczynników i pył od szlifowania. Odkurzacz wciągnął wcześniej złote skrawki folii, zmiecione pędzlem ze złotych ornamentów. Wszystko wyglądało czysto, świeżo, jakby dopiero co ekipa twórców sprzed kilku wieków oddawała miejsce do klasztornego użytku.

– Ależ to była przygoda – westchnęła Irene. Zrobiła próbne zdjęcie i spojrzała na wyświetlacz. Poprawiła ustawienia, żeby wydobyć wszystkie barwy fresku. – Aż nie wiem, czy się po niej odnajdę z powrotem w domu.

– Wracasz prosto do siebie? Do rodziców? – zapytała Karolina.

– Jeszcze nie wiem, do którego z nich – Irene przeskoczyła zwinnie w bok na kolejną część rusztowania. – Mama chętnie by mnie zobaczyła, ale nie mam tam na wsi co robić. Mogę tylko uprawiać legendarne sycylijskie pomidory. A u taty… Niby spoko, bo to Mediolan i mam tam znajomych ze studiów, ale w pakiecie jest spotykanie codziennie jego napuszonej żony, która ewidentnie ma ze mną problem. 

Karolina oderwała na chwilę wzrok od tego, co uchwycił jej aparat. Spojrzała na spokojną twarz koleżanki. Włoszka ubrana w wielki, ciepły sweter w nordyckie wzorki, zwinnie przeskoczyła na kolejną część rusztowania. 

– Myślisz o tym, na jaki kolejny projekt jechać? Czy będziesz szukać pracy? – zapytała Polka. Skierowała obiektyw aparatu na złotą ramę okalającą fresk. 

– Na razie chcę nabrać perspektywy, zobaczyć się z przyjaciółmi. A potem się zobaczy.

Continue Reading

74. Skarpetki

Sowa w pierwszej chwili nie zrozumiała tego, co powiedział lekarz. Nie dlatego, że mówił niewyraźnie – jak na ponadsiedemdziesięcioletniego faceta, zdawał się być całkiem komunikatywny. 

– Halo, proszę pani? – oparł się rękami o blat biurka, na którym w eleganckich stosach piętrzyły się notesy od firm farmaceutycznych. – Powtórzyć?

– Jak to „w ogóle nie dźwigać”? Przecież muszę czasem sobie zrobić zakupy. Ile dokładnie kilo mogę podnieść? 

Mężczyzna przewrócił oczami, a potem westchnął. Gdyby były jeszcze jakieś inne błyskawiczne sposoby wyrażania dezaprobaty i zniecierpliwienia, na pewno by ich użył.

– Jak już pani tak bardzo chce znać dokładną liczbę, to mogę powiedzieć, że około kolograma. Albo najwyżej trzy. Musi pani żyć spokojnie.

Dziewczyna zacisnęła rękę na ramieniu torebki, którą trzymała na kolanach. 

– Co to znaczy „spokojnie”?

– No po prostu spokojnie. Wolniej, niż dotychczas.

Sowa przez chwilę obserwowała lekarza, który zaczął klikać na komputerze stojącym na biurku. Oczywiście sam zakaz dźwigania nie przekreślał w jej życiu prowadzenia hostelu ani śpiewania z weselnym zespołem w sezonie ślubnym. Nie zamierzała też używać swojego zepsutego kręgosłupa do sportów powszechnie uznawanych za ekstremalne, a tak naprawdę nawet do większości zwykłych aktywności fizycznych. Mimo to poczuła się, jakby jakieś drzwi usiłowano jej właśnie zatrzasnąć przed nosem, bez możliwości ich ponownego otwarcia. 

– Coś jeszcze chce pani wiedzieć? – neurolog znów oparł się o biurko i spojrzał na Sowę z niechęcią. – Czy mogę już przyjąć kolejnego pacjenta?

– Oczywiście, że chcę więcej wiedzieć – wypaliła dziewczyna natychmiast. – Ile kilometrów mogę przejść, żeby nic sobie nie uszkodzić? Czy powinnam jeszcze zrobić jakieś dodatkowe badania? W czym dokładnie muszą mi pomagać inni ludzie? W jakich czynnościach?

Lekarz pokręcił głową. Wbił wzrok w ekran swojego monitora. 

– Na przykład nie może się pani za mocno schylać, więc ktoś powinien pani pomagać założyć skarpetki. Na pewno ma pani kogoś takiego. Tak, żeby był obok na co dzień.

Sowa natychmiast poczuła, jak falą wzbiera w niej gniew. 

Continue Reading

73. Świat jest mały

Gosia z przerażeniem patrzyła na tył autobusu, który właśnie znikał w ciemności zimowego wieczoru. Jej przyspieszony od biegu oddech zamieniał się w mroźnym powietrzu w duże obłoki pary, gdy zwalniała tempo na jezdni pokrytej cienką warstwą śniegu. Zrezygnowana oparła się rękoma o kolana i zakaszlała. 

Wyprostowała się i rozejrzała wokół z wściekłością. Bez szczególnego pomysłu na to, co dalej, wróciła pod dach przystanku, przyklejony do wejścia na teren wojskowej jednostki. Niemal zamachnęła się nogą, żeby kopnąć w śmietnik, ale w końcu zrezygnowała. Cisnęła torebkę na prostokątną ławeczkę zbudowaną wokół filara. Obiecała sobie w duchu, że nieważne jak przekonujący nie będzie informator, jak bardzo będzie ją kusiło, by zrobić dobry materiał, jakąkolwiek wyznaczy sobie nagrodę za wyczyn – już nigdy jej stopa nie postanie po tej stronie Wisły. 

Poprawiła niedopięty płaszczyk i ciaśniej zawinęła się ogromnym szalikiem, który pożyczyła od Sowy na tę wyprawę. Z perspektywy radiowego biurka dwie godziny w towarzystwie żołnierza oprowadzającego po starym forcie wydawały się być ekscytującą wycieczką. Jednak kiedy tylko po wejściu na teren XIX-wiecznej fortyfikacji owionęło ją zimno, zapach stęchlizny i wilgoci, a umundurowany mężczyzna z (jego zdaniem) zachęcającym uśmiechem oświadczył “Ze mną się tu nie zgubisz”, poczuła się niepewnie. Przemierzała budowlę z mieszanką strachu, ekscytacji oraz przemożnego pragnienia, by wyjść. Nagrała całkiem ciekawy materiał, choć wiedziała, że parę razy zadrżał jej głos. Latarka wydobywała na światło tylko część dużego obiektu, więc resztę dopowiadała jej bujna wyobraźnia i zachowane w pamięci zdjęcia obejrzane wcześniej w Internecie. Przyprószony śniegiem fort, noszący ślady różnych działań wojennych, przypominał jej scenografie filmów, w których zawsze działo się coś traumatycznego dla bohaterów. Z ulgą chowała dyktafon do kieszeni i opuszczała jednostkę wojskową pewna, że zdąży na autobus. 

Kiedy w zimowej ciszy siedziała na przystanku, wspomnienie innych wydarzeń w jednym z toruńskich fortów przywołało nagle jeszcze silniejsze emocje. Ciaśniej zaplotła ramiona, głębiej schowała podbródek w miękki szalik. Choć przed jej oczami pojawiły się wielkie płatki bezszelestnie padającego śniegu, w swojej głowie przeniosła się do czerwca po zakończeniu matur. Razem ze znajomymi z klasowej paczki urządzali ognisko połączone z piciem wina w ruinach fortu niedaleko lotniska. Wszędzie pełno było zapachu kwitnących krzewów, zieleń trawy młoda i naiwna pokrywała resztki kruszącej się czerwonej cegły. Jej ówczesny chłopak miał na imię Rafał i bardzo jej imponował. Przodował w matematyce i całowaniu, a w trakcie imprezy po drugim piwie potrafił śpiewać zmyślone piosenki. Po zmroku oderwali się we dwoje od grupy, żeby chwilę pobyć na osobności. Upleciony przez koleżankę Gosi wianek poluzował się na jej głowie i ciągle przekrzywiał, gdy zbiegali w dół, trzymając się za ręce. Powoli szli w stronę ściany pokrytej graffiti. Gosia czując jak mocno bije jej serce, oparła się plecami o cegły i zalotnym spojrzeniem zachęciła Rafała, by znalazł się tuż obok. Już mieli zacząć całować się z pasją, kiedy z wnętrza ciemnego, łukowatego otworu po ich lewej stronie dobiegł jęk. Był tak dziwny, że początkowo go zignorowali, ale powtórzył się jeszcze dwa razy. Gosia zacisnęła rękę na ramieniu Rafała i przerażony wzrok wbiła w jego twarz. Chłopak nie miał niczego, czym mógłby poświecić w stronę jęczącej jamy, więc powoli wycofali się kilka kroków i z tej odległości zawołali, czy ktoś jest w środku. Tym razem jednak odpowiedziała im cisza. 

Zaniepokojeni wrócili do grupy przyjaciół siedzącej przy ognisku. Opowiedzieli historię, jednak nikt nie potraktował ich poważnie. Rafał pożyczył od kogoś latarkę, by zobaczyć, czy na pewno to wszystko tylko im się przywidziało. Zanim wrócili zobaczyć ceglaną wnękę w świetle latarki, człowiek musiał się ulotnić. Zostały po nim tylko puste butelki, parę śmierdzących szmat i krople krwi na ziemi. Dwa dni później martwego człowieka w tym samym miejscu znaleźli toruńscy harcerze, którzy urządzali grę terenową na zakończenie roku szkolnego. 

Gosia głęboko westchnęła, a obłoczek pary wzbił się w ciemną noc. Śnieg zaczynał padać coraz gęściej. Pod snopem pomarańczowego światła latarni wyglądało to bajkowo i nieco uspokoiło dziewczynę mimo jej żałosnego położenia. Wahała się przez chwilę, czy nie szarpnąć się na taksówkę. Przeanalizowała w głowie swoje ostatnie wydatki i zacisnęła zęby. Może gdyby przez ostatni tydzień nie zamawiała codziennie jedzenia do pracy… To wszystko wina Igora, to on z szelmowskim uśmiechem przychodził do jej biurka i sugerował, że nie opłaca się dzwonić po pizzę tylko dla jednej osoby.

A właśnie.

Odblokowała telefon i odszukała numer kolegi. Po kilku sygnałach odebrał.

– Cześć, Gosieńko. Cóż to za zaszczyt mnie kopnął, że dzwonisz?

– Masz niezwykłą okazję wyratować mnie z opresji i nabić sobie punktów w księdze dobrych uczynków.

– Ale ja nie zbieram żadnych dobrych uczynków, szczerze mówiąc od zawsze jestem bardziej zainteresowany tymi złymi – roześmiał się mężczyzna.

Continue Reading

72. Wanna

Karolina patrzyła na swoje nogi wystające z wody w wannie. Szczupłe uda i kolana tworzyły dwie jasne wyspy ponad taflą. Dziewczyna powoli zanurzyła ramiona. Poczuła nieprzyjemne szczypanie na całej powierzchni ciała. Było jej zdecydowanie za gorąco, ale postanowiła na razie nie odkręcać zimnego strumienia. Wiedziała, że po jakimś czasie to wrażenie minie, ciało się rozluźni. 

Do końca projektu konserwacyjnego zostały cztery tygodnie. Kiedy minął szalony sylwester, cała ekipa wesołych pracowników wróciła na rusztowanie i w kościele znów odezwały się odgłosy odkurzacza zbierającego pył, szlifowania białych dekoracji, nawoływania z różnych pięter konstrukcji żeby podać jakieś narzędzie, o którym się zapomniało albo kubek z czystymi pędzlami. Po wizycie we Freiburgu razem z Hanką Karolina wróciła do klasztoru dumna i nieco obolała. Z nowymi tatuażami na rękach i portfelami chudszymi o parę dobrych euro obie pokazywały wieczorem przy kolacji dzieła tatuatora z ciemnej uliczki. 

– Teraz możesz czuć się bardziej… Cygańsko. Podróżniczo – podsumował Theo, opierając głowę na chudych ramionach. – Masz na ręce wskazówkę, gdzie cię serce niesie.

Jednak Karolina nadal nie czuła, że wie, gdzie prowadzi ją dalsza część jej własnej opowieści. Kilka miesięcy wcześniej słuchała rozedrganego głosu Gosi, która przemierzając Bałkany szukała odpowiedzi na najważniejsze pytania. Rzucona w wir radosnego podróżowania Małgorzata Swadźba dowiedziała się wiele o sobie, aż w końcu wróciła do Torunia i po niedługim czasie na powrót odnalazła swoje miejsce w życiu. Karolina za to w pogoni za miłością straciła energię oraz cel. W jakimś sensie jej wyjazd do Niemiec okazał się przedłużeniem czasu studiów, co na każdym kroku swoim zachowaniem podkreślali jej koledzy i koleżanki z rusztowania. Wśród codziennych śmiesznostek i zwykłej, nużącej pracy mieli czas na filozoficzne rozmowy, zwiedzanie okolicy, bitwę na śnieżki, wspólne piwo, herbatę czy głupie filmy. Obserwując swoich polskich znajomych przez media społecznościowe Karolina czuła się jak beztroski dzieciak – co chwilę na ekranie jej smartfona pojawiały się zdjęcia pierścionków zaręczynowych, mieszkań kupionych na kredyt albo słodkie buzie dzieci. 

Zanurzona po szyję w gorącej wodzie dziewczyna dała w końcu za wygraną. Odkręciła na chwilę zimny strumień. Po kilku sekundach chłód dotarł do jej stóp kojącą falą. Odetchnęła. 

“Czy muszę już wiedzieć, o co mi chodzi? Może dobrze będzie po powrocie z tego projektu znaleźć po prostu następny?” – myślała.

Tak właśnie od roku funkcjonował Kris. Skończone studia dawały mu możliwość pracy w zawodzie, ale zdecydowanie bardziej wolał krótkie wolontariaty w ciekawych miejscach, projekty oparte na pomocy lokalnym społecznościom albo nawiązywaniu międzynarodowej sieci kontaktów. Dopóki Karolina nie porozmawiała z nim poważnie o jego życiowych priorytetach, uważała taki styl życia za pozbawiony głębszego sensu. Szli na jeden ze swoich weekendowych spacerów po okolicznych lasach, zaopatrzeni w herbatę, czekoladę i małą butelkę nalewki. Karolina nieśmiało zasugerowała, że Kris nie wykorzystuje swojego potencjału, nie zarabia na przyszłość, tylko się bawi.

– Serio tak uważasz? Że zmarnowałem ostatni rok? – zapytał lekko rozbawionym tonem. Śnieg skrzypiał pod ich butami, kiedy szli leśną ścieżką. – Czy to ogólnie przyjęty model życia nie pasuje do moich decyzji?

– Nie wiem, co dokładnie mi nie pasuje – odpowiedziała, omijając nisko zwieszoną, ośnieżoną gałąź buku. – Po prostu rozsądne wydaje się zaraz po studiach robić karierę, kiedy masz na to czas, kiedy masz dużo siły, nie znalazłeś jeszcze życiowej partnerki, dla której z wielu rzeczy trzeba rezygnować, twoi rodzice są zdrowi i sprawni i nie musisz ich na razie wspierać…

Kris zatrzymał Karolinę wyciągając ramię w bok. Położył palec na ustach. Kilka kroków przed nimi pomiędzy pniami drzew przesuwały się brązowo-szare kształty. Dopiero po chwili Karolinie udało się wypatrzyć wielkie oczy, chude nogi i białe zady saren. Powoli, uważnie, pięć zwierząt przeskoczyło przez ścieżkę, obdarzając ich krótkim spojrzeniem. Kiedy znikły za kurtyną ośnieżonych gałązek, dziewczyna zwróciła wzrok na Krisa. Chłopak z iskrami w oczach wpatrywał się dalej w miejsce, gdzie przed chwilą zniknęły zwierzęta. 

– Piękne, co?

– Aha.

– Ja naprawdę nie wiem, jak można nawet pomyśleć o strzelaniu do nich.

Ruszyli dalej. Chłopak wyciągnął z plecaka czekoladę i poczęstował Karolinę.

– Powiedziałaś, że rozsądne jest według ciebie rzucić się w wir dorosłości, ciężko pracować i tak dalej, prawda? 

– Tak mi się wydaje. 

– Ja właśnie dlatego robię coś zupełnie odwrotnego – uśmiechnął się. – Na poważne decyzje, uwiązanie się do jednego miejsca przyjdzie jeszcze czas. Poznałaś mnie trochę lepiej, więc  wiesz, że to nie wynika z lekko myślności. W moim wypadku jeżdżenie z projektu na projekt nie zaspokaja jakiejś niespokojnej potrzeby, fascynacji zmianą. Może w tym co teraz powiem wyczujesz nawet lekki weltschmerz… – zatrzymali się pod ogromnym świerkiem. Patrząc na niego Kris mówił dalej. –  Zanim dorosłość mnie dopadnie z całą swoją paletą złośliwych, dołujących zagrywek, mam szansę poznać Europę od trochę bardziej beztroskiej strony. Nowi ludzie i miejsca niesamowicie mnie ciekawią, choć żadna ze mnie dusza towarzystwa. Skoro i tak pewnego dnia utonę w tej smutnej zupie, to teraz chcę czerpać z moich możliwości pełnymi garściami. Rozumiesz?

Karolina głęboko odetchnęła mroźnym powietrzem. 

– Rozumiem. Tylko nie wiem, czy my w Polsce możemy sobie pozwolić na taki luksus. 

– To nie luksus – uśmiechnął się Austriak. – To indywidualny wybór. 

Kiedy wracali do klasztoru, powietrze jeszcze bardziej się ochłodziło. Zziębnięci postanowili przebiec ostatni kawałek przez zaspy i wpadli na teren pod kościołem zdyszani, z nosami czerwonymi z zimna. 

– Marzę teraz o wannie gorącej wody – Kris otworzył drzwi wejściowe do budynku, w którym spali. – Chyba zaraz tam wskoczę.

– Macie wannę w pokoju? – zdziwiła się Karolina. Otrzepała buty ze śniegu i weszła w ciemność korytarza. – Myślałam, że w każdym jest prysznic. Zresztą, ja bym z wanny nie zrobiła wielkiego użytku. Nigdy jej nie miałam i nie rozumiem przesiadywania w tylu litrach wody.

Kris z teatralnym zdumieniem aż przetarł okulary. 

– Niemożliwe! Nigdy nie leżałaś w wannie? Nie czytałaś w niej? Zero relaksu?

– Nie.

Pokręcił głową. Ruszyli schodami do góry.

– To musisz to zrobić dzisiaj.

– Ale jak to? – Karolina roześmiała się. 

– No musisz, mówię ci. To najlepsze miejsce do myślenia. Skoro do końca projektu zostały nam tylko cztery tygodnie, a potem chcesz się poświęcić robieniu zawodowej kariery bez żadnych rozrywek czy zabaw, przed powrotem powinnaś zrobić jeszcze mnóstwo nowych rzeczy – zapał w głowie chłopaka był tak zaraźliwy, że Polka po krótkiej chwili zgodziła się spróbować dobroczynnego wpływu wanny na zziębnięte ciało. – Bierz ręcznik i płyn do kąpieli i przychodź do naszego pokoju jak najszybciej. 

Godzinę później Karolina nadal nie rozumiała tego fenomenu. Choć jej organizm przystosował się do gorącej wody, zanurzona po szyję obserwowała swoje ciało pod taflą ze sceptyczną miną. Może po prostu nie umiała się rozluźnić, nie tylko po spacerze, ale również życiowo? Może jej problemem wcale nie był brak wytyczonej sztywno ścieżki kariery, ale wewnętrzne ciśnienie, by zrobić to idealnie, jak najszybciej, bez wprowadzania poprawek?

To jedno musiała przyznać: podobała jej się koncepcja poświęcenia ostatnich dni pobytu w Szwarcwaldzie na próbowanie nowych rzeczy. Miała już pamiątkę w postaci tatuażu, którego zdjęcie z radością wysłała do przyjaciółek w Toruniu. Zdecydowanie podszkoliła swój niemiecki, a także umiejętności manualne potrzebne przy dbaniu o zabytki. Noc spędzona ze zwariowanymi właścicielami kamperów na przełęczy sprawiła, że gdzieś z tyłu głowy zagnieździł jej się pomysł na kolejne przygody w trasie. Ze wstępnych wyliczeń dokonanych w pamięci wynikało, że udałoby się stary samochód taty przerobić na taki wyprawowóz. Zwykła tygodniowa praca oraz weekendowe wyprawy mogły być alternatywą dla całkowicie cygańskiego stylu życia. Wyobraziła sobie każdy szczegół swojego przyszłego vana: jego wnętrze, turystyczny sprzęt zlokalizowany pod materacem do spania, polową kuchnię wysuwaną na szynach i śliczne lampki wiszące nad głową. Aby zrealizować pierwszą fazę swojego nowego planu nie musiała nawet rzucać wszystkiego i jechać w Bieszczady, bo Sudetom jako górom przecież niczego nie brakowało, a dzikich miejsc znała w nich na pęczki.

Wychodząc z wanny miała już w głowie wstępną listę kolejnych nowych doznań do odkrycia. Ponieważ chciała natychmiast podzielić się nią z Krisem, niedbale owinęła ręcznik wokół ciała, wyszła z wanny na zimne kafelki i bez ostrzeżenia otworzyła drzwi do łazienki.

– Wiesz, to jednak był świetny pomysł, żeby…

Urwała w pół słowa. 

Przy biurku w pokoju siedział Calin, równie zaskoczony sytuacją, co Karolina. 

– O rany, myślałem, że to Kris tam siedzi – chłopak udawał, że nie patrzy na odsłonięte, mokre ciało koleżanki. 

– A ja nie wiedziałam, że ty tu jesteś, sądziłam, że Kris… To ja tam wrócę.

Szybko wskoczyła z powrotem za drzwi łazienki. Spojrzała w lustro. Parsknęła nerwowym śmiechem i poklepała się po czole, mrucząc pod nosem inwektywy na własny temat. “No to do listy nowych doświadczeń mogę dopisać kolejną – pomyślała. – Od dziś na sto procent zostanę obiektem plotek na temat romansu z Austriakiem.”

 

71. Nie skakaliśmy z radości

Sowa zaciągnęła się papierosem, ostatnim z limitu trzech dziennie, który narzuciła sobie rok temu. Jej sypialnię wypełniał półmrok oraz muzyka dochodząca z głośników. W górę ponad łóżko na którym leżeli razem ze Stanisławem, uniosła się strużka dymu. Zapach tytoniu podrażnił nozdrza i dotarł do zakamarków w umyśle mężczyzny, które natychmiast przypomniały mu o dawnym nałogu.

– Może zastanowisz się nad rzuceniem? – powiedział miękko.

– Zastanowię się. Pewnie to nic w moim życiu nie zmieni, ale zastanowię się.

Sowa wyciągnęła dłoń w stronę popielniczki ustawionej na stercie książek przy poduszkach. Zazwyczaj nie paliła nigdzie indziej, niż przy oknie lub na balkonie w kuchni, ale dziś wyjątkowo czuła przyciąganie łóżka, jego zawiłą, niewytłumaczalną grawitację. 

Stanisław westchnął ciężko. Spojrzał na zegarek, w ciemności błysnęła na niebiesko tarcza elektronicznej opaski na rękę.

– O której jedziesz? – zapytała Sowa.

– Godzinę temu.

Dziewczyna odwróciła się powolnym ruchem w stronę mężczyzny. Oparta łokciem o poduszkę czuła się mało stabilnie, bo rękę z papierosem starała się trzymać poza zasięgiem pościeli przykrytej kocem.

– To znaczy, że będziesz nadrabiał na trasie?

Stanisław wpatrywał się w sufit z uśmiechem czającym się w kącikach ust. Długo nie odpowiadał na pytanie. Sowa ponagliła go uniesieniem brwi.

– Będę jechał bezpiecznie. Nie martw się.

Aleksandra paliła dalej swojego ostatniego papierosa i przyglądała się, jak półmrok zaciera maleńkie zmarszczki wokół oczu i ust Stanisława. Zdawało jej się, że dopiero co przyjechał na Chopina przed Wigilią. Nie do końca wiedziała, na czym spędzili cały ten czas. Być może na wspólnym sprzątaniu strychu? Na pewno oglądali razem filmy i na zmianę zasypiali sobie nawzajem na ramionach albo udach, w zależności od wybranego tytułu. Kochali się też w blasku świec, choć namiętność wcale nie odegrała tego wieczoru głównej roli. Ledwie zaczęli zanurzać się w tajemnice swoich zmysłów, przerwała im zazdrosna Bajka z całym arsenałem kocich zachowań. Przewróciła dwie zapalone świeczki, zaczęła szaleńczo biegać i skakać po pokoju, a wyrzucona za drzwi sypialni przeraźliwie miauczała. Stanisław śmiał się i mówił, że muszą przyzwyczajać kota do takich sytuacji, ale Sowie jakoś nie było do śmiechu. Nie wiedzieć czemu, straciła po kocich harcach cały dobry nastrój.

– Kiedy znów przyjedziesz? 

Stanisław niespiesznie odwrócił głowę w stronę Aleksandry. Dłonią dotknął jej przedramienia i w zamyśleniu przesuwał palcem po odsłoniętej skórze ręki. 

– Właściwie, to mógłbym zaraz wracać do Torunia po tym wyjeździe, ale mam do ciebie inne pytanie. Jest ważne. Być może zadane za wcześnie zepsuje to, co między nami, ale co mi tam. Ufam ci, jak nikomu. 

– Tak? Co to za pytanie? – Sowa przymknęła powieki, czując delikatny dotyk palców mężczyzny na swoim przedramieniu. 

– Jak myślisz, mógłbym tu zamieszkać? 

Dziewczyna otworzyła oczy. Zaciągnęła się papierosem. Zgasiła go w popielniczce precyzyjnym, powolnym ruchem.

– Nie wiem – spojrzała na Stanisława uważnie. – A chciałbyś?

– Może to duża prośba, może wczesna – mężczyzna przestał gładzić przedramię dziewczyny i chwycił ją za dłoń. Miał ciepłe, suche palce, a ręka Sowy ginęła w jego dużej dłoni. – Powiedz mi po prostu, co o tym myślisz. Plusy są takie, że dużo częściej możemy się wtedy widywać. Jeśli nie czujesz się przekonana – dodał po chwili, gdy Sowa nadal milczała – możesz po prostu przemyśleć to kiedy będę w pracy, a za tydzień dasz mi znać. 

Aleksandra patrzyła na ich dłonie. Otulone półmrokiem i muzyką, leżące nieruchomo na kocu, wyglądały jak jedność, co bardzo jej się spodobało. 

– Mój dom zawsze był otwarty dla ludzi – powiedziała w końcu. Odszukała wzrokiem oczy Stanisława i bardzo poważnym tonem dokończyła: – Ale ty chcesz nie tylko zamieszkać w moim domu, skoro mnie o to pytasz. Prawda?

– Nie tylko. 

Piosenka płynąca z głośników skończyła się. Przez chwilę Aleksandra miała wrażenie, że resztki dźwięków oraz echo ich słów płyną powoli w powietrzu jak dym, jak kurz w słońcu. Wsiąkły w jej pokój pogrążony w ciemności. 

– Pomyślę o tym.

Continue Reading