55. Wszystko, czego wcześniej nie robiłam

W autobusie, czytając list po raz pierwszy, Karolina słyszała jak krew szumi jej w uszach, a obie dłonie lekko drżały. Teraz, gdy wyjęła go z koperty drugi raz i w świetle małej lampki patrzyła na każdy akapit po kolei, była zupełnie spokojna. Choć uważnie analizowała wszystkie słowa, uśmiechała się pod nosem. Z tyłu kartki, na wysokości prośby o ponowne spotkanie dziewczyna dostrzegła zamazany numer telefonu z dopiskiem, którego nie była w stanie rozczytać. Obok widniała tłusta plamka, jakby kapnął w tym miejscu wosk ze świeczki. 

Karolina dobrnęła w skupieniu do końca i prychnęła. Dźwięk zdawał się wyjątkowo głośny w ciszy klasztornego wieczoru.  Złożyła list. Schowała go z powrotem do koperty. Stała przez chwilę z jedną ręką na parapecie, w drugiej trzymała przesyłkę z Kirgistanu. Patrzyła prosto na zieloną masę świerków porastających pagórek, na który wychodziło okno jej pokoju. Bezwiednie gładziła kciukiem brzeg koperty. 

“Co za koleś.” – pomyślała. Gdzieś za uchylonym oknem zaczął szczekać pies, a w ślad za nim odezwał się z alarmem drugi. “To zupełnie nie brzmi jak przeprosiny. Ani w ogóle jak coś, do czego warto wracać. – przeniosła wzrok z zielonych drzew na list. – Dobrze, że tyle czekałam z przeczytaniem. Gdybym zrobiła to od razu, pewnie nie byłabym taka… świadoma.”

Ktoś zapukał do drzwi. 

– Proszę – powiedziała po niemiecku Karolina, odwracając się w stronę wejścia. 

W progu stanął wysoki, brodaty mężczyzna w okularach. Choć był ubrany w koszulę i długie spodnie zupełnie nie przeznaczone do pracy, na jednej z nogawek Karolina zobaczyła świeżą białą plamę, jakby zahaczył nogą o wiadro z gipsem albo wapnem. 

– Witamy w klasztorze świętego Trudperta – powiedział z powagą. Ukłonił się na przywitanie, a dziewczyna podeszła i uścisnęła jego wyciągniętą dłoń. – Jestem Gianni, prowadzę ten projekt, więc ze wszystkimi najważniejszymi pytaniami możesz śmiało się do mnie zwracać. Widzę, że już któraś z sióstr zaprowadziła cię do pokoju.

– W zasadzie zrobił to ogrodnik, który przy wejściu przekazał mnie jednej z dziewczyn… Irene? Chyba miała tak na imię, ale nie wyglądała na zakonnicę. I z tego co mówiła, to z nią tutaj śpię.

– No tak, tak – Gianni uśmiechnął się przepraszająco. –  Za chwilę zaczynamy kolację. Zapraszam do wspólnego stołu. 

– Dzięki. Chętnie coś zjem i poznam was wszystkich. 

Zanim opuścili razem pokój, Karolina rozejrzała się wokół siebie, chcąc zostawić przeczytany list. W pobliżu drzwi nie było jednak żadnego stołu ani szafki. Zobaczyła obok nieduży śmietnik. Wiedziona jednym ze swoich impulsów, dziewczyna wrzuciła list do kosza. Nie oglądając się za siebie zamknęła drzwi i poszła za Giannim klasztornym korytarzem.

Continue Reading

54. Szczęściara

Koniec października wdarł się w życie mieszkańców Torunia tak zamaszyście, jak zawsze: falą nowych i starych studentów przepływającą przez miasto między kampusem a klubami, promieniami słońca prześwietlającymi ostatnie liście kasztanowców posadzonych wzdłuż ulicy Bydgoskiej, wiatrem wiejącym na moście nad Wisłą i dziwnym poczuciem, że zbliża się jakiś początek nowej historii. 

Gosia miała to wrażenie każdego roku, ale nasiliło się w ciągu ostatnich czterech lat, od kiedy przeprowadziła się z rodzinnego mieszkania do pokoju u Sowy. Lubiła znów rozpoczynać semestr, zawsze startowała z nadzieją na ciekawsze zajęcia, niż w poprzednim. Choć nie była taką fanatyczką chodzenia na uczelnię jak Karolina, nowość przyciągała Gosię nawet do przyciemnionych pokojów wykładowych z wyświetlonymi na ekranie prezentacjami. Powroty na wydział sprawiały, że coś w życiu porządkowało się samo, jakby poruszane zewnętrzną, niepowstrzymaną siłą, odwieczną ręką umowy społecznej. Znajome twarze opalonych lub zmęczonych kolegów i koleżanek z roku, pierwsze po wakacjach przypadkowe spotkania w barze “U Adasia” pod biblioteką – to wszystko przez kilka ostatnich lat stanowiło dla Gosi rdzeń toruńskiej jesieni. 

– Opowiadaj, jak to jest skończyć studia i nie wracać na uczelnię? – znajoma Maćka z roku, dziewczyna przez wszystkich nazywana Krystyną, postawiła piwo na blacie w zatłoczonym pubie. 

– Dziwnie jakoś – odparła Gosia bez zastanowienia. Maciek w tym czasie odebrał od barmana ich kufle i jeden z nich wręczył swojej dziewczynie. – Nie tęsknię oczywiście, żebyśmy się dobrze zrozumiały.

Continue Reading

53. Całkiem słodka zemsta

Sowa głęboko westchnęła, gdy młody prawnik rozłożył szeroko ręce i z zachęcającym uśmiechem pokazał na filiżankę aromatycznej kawy stojącej na biurku.

– Dobrze wiesz, że przyszłam tutaj tylko po ten dokument, który niechcący zostawiłam podczas ostatniego spotkania.

– Oczywiście, oczywiście – chude ręce mężczyzny jeszcze raz pofrunęły w powietrzu nad blatem. Kiwnął brodą w stronę talerza z ciastkami, który razem z kawą miał być dowodem na jego kryształowe intencje. – Ale zanim pójdziesz, możesz jeszcze opić mnie i objeść, to chyba całkiem słodka zemsta?

Dziewczyna wyjrzała na zewnątrz przez wysokie okno. Właśnie znów zaczęło padać, a jej wcale nie spieszyło się do domu, więc postanowiła usiąść naprzeciwko zestresowanego prawnika. W milczeniu chwyciła białe uszko filiżanki i uniosła ją do ust.

Na biurku obok ciastek piętrzył się stos teczek oraz segregatorów. Gdzieś za nimi leżała przewrócona elegancka tabliczka z wygrawerowanym “Kamil Dobkowiak, Radca prawny”. Kancelaria sprawiała wrażenie pomieszczenia, które przekazane przez jakąś bogatą ciotkę dopiero niedawno zaczęło wypełniać się przedmiotami należącymi do obecnego właściciela. Na starej szafie oprócz obowiązkowych kodeksów praw wszelkich, jeszcze większej ilości teczek i segregatorów, znalazły swoje miejsce zadbane kwiaty doniczkowe. Zza jednej z paprotek wstydliwie wychylała się gipsowa figurka Temidy z zawiązanymi oczami, schowana w gąszczu roślin niczym Amazonka, tylko chwilowo zajmująca się utrzymywaniem sprawiedliwej równowagi.

W czasie, gdy Sowa sięgała po kolejne ciastko, młody mecenas szukał zaginionego dokumentu. Zanurkował pod biurko, zaglądał do szuflad, a jego nienaganna fryzura co chwilę ukazywała się to zza jednego, to zza drugiego stosu segregatorów.

Jest! – zawołał w końcu triumfalnie, wymachując kartką w powietrzu. Położył ją na jedynym pustym miejscu na blacie. Spojrzał na milczącą Sowę z uwagą i usiadł w skórzanym fotelu. – Przemyślałem jeszcze raz sprawę twojego spadku i mam naprawdę dobre wieści.

– Nie interesują mnie twoje dobre wieści, ponieważ nie będziesz zajmował się tą sprawą – odpowiedziała Aleksandra. Odstawiła filiżankę na spodek. – Zabieram tylko tę umowę i będziesz mógł w spokoju prowadzić swoje biznesy z dala ode mnie.

Continue Reading

52. Wynik wcześniejszych miłości

Kiedy w słuchawkach zabrzmiały pierwsze dźwięki Buena Vista Social Club, Karolina aż wyprostowała się w fotelu. Patrząc przez okno autobusu pędzącego czeską autostradą widziała tylko przesuwające się hipnotycznie ekrany dźwiękowe, więc obudzona z podróżnego otępienia nie była w stanie stwierdzić, gdzie się w tej chwili znajduje. Tropikalne nuty w jej uszach zupełnie nie pasowały do asfaltu, mijania ciężarówek jadących na zachód ani do nieba, które wyglądało jak przykryte płachtą matowej blachy. 

Dziewczyna uśmiechnęła się do siebie, gdy piosenka przeszła w dobrze znany refren. Uspokojona, wtuliła się w powieszoną na haczyku kurtkę. Jej wzrok leniwie błądził po mijanych panelach odgradzających drogę od świata. Właśnie tak czuła się jadąc gdzieś daleko: jakby czas spędzony w trasie był wyrwany z kontekstu, nienależący do żadnej innej linearnej ciągłości. Co prawda te godziny nie były produktywne i niewiele mogła z nimi zrobić, ale właśnie to uważała za wartość. Jej uwaga przeskakiwała z jednego punktu do drugiego z radością i bez planu, jakby umysł był psem spuszczonym ze smyczy. 

“To przez Damiana zaczęłam słuchać Buena Visty – pomyślała Karolina. Palcami ręki zaczęła nieświadomie wystukiwać rytm piosenki. – Kiedy on się w ogóle pojawił w moim życiu?…”

Continue Reading

51. Warzywa sezonowe

Minister wzruszył ramionami. Ten ruch sprawił, że uniósł się i opadł drogi garnitur, znad którego wystawała okrągła głowa. Mężczyzna odszukał wzrokiem radiowy mikrofon ubrany w kolorową gąbkę, a potem popatrzył z melancholią w przestrzeń ponad głową Gosi.

– Wie pani co – westchnął ciężko. – Ja bym mógł udzielić bardzo wyczerpującej odpowiedzi na pani pytanie. Ale nie udzielę.

Gosia poczuła, jak na jej karku pojawiają się zimne kropelki potu. Polityk jeszcze raz ciężko westchnął nad mikrofonem. Jego wzrok nadal błądził po ścianie za plecami młodej dziennikarki, która celowała w niego narzędziem pracy. 

– Czyli decyzja ministerstwa zależy wyłącznie od postanowień pana prezydenta w kwestii oczyszczalni? 

– Mógłbym powiedzieć, że tak – zamyślony minister przeniósł wzrok na rozmówczynię. Zanim dokończył, uśmiechnął się nieszczerze. – A mógłbym powiedzieć, że nie. Dziękuję. Do widzenia.

Zanim dziewczyna zdążyła zrobić kolejny ruch, towarzyszący politykowi tłumek asystentów oraz współpracowników ruszył naprzód. Zepchnęli Gosię pod ścianę, po czym szemrząc i lekko wymachując ważnymi teczkami odeszli w stronę wejścia do gabinetu, w którym ministra miał przyjąć prezydent. 

Dziewczyna wyłączyła nagrywanie. 

Rozejrzała się po korytarzu w Urzędzie Miasta. Wszystko wskazywało na to, że tej wypowiedzi nie da się puścić w radiu. Poczuła jak wibruje jej telefon i wolną ręką sięgnęła do kieszeni płaszczyka.

– No hej, co tam?

– Nagrywasz coś wiekopomnego w okolicy rynku? – w słuchawce odezwał się głos Sowy, wyraźnie zniecierpliwionej. – Potrzebuję szybkiej kawy.

Gosia spojrzała na zegarek. 

– Ale to musi być bardzo szybka kawa. Jak pendolino. Jestem w dupie z materiałem.

– Dobrze, jakakolwiek będzie wspaniała. Czekam na ciebie przy kwiaciarniach. Wezmę nam na wynos. No. Widzimy się za chwilę.

Continue Reading

50. Sowa krzyczy

Kilkunastoletnia Aleksandra Sowińska-Hegenbarth bardzo chciała krzyknąć. 

Z głębi swojej duszy, z samego środka gniewu, z tej niepojętej, ponurej mgławicy pełnej rozbłysków i wybuchów, którą codziennie nosiła w sobie. Miała wrażenie, że wszyscy wokół widzą, jak ten krzyk więźnie jej w gardle, jak przydusza ją systematycznie dzień po dniu. Jednak za każdym razem, gdy wreszcie decydowała się wydobyć z siebie choć trochę niekontrolowanego dźwięku, nie umiała tego zrobić.

Nie wahała się mówić stanowczym tonem. Śmiała się głośno. Grała przecież na flecie poprzecznym, co wymagało jej wytężonej pracy nad oddechem. Jedyne, czego nie mogła zrobić, to głośno krzyczeć.

Stara kamienica na Chopina miała w tym czasie swoje tajemnice a jedną z pilniej strzeżonych przed dziećmi był jej strych. Na trzynaste urodziny Sowa dostała od rodziny przywilej zorganizowania na wielkim poddaszu imprezy urodzinowej dla swoich znajomych. Wysprzątane z kurzu podłogowe deski prezentowały się znakomicie, przytargane poduszki i pufy do siedzenia mieniły się kolorami a z zabytkowych belek dachowej konstrukcji zwieszały się lampki, tworząc bardzo przyjemny klimat. Impreza udała się wspaniale, dziesięcioro nastolatków wygłupiało się i głośno słuchało muzyki całą noc. Jak zwykle w takich chwilach, zdawało się, że tak dobrze będzie już zawsze.

Niedługo potem świat zafundował Sowie kilka ciosów naraz. Dziadek Hegenbarth w testamencie zapisał jej całą kamienicę, tata ciężko zachorował i za kilka miesięcy podążył śladem dziadka a reszta wydarzeń zdawała się już być tylko efektem domina. 

Mama, po pozbyciu się większości majątku córki, postanowiła wyjechać do Kanady, jednak zbuntowana Sowa nie zamierzała opuszczać Torunia. Jako pełnoletnia już maturzystka mogła decydować o sobie. Nigdy nie przestała się zastanawiać, czy korzystając wtedy z prawa do autonomicznego wyboru, paradoksalnie nie zamknęła sobie kilku drzwi. 

Sowa stała teraz przed drzwiami na strych, obracając klucz w rękach. Myślami była przy tamtej dziewczynie, ubranej od stóp do głów na czarno. W swoje dziewiętnaste urodziny weszła do środka, najpierw oczywiście kopiąc w drzwi. Zdawało się, że mgławica gniewu i żalu skumulowana w jej duszy zaraz wybuchnie. Stare urodzinowe lampki nadal wisiały na belkach, odgarnęła je wściekłym ruchem ręki. Stanęła pośrodku zakurzonej podłogi. Rozejrzała się wokół nerwowo, jakby ktoś mógł podglądać ją zza kartonów czy połamanych mebli. Nabrała w płuca chłodnego powietrza. Położyła obie dłonie na brzuchu, na wysokości przepony. Teraz musi się udać. Nie dam rady już trzymać. Muszę to zrobić.

I krzyknęła. 

Continue Reading

Wydajmy razem powieść „Kryzys Ćwierćwiecza!”

Najlepsze wieści dla czytelniczek i czytelników Kryzysu!

Oto każde z was może przyczynić się do wydania papierowej wersji powieści. Główną nagrodą za wsparcie jest oczywiście książka, ale wszystkim wspierającym polecam zapoznać się z pełną listą nagród, bo jest w czym wybierać.

Więcej informacji o zbiórce i o nagrodach znajdziecie na stronie kampanii crowdfundingowej: wspieram.to

A jeśli jeszcze potrzebujecie słowa zachęty, obejrzyjcie jak opowiadam o moim największym marzeniu!

Buziaki

Autorka Kryzysu Ćwierćwiecza,
Kasia Rożek

 

49. Ostatnia partyjka

– To co ty właściwie teraz robisz ze swoim życiem? – Gosia podała Karolinie kolejny karton wypakowany książkami z historii sztuki.

Blondynka przechwyciła pakunek. Perfekcyjnie wymierzonym ruchem załadowała pudło do bagażnika dużego samochodu. Wcisnęła je pomiędzy pościel a trzy inne kartony. W bagażniku nie został nawet milimetr wolnej przestrzeni. Patrząc na ten idealny tetris Karolina uśmiechnęła się szeroko.

– Wiozę życie do domu – odpowiedziała. 

– A za tydzień wywozisz je za granicę, tak?

Gosia podniosła z ziemi doniczkę z ulubionym fikusem swojej przyjaciółki. Niezależnie od tego, ile dni Karoliny nie było w mieszkaniu na Chopina, roślinka przetrzymała wszystko. Wcześniej bez specjalnej troski hodowany przez jakąś koleżankę w akademiku, fikus kilka razy spadał z półki, bywał oblewany różnymi płynami, podgryzany przez zwierzaki, ale przetrwał każdą niegodną sytuację. Podczas nieobecności współlokatorki Sowa podlewała doniczkę i czasem mówiła do fikusa kilka słów, więc miał nawet okazję poczuć się zaopiekowany. 

– Och, fikusie ty mój! – Karolina przejęła podaną przez Gosię roślinę. Dotknęła piegowatym nosem jego liści. – Teraz przejedziesz się ze mną na drugi koniec Polski. Bo muszę być odpowiedzialna chociaż za ciebie. Za siebie jestem mniej, więc niech chociaż twoje życie będzie w miarę poukładane.

– Co ty gadasz – brunetka odsunęła się nieco od bagażnika, gdy przyjaciółka sięgała po jego uchwyt jedną ręką. – Przecież to jest dobra zawodowo decyzja, żeby jechać na te konserwatorskie przygody. Co właściwie będziesz tam robić? Mathis coś ci zdradził?

Karolina z troską załadowała fikusa do samochodu, posadziła go na siedzeniu pasażera i zablokowała dwoma pudłami, żeby się nie przewracał. Dopiero wtedy odwróciła się w stronę Gosi.

– Nie mam żadnej pewności, że nauczę się w tych Niemczech czegoś potrzebnego mi w zawodzie oprócz języka. Ale to fajny region, południe, już jest inny klimat i ludzie bardziej wyluzowani.  Niedaleko gór. Nawet, jeśli zawodowo mnie to siedzenie na rusztowaniu niczego nie nauczy, to chociaż będę mogła sobie pozwiedzać. Projekt jest unijny i trwa pół roku. Dobrze się na coś takiego załapać. Wszyscy moi znajomi Erasmusi klaskaliby z radości słysząc, że po latach wożenia im tyłków po Polsce w końcu sama się zdecydowałam wyjechać. Może ich nawet  odwiedzę, zdaje się, że ktoś tam w okolicy mieszka z tej ekipy, którą poznałam na imprezach w Poznaniu.

Gosia pokiwała głową ze zrozumieniem. Spojrzała na zapakowany po dach samochód, którym przyjaciółka przyjechała ze Szklarskiej Poręby do Torunia. Westchnęła głęboko.

– To co, najpierw idziemy z Sową na miasto coś zjeść, a potem po jednej partyjce wszystkich gier jakie mam? – Karolina uśmiechnęła się szeroko. – Dzisiaj mam zamiar wygrać w każdą.

Brunetka przez chwilę milczała. Nostalgia nieuchronnie rozlewała się po jej sercu, ale hasło wywołujące u niej gen rywalizacji natychmiast rozwiało chmurę czarnych myśli. 

– Chyba śnisz. To, że zawsze zaczynasz w pociągi nie oznacza, że masz taryfę ulgową.

Continue Reading

48. Wstęp do bajki

Sowa uwielbiała jesień. Jesienna do granic była jej natura, więc z każdą kroplą deszczu, z każdą latarnią mrugającą zza mglistej chmury czuła się bardziej osadzona w rzeczywistości. Jej naturalna skłonność do melancholii sprawiała, że stanie na balkonie w wielkim kraciastym szaliku, gdy dzień powoli budził się do życia, urastało do rangi misycznego rytuału. W ulubionym kubku robiła sobie kawę. Brała na balkon papierosy, przymykała za sobą drzwi i oddawała się tej chwili w całości. Choć nie wstawała wcześnie, każdy poranek zaczynającego się właśnie października wydawał jej się małym cudem. Codzienność w tej formie Aleksandra mogła jeść widelczykiem jak dyniowe ciasto z cynamonem. Nos trochę marzł od wilgoci i porannego chłodu, ale gdy tylko podnosiła do ust kubek z parującą kawą, było jej na sercu tak ciepło, jakby otulała się dodatkowym kocem.

Od kiedy Gosia zaczęła pracować w radiu, Sowa codziennie z balkonu obserwowała jej zmagania z rzeczywistością. Wściekła z powodu wczesnej pory, nieumalowana i potargana, raz nawet z bluzką ubraną na lewą stronę, młoda dziennikarka radiowa przecinała kuchnię jak tajfun. Nalewała kawę do termicznego kubka, wyciągała z lodówki przypadkowe składniki jakiegoś drugiego śniadania i wrzucała je w pędzie do torby. Gosia machała tylko Sowie stojącej nieruchomo za szybą, a potem wybiegała z mieszkania, potykając się o stertę butów. Po minucie od jej wyjścia Aleksandra z balkonu mogła obserwować, jak przyjaciółka w szarym płaszczyku dziarskim krokiem idzie w stronę Starego Miasta. 

Zazwyczaj wtedy do kuchni wchodził kot. Choć sam uwielbiał robić zamieszanie, przed szalejącą w jakimkolwiek celu Gosią zawsze uciekał. Sowa nie otwierała mu wyjścia na balkon, obawiając się, że kociątko zechce zasmakować wolności i spróbuje skakać w dół. Patrzyli więc na siebie przez jakieś kilka minut – zwierzę wewnątrz, Aleksandra na zewnątrz. Gdy skończyła kawę i papierosa, dziewczyna zawsze wracała do środka z uśmiechem. Kocisko z poziomu parapetu w kuchni stukało ją w ramię swoją głową, a czasem miauczało na nią, chcąc wyrazić swoją dezaprobatę. 

– No już, już jestem – mówiła łagodnie Sowa i drapała burego kota po brodzie. Przymykał wtedy oczy, unosił trójkątny pyszczek do góry. – Już jestem. 

Continue Reading

47. Osiągnięcia dorosłości

Karolina postawiła  na drewnianym stole dwa ogromne talerze pełne ciepłego jedzenia. Adam obserwował uważnie reakcję swojej przyjaciółki, która ubrana w polarową kamizelkę siedziała obok.

– O losie, miałeś rację – westchnęła kobieta. – Wielkie.

– Kasieńko, oczywiście, że miałem – brodaty pracownik schroniska pokazał na pierś kurczaka prężącą się pomiędzy frytkami. – Dzisiaj ucztujemy, bo to ostatni wspólny wieczór z Karoliną. 

– Jak to? 

Głowa Kasi od razu odwróciła się w stronę chudej blondynki. Karolina przepraszająco wzruszyła ramionami. Mijały właśnie cztery pełne tygodnie, w ciągu których zdążyła się uspokoić, znudzić, zakochać w schronisku jako miejscu oraz stanie ducha, a nawet przytyć półtora kilo od serwowanego tam jedzenia. Wyciszyła serce przy oglądaniu map i snuciu planów na kolejne górskie wyprawy. Poznała sposoby na przygotowywanie hurtowych ilości jedzenia, na najszybsze zdejmowanie pościeli, na unikanie obowiązków i wciskanie ich pozostałym tak, żeby się nie zorientowali. 

Przede wszystkim jednak odetchnęła od swojego własnego życia. W wolnym czasie na zmianę gapiła się po prostu przez okno jak odludek lub poznawała mnóstwo niezwykłych ludzi, gdy miała towarzyski nastrój. Cokolwiek przychodziło jej do głowy w związku z czasem spędzonym na Jagodnej, było przysypane wrażeniem słodkim jak cukier-puder. 

– Niestety – odpowiedziała, siadając pomiędzy Adamem a jego potężnym, również brodatym przyjacielem, którego nazywali Zeusem. – Za dwa dni kończę pracę, a skoro ten typ postanowił już jutro ruszać z wami do Czech, to co ja mogę…

– Hola, hola – Kasia przełknęła kęs kolacji i oskarżycielskim gestem skierowała widelec w stronę Karoliny. – Sama go do tego namówiłaś. 

– Bo mówi, że nie był na takiej wycieczce od miesięcy! – roześmiała się blondynka. – Nieustannie siedzi tylko w tym schronisku, które zresztą jest przecudownym miejscem do nieustannego siedzenia, ale niech coś jeszcze w życiu zobaczy. 

Zeus do tej pory w milczeniu zajadał się swoim kurczakiem, ale podniósł teraz brodatą głowę i zamruczał pod nosem:

– Ja pamiętam naszą ostatnią wycieczkę, z czasów mroku i zła…

– Tak? – Karolina wstała od stolika. – To opowiedz, co to był za inny Adam. Mnie pocieszał na wszystkie sposoby, ale nie wspominał o jakichś swoich wielkich życiowych przełomach. Zastanów się, co powinnam usłyszeć, żeby go potem móc szantażować, a ja wezmę piwo z lodówki. Continue Reading