41. Jagodna

Karolina już od dwóch stacji stała przy oknie pociągu i obserwowała przesuwające się drzewa oraz ciemnozielone pagórki. W Kłodzku przykleiła swój konserwatorski nos do szyby. Na widok szarej twierdzy obrośniętej mchem, obiecała sobie, że musi zobaczyć później te stare kamienie z bliska. Na dworcu w Bystrzycy pociąg zatrzymał się, żeby wypuścić na peron licealistów wracających ze szkoły i nieco znużonych dorosłych, wracających z pracy.  Kilkunastu ludzi razem z Karoliną wspinało się po schodkach pod starym dachem. Wyszli na remontowaną ulicę, powoli każdy z nich obierał własny kierunek. Chuda blondynka poprawiła ramiona plecaka przed dłuższą przechadzką. “Od teraz już tylko pod górę” – pomyślała, wyciągając telefon. Jeszcze raz dokładnie sprawdziła drogę.

Oglądając po drodze zaniedbane, ale urocze miasteczko, nie mogła pozbyć się uporczywego przeświadczenia, że coś w życiu robi źle. Wątpliwości dopadały ją znienacka i zaczepiały się wokół kostek jak obciążniki. Zatrzymała się na chwilę przy ratuszu. Patrzyła zmrużonymi oczami na pomnik Świętej Trójcy, grając sama ze sobą w rozpoznawanie świętych po atrybutach. U stóp wysokiej figury wąsaty kamienny facet w hełmie gasił pożar symbolicznego domu. Lał strugi wody z czegoś, co do złudzenia przypominało ozdobny kufel. Nonszalancko oparty o włócznię patrzył w dół i trudno było powiedzieć, czy w ogóle przejmuje się wykonywanym zawodem strażaka. Karolina uśmiechnęła się do niego bezwiednie. “Florian, ty to nawet piwo zmarnujesz, żeby dobrze ugasić. To się nazywa powołanie” – pomyślała i przeszła dalej, a kolejna wątpliwość chwyciła ją za kostkę. 

Czy marnowała czas?

Continue Reading

40. Herbata

Nad zlewem pełnym naczyń Sowa zawsze miała najwięcej refleksji o zabarwieniu egzystencjalnym. Nie wiedzieć czemu widok patelni z przyklejonym kawałkiem smażonej cebuli przywoływał w niej tęsknotę za wiosną. Szklanka po coli mówiła głośno o masowej konsumpcji jako problemie tego świata. Talerz ubrudzony majonezem i mięsnym tłuszczem mógł zaprowadzić myśli na skraj decyzji o byciu wegetarianką. Ale najgorszy ze wszystkich naczyń był dzbanek po herbacie. 

Kupiony w prezencie dla jej ojca przez jakąś dawno już nieżyjącą ciotkę, migotliwy, porcelanowy dzbanek z pozoru niewinnie leżał na boku na dnie zlewu. Kiedy tylko Sowa chwyciła go do ręki, wspomnienia jak fala zmiotły jej poczucie sensu życia, herbaciane fusy wylały się na srebrne dno i spłynęły w stronę odpływu. Aleksandra zamarła bez ruchu z naczyniem w ręce, bezbronna i niezdecydowana, czy powinna poddać się herbacianej nostalgii, czy z nią walczyć. 

Ten dzbanek uczestniczył w rodzinnych niedzielnych obiadach, w jej kolejnych urodzinach z tortem pieczonym przez babcię, w spokojnych październikowych wieczorach, gdy ćwiczyła grę na flecie. Tata zawsze parzył w nim herbatę czarną, a ona, gdy już przeminęła żałoba, a potem okres buntu, zalewała w nim głównie zieloną. Dzieliła się tą herbatą z przyjaciółkami tak samo szczodrze i od serca, jak udostępniała im miejsce do życia na Chopina. O ile picie kawy z przelewowego ekspresu było codziennością, koniecznością oraz niepisaną zasadą poranka, o tyle przygotowywanie herbaty miało dla Sowy zupełnie inne znaczenie. Ten rytuał celebrowała tylko wtedy, gdy mogła spędzić czas dobrze i godnie, z winylem obracającym się w kącie pokoju albo z książką na łóżku. 

Jeśli sytuacja tego wymagała, przygotowywała specjalne mieszanki ze swoich słoików pełnych ziół oraz zasuszonych kwiatów i owoców. Gdy Karolinie trafiały się wyjątkowo paskudne egzaminy, obok jej książek lądował dzbanek pełen energetycznej yerby. Jeśli Gosię męczył bolesny okres i krzyczała na wszystkich w napadzie złości, Sowa nalewała jej melisy. Sobie samej zazwyczaj serwowała herbatę zieloną, białą, ewentualnie czerwoną, jeśli naprawdę miała na to nastrój. 

Aleksandra z głębokim, ciężkim westchnieniem wypucowała gąbką porcelanowy dzbanek i odłożyła go na suszarkę. Ledwie zdążyła to zrobić, do kuchni weszła zawinięta w koc Gosia. Bez okularów, z resztkami wczorajszego makijażu, w ciepłych skarpetach wyglądała jak piętnaście nieszczęść. 

– Sowa – wychrypiała brunetka. – Zrobisz mi herbaty?

– A na co?

Aleksandra chwyciła czysty dzbanek w rękę i postawiła go na stole przed Gosią. 

– Na kaca. Oraz na brak moralności.

Continue Reading

39. To się nazywa panieński

– Czy… jeśli wezmę do ręki tę butelkę… i poleję na ciebie, mogę potem zlizać szampana z twojego dekoltu?

Gosia przyglądała się chłopakowi, który ubrany w elegancką koszulę stał przed nią, oczekując odpowiedzi. W klubie było dosyć ciemno. Nie umiała zdecydować od razu. O ile pamiętała, jej miłość z trzeciego roku miała na imię Szymon. Dwa charakterystyczne pieprzyki na jego policzku udowadniały, że to nie sen – to nie ktoś inny, tylko właśnie mężczyzna będący powiewem przeszłości wskoczył na scenę tego wieczoru panieńskiego niczym deus ex machina.

– Nooo, kochana! – Gosia poczuła, jak na jej ramieniu uwiesza się całkiem już pijana Ania.  Poprawiła świecące diabelskie rogi, które spadały jej z głowy. Jako przyszła panna młoda nie żałowała sobie niczego, nie zamierzała też później żałować tej postawy. – Co to za zbieg okoliczności. My się bawimy w klubie, a tu Szymon!

– To jego kawalerski! – zawołał mężczyzna w czarnej koszuli, który nagle zmaterializował się za plecami Szymona. 

Jedna z dziewczyn uczestniczących w panieńskim wyciągnęła telefon i zaczęła nagrywać video.

– Dajesz, chłopaku – zamiast Gosi odezwała się czerwonowłosa Martyna, koleżanka z pracy Ani. – Lej tę pianę i się nie zastanawiaj!

Szymon z szerokim uśmiechem uniósł butelkę nad Gosią. Jeszcze raz wzrokiem zapytał, czy na pewno to dobry pomysł, a gdy dziewczyna z uśmiechem wzruszyła ramionami, przechylił szampana w stronę jej szyi. Alkohol popłynął po spoconym karku i dekolcie, zatrzymał się na chwilę na brzegu seksownej sukienki, a potem zaczął wsiąkać w materiał. Przy akompaniamencie braw, pisków dziewczyn i wycia mężczyzn siedzących przy sąsiednim stoliku Szymon chwycił Gosię w pasie. Przycisnął swoje usta do jej skóry, przechylił dziewczynę lekko do tyłu. Kiedy znów oboje złapali pion, spojrzał jej głęboko w oczy spojrzeniem na wpół zamglonym alkoholem. 

– To się nazywa kawalerski! – zawołał głośno facet w czarnej koszuli i z hukiem poklepał Szymona po plecach. 

– To się nazywa panieński! – radosny krzyk Ani rozległ się tuż koło ucha Gosi.

Continue Reading

38. W góry

– Obiad jest – mama weszła bez pukania. Zniecierpliwionym gestem pokazała na dywan. – A jeśli to nazywasz sprzątaniem, to chyba ci te lata  w Toruniu zmieniły podejście do czystości.

Karolina siedziała na podłodze w swoim pokoju, wśród rozrzuconych zdjęć ze szkolnych czasów. Trzymaną w ręce odbitkę gładziła nieświadomie kciukiem i z nieobecnym wyrazem  twarzy wpatrywała się w drewniane drzwi z plakatem z przeglądu filmów o górach.

– Dobra, mamo. Już idę. Moment.

Drzwi za panią Kowalską zamknęły się ze skrzypnięciem. Córka nie ruszyła się z podłogi, tylko potrząsnęła głową i spojrzała w dół.

Na trzymanym przez nią zdjęciu kilkunastoletnia, chuda Karolina szczerzyła się do aparatu ponad pokrytym szronem szalikiem. Wystający spod czapki warkoczyk był całkiem biały. Tuż za nią w zimowej scenerii Śnieżnych Kotłów stał wuj Stefan – brodaty ojciec chrzestny, uśmiechnięty od ucha do ucha, ubrany w czerwono-niebieską kurtkę z logo GOPR-u.

– No i co? – powiedziała do zdjęcia, czując jak fala melancholii zaczyna po raz kolejny podmywać jej poczucie stabilności. – Mieliśmy razem wejść na Blanca, a ty postanowiłeś mnie z tym marzeniem zostawić.

Powoli odłożyła zdjęcie na podłogę obok odbitki z ich ostatniej wspólnej wyprawy, urodzinowego zdobywania Rysów. Wuj Stefan już wyniszczony chorobą, z dużo chudszą twarzą, trzymał w ręce małą srebrną przypinkę w kształcie szarotki. Karolinie bardzo spodobały się te znaczki w schronisku, więc obiecał jej, że dokładnie w dniu osiemnastych urodzin, jeśli bez marudzenia wejdzie z nim na najwyższy szczyt Polski, dostanie taką w prezencie.

Dziewczyna wstała z podłogi. Spojrzała na porozrzucane zdjęcia, czując jak melancholia sięga jej już do kostek. Westchnęła głęboko. Wychodząc z pokoju postawiła bosą stopę obok zdjęcia ze szpitala. W bladozielonej twarzy wuja tylko oczy błyszczały jeszcze jakąś iskrą, a Karolina bardzo przejęta swoją rolą czytała mu najnowszy numer gazety, którą prenumerował.

– No nareszcie – mama nalewała barszcz do kubków, buraczkowy kolor wypełniał powoli  białe naczynia. – Już myślałam, że się tam zakopałaś pod zdjęciami.

– Trochę tak. Dzięki.

Dziewczyna przyjęła od mamy barszcz i usiadła przy stole. Tata rzucił krótkie spojrzenie w stronę Karoliny. Podsunął jej talerz z drugim daniem.

– I jak, masz już jakieś dalsze plany? Czy chcesz posiedzieć z nami w domu? – pani Kowalska odsunęła czerwone krzesło. Postawiła na stole kubek z barszczem i usiadła naprzeciwko córki. – Mamy szkolny sezon, trochę wycieczek, trochę Niemców, turystów. Także możesz pomóc, a w tym czasie pomyśleć, czego chcesz.

Dziewczyna oparła głowę na ręce.

– Chciałabym odpocząć – powiedziała w stronę swojej zupy. –  Tak mentalnie. Bo fizycznie, to raczej potrzebuję się czymś zająć.

– Czyli zostajesz?

– Czekam na odpowiedź od schroniska na Jagodnej. Szukają pracownika na kilka tygodni.

Continue Reading

37. Dla kogo

Maciek delikatnie dotknął dłonią miejsca, gdzie ramię Gosi przechodziło w szyję. Przez chwilę w milczeniu przesuwał palcami od granicy jej podbródka do granicy jej bluzki.

– Co tam, bohaterze?

Dziewczyna w tym samym czasie skubała kołnierz jego skórzanej kurtki. W ciemności wrześniowego wieczora nie odzywały się nawet drzewa, wszystkie ptaki ucichły, ulicą nie jechał akurat ani jeden tramwaj, a sąsiedzi nie otwierali żadnego z wielu starych, drewnianych okien. Dwie oświetlone mizerną lampą postaci stały przy wejściu do budynku na Chopina, jednocześnie w siebie zapatrzone i niezdolne do wykonania dalszych ruchów. Maciek poczuł, że jego dłoń trochę poci się z nerwów, więc na chwilę opuścił ją i niechcący uderzył się o chropowaty róg ściany.

– To było miłe, co robiłeś – Gosia uśmiechnęła się szeroko. – Nie przestawaj.

Chłopak natychmiast wytarł obie ręce o nogawki dżinsów. Z zapałem wyciągnął palce w stronę szyi dziewczyny i zanurzył rękę w jej kręconych, ciemnych włosach, a drugą położył na jej talii i przyciągnął Gosię bliżej do siebie.

– A tak też może być?

Brunetka przez materiał spódniczki czuła bliskość Maćka tak wyraźnie, jak nigdy wcześniej. Miała wrażenie, że jej twarz z gorąca zaraz zacznie parować w nocnej scenerii, mimo chłodnego powiewu od strony rzeki. Jedno ramię dziewczyna wsunęła pod kurtkę chłopaka, a drugą ręką zsunęła z nosa swoje okulary i schowała je do kieszeni.

– Dlaczego zdjęłaś?

Gosia widziała teraz twarz Maćka nieco bardziej rozmazaną, ale przeczucie jej nie zawiodło. W miarę, jak przysuwali się do siebie coraz bliżej, ich nosy zetknęły się na milisekundy, a potem Maciek pocałował ją mocno.

– Właśnie dlatego – dziewczyna z uśmiechem stanęła na palcach i oddała pocałunek, jednocześnie przytulając chłopaka, obejmując go ramionami pod skórzaną kurtką. – Nie lubię się całować w okularach.

– A, no to okej. Pomyślałem, że nie możesz już na mnie patrzeć.

– Patrzyłam na ciebie cały wieczór. Nie licząc tego czasu, kiedy patrzyłam na film.

Stali na schodkach do wejścia, całując się z zapałem, jakby pierwszy raz w życiu odkryli istnienie takiej czynności. Stara lampa w kształcie mlecznej kuli nad ich głowami udawała romantyczny księżyc w pełni, powietrze nieruchomo czekało na rozwój wypadków i wydawało się, że ten wieczór musi się skończyć jakimś wielkim finałem.

– Idziemy do środka?

– Jasne.

Continue Reading

36. Stanisław i Sławomir

Sowa boso, ze szpilkami w ręce stała w progu swojego pokoju. Oparta o framugę drzwi sprawdziła godzinę na telefonie – siódma trzydzieści trzy. Tuż za nią Gosia wiązała świeżo umyte włosy gumką i jednocześnie całym swoim istnieniem usiłowała jak najmniej zwracać uwagę wściekłej, zmęczonej Aleksandry.

– No dobrze. Co on tu robi?

– Śpi – zaryzykowała Gosia. 

Sowa rzuciła na podłogę swoje buty. Wokół niej wytworzyła się chmura nabuzowanej energii, trzymana na wodzy jak ognisty rydwan.

– Sowa, serio, co ja innego mogłam zrobić? – brunetka machnęła ręką w stronę łóżka. – Przyszedł tu koło północy, powiedział, że musi na ciebie poczekać. W kuchni już spał Maciek, nie wiedziałam, że Karolina pojechała, mogłabym w sumie u niej go położyć spać… Długo się wahałam, czy mogę go w ogóle wpuścić, czy napoić kawą, wódką, czy czym? Poza tym, miałaś być w domu po trzeciej, a nie po siódmej. Facet zasnął czekając na ciebie.

Sowa westchnęła głęboko. 

– Mieliśmy małe kłopoty na weselu. Rozwalił się głośnik i trzeba było najpierw pożyczyć od znajomego, a potem go oddać, więc trochę zeszło na dojazdy – dziewczyna podeszła dwa kroki naprzód, ale nie odważyła się usiąść na łóżku, które zajmował śpiący w ubraniu mężczyzna. – Przedstawił się chociaż? Czy wpuściłaś go tu na ślepo, jako dobra Samarytanka?

– Powiedział, że ma na imię Stanisław. I że spotkaliście się w Chacie Izerskiej. I że koniecznie musi dzisiaj z tobą pogadać.

Aleksandra zawróciła ze środka pokoju w stronę wejścia. Oparła się o ścianę. Poczuła, że ciąży jej ubrana na występ sukienka z cekinami, ciąży jej weselne jedzenie na żołądku, a najbardziej ciąży jej fakt, że po raz kolejny będzie musiała zdecydować: zapytać Stanisława, o co mu chodzi, czy pominąć ten wątek i cieszyć się, że w ogóle przyjechał? A może wkurzyć się, że przyjechał?

– Ciekawe, co też tak bardzo musi ci powiedzieć – Gosia objęła tułów ramionami, wpatrując się w kawałek łysej głowy wystający spod koca, błyszczący w pierwszych promieniach słońca. 

– No właśnie – Sowa gestem wyprosiła przyjaciółkę z pokoju. Wycofały się do ciemnego korytarza pełnego butów leżących na podłodze. Aleksandra cicho zamknęła za sobą drzwi. – Położę się u Karoliny. Potrzebuję snu dużo bardziej, niż poważnych rozmów z facetami, którzy przyjeżdżają nocą bez zapowiedzi. 

– To co mam zrobić, jak wstanie?

– Nie wiem – Sowa potarła ręką czoło. – Może wlej w niego kawę, każ zrobić zakupy i ulepić sto pierogów albo wyproś z domu. Cokolwiek uznasz za dobry pomysł.  Continue Reading

35. Jak zawsze

Kotek był maleńki i bardzo szybki.  Poruszał się po pokoju Sowy jak bura strzała, przebiegając spod łóżka w stronę gramofonu, a potem za wielką szafę. Przez pierwszy dzień nie udało się mieszkańcom Chopina wywabić zwierzątka z jego kryjówki. W nocy cicho piszczał i miauczał wzywając mamę, ale z podwórka pod kamienicą nie było słychać odpowiedzi.

– Spróbujmy się poznać, zanim obsikasz mi wszystkie kąty – mówiła Sowa miłym głosem, gdy widziała wystające zza stosu katalogów i książek małe uszka. Kociątko po chwili ciszy pokazało się całe. Ostrożnie podeszło do postawionej na środku pokoju miseczki z jedzeniem, rozglądając się na boki. – No i widzisz, głodna bestio, nic ci nie zrobię.

Kotek przysiadł na podłodze jak sfinks i z zaangażowaniem pałaszował jedzenie. Sowa starała się robić jak najbardziej płynne ruchy, aby go nie wystraszyć. Wstała z łóżka i usiadła skrzyżnie naprzeciwko zwierzątka. Przyglądała się jak mlaszcze różowym języczkiem, a jego cienki ogon drgał nieco nerwowo.  

– No i co, chyba dobrze się w życiu najeść, prawda? – powiedziała Sowa z uśmiechem, kiedy wylizał naczynie do czysta. Siedział przez chwilę nieruchomo, obserwując dziewczynę z odległości metra i oblizując maleńki pyszczek. – Co my z tobą zrobimy, hm?

Kotek uniósł głowę trochę wyżej. Jego oczy jeszcze miały kolor zbliżony do niebieskiego, ale już wyraźnie zaczynały się przebarwiać. W południowym słońcu padającym przez okno Sowa widziała, jak wąskie są jego źrenice.

Siedzieli tak razem w ciszy, nasłuchując dźwięków zza okna, gdzie jerzyki z krzykiem przecinały niebo, tramwaje dzwoniły, a samochody snuły się po bruku.

Wśród tej pozornej ciszy rozległ się dźwięk otwieranych drzwi. Oczy kota zrobiły się ogromne, zerwał się i swoim zwyczajem w sekundę znikł pod łóżkiem Sowy.

– Hej, jesteś? – odezwała się z korytarza Karolina. Weszła do pokoju przyjaciółki. – O, czemu tak siedzisz na podłodze?

Continue Reading

34. Prawdziwa przyjaźń

Gosia położyła rękę na trawie tak blisko dłoni Maćka, że gdyby między ich palcami chciał przejść mały żuczek, zaklinowałby się po paru krokach. Zrobiła to oczywiście celowo, nie patrząc w stronę chłopaka i z uwagą obserwując samochody przejeżdżające przez most na drugą stronę Wisły.

– Szkoda, że musisz już iść do roboty – powiedziała. – Mam poczucie, że jest jeszcze mnóstwo tematów, na które byśmy mogli pogadać – zobaczyła, że Maciek otwiera usta i nabiera powietrza, więc natychmiast dodała: – Albo pomilczeć.

– A tak – uśmiechnął się chłopak.

Wypił łyk kawy z kubka termicznego, całkowicie świadomy niewielkiej odległości, która dzieliła jego rękę od palców Gosi. Od kilku dni napięcie między nimi rosło, ale żadne nie wykonało jeszcze ruchu, który mógłby zdradzić jakiś konkretny zamiar. Jednak starczała mała sugestia, że miło by było przed pracą wypić wspólnie kawę na Bulwarze Filadelfijskim i już Maciek stał w progu kuchni z przygotowanymi dwoma kubkami oraz szerokim uśmiechem.

– To mój przedostatni dzień pracy, wraca kumpel, który mi nagrał tę robotę w susharni – chłopak patrzył przed siebie na wodę płynącą pod mostem. – Koniec płukania ryżu.

– Nie chcesz tam zostać? Albo nie możesz?

Maciek skrzywił się i pokręcił przecząco głową.

– Za trzy tygodnie zaczyna się semestr, nie mógłbym tam pracować w pełnym wymiarze godzin. No i to nie jest praca marzeń, chociaż sporo się nauczyłem. A ty? – chłopak machnął kubkiem w stronę Gosi. – Masz już coś na oku? Jakąś furtkę do świetlanej kariery?

Dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem. Spojrzała w stronę Maćka ciepłym wzrokiem, lekko przesunęła dłoń tak, że na ułamek sekundy ich palce dotknęły się pomiędzy źdźbłami trawy.

– Nie, jeszcze nic mam. Co z tego wynika, nie mam też pieniędzy, a to już gorsza wieść – dziewczyna sięgnęła po swój kubek i patrząc na przesuwającą się wolno wodę napiła się z niego kawy. – I jeszcze gorsza wieść jest taka, że w tym tygodniu muszę iść na panieński koleżanki.

– Jeśli panieńskie choć trochę przypominają kawalerskie, to ja bym się raczej cieszył.

– Będziemy w jakimś SPA pod Toruniem, dla panny młodej jest przewidziany piękny prezent w postaci grawerowanego naszyjnika, wieczorem wracamy do Torunia i idziemy na miasto szaleć. Także zabawa, szał, alkohol, mężczyźni, masaże, to wszystko się pięknie wpisuje w hasło “dobra impreza”.

Maciek sięgnął do kieszeni, żeby sprawdzić godzinę na telefonie. W zasadzie musiał już iść, ale na tym trawniku siedziało się z Gosią zbyt dobrze, by przejmować się takim drobiazgiem jak punktualność.

– To co jest nie tak z tym panieńskim?

– Nie chcę na niego iść – Gosia opuściła głowę i spojrzała ze zmarszczonymi brwiami na swoje stopy. – Po pierwsze nie mam kasy, a raczej nie chcę wydawać mojej resztki pieniędzy na wszystkie te atrakcje, prezenty, szarfy, szampany, słomki w kształcie penisów.

– Słomki…

Gosia wykonała ruch ręką, który sprawił, że Maciek nie dokończył zdania, ale zdusił w sobie śmiech. Dziewczyna położyła dłoń w tym samym miejscu na trawie, jeszcze bliżej jego palców.

– Po drugie, panna młoda, czyli Ania jest mi nadal bliska. Byłyśmy na jednym roku.  Ale jej świadkowa, która organizuje panieński… Krótko mówiąc, zepsuła mi piękną przyjaźń.

– Między tobą i panną młodą? – Maciek znów ukradkiem zerknął na telefon. Jeszcze chwila i szef zorientuje się, że go nie ma.

– Tak – Gosia westchnęła ciężko. – Długa historia, w każdym razie kiedy Ania zeszła się z Andrzejem, na początku spędzali razem cały czas, tacy zakochani do szpiku kości, nie zwracający uwagi na otoczenie. Pierwsza faza. Sama słodkość plus tęcza. Było dla nas zrozumiałe, że się trochę odcięli. Świadkowa jest też bliską znajomą Andrzeja. A do tego apodyktyczną, nastawioną na pieniądze zołzą. No i Ania została przez nią zagarnięta do ich hermetycznego towarzystwa, tak bardzo odcięła się od wszystkich swoich poprzednich znajomych, że nie miałam z nią kontaktu kilka miesięcy. Takiego szczerego, autentycznego jak wcześniej. Wymieniałyśmy zdawkowe komentarze na fejsie, czasem jakieś organizacyjne gadki w stylu “jakie polecisz mi kosmetyki”. Dodatkowo wiem, że świadkowa mnie nie znosi. Także szykuje się panieński na bogato, na który nie chcę wydać pieniędzy, dla przyjaciółki, która przestała mnie potrzebować w swoim życiu, organizowany przez laskę, której nie chcę widzieć na oczy.

– Brzmi źle – Maciek wrzucił kubek z kawą do plecaka. – Ale może miej to po prostu w dupie?

– Imprezę, świadkową czy pannę młodą?

– Może… skoro i tak pójdziesz, bo pewnie nie chcesz odmówić, to baw się tak, jakby wszystko między tobą i panną młodą było okej, a świadkową miej w dupie?

Gosia głęboko westchnęła. Patrząc na Wisłę przed nimi zdała sobie sprawę, że podobną radę  dałaby jej Ella. Australijski akcent przemknął przez wspomnienia dziewczyny jak spadająca gwiazda nad Macedonią. Na twarzy Gosi pojawił się lekki uśmiech. Poczuła, że Maciek znów ukradkiem dotyka jej dłoni leżącej na trawie.

– To jak się zachowam, to będzie miara prawdziwej przyjaźni, tak?

– Między nami? – chłopak zarzucił plecak na ramię. Chwycił drobną dłoń Gosi w swoją rękę. Razem wstali z trawnika. Patrzyli na siebie dobrą chwilę, czując jak energia przepływa przez palce i trafia gdzieś wzdłuż kręgosłupa do samych koniuszków stóp. – Ja nie chcę się z tobą przyjaźnić, Małgorzatko.

– Wiem, bohaterze – odpowiedziała Gosia. Wolną ręką dotknęła szorstkiego policzka chłopaka i przesunęła rękę na jego szyję, a potem mocne ramię. – Wiem też, że jesteś bardzo spóźniony. Śmigaj do pracy, słyszę jak ryż cię wzywa.  

33. Kalejdoskop

– Spal go.

– Może najpierw utop, a potem spal?

– Ja uważam, że powinnaś go w ogóle nie dotykać, tylko zdelegować to na nas – Marcin ubrał wiszącą na oparciu krzesła marynarkę. – Jesteśmy bardzo dobrzy we wszelkich czynnościach związanych z niszczeniem, zabijaniem, paleniem, topieniem, rozdzieraniem…

– Spójrz na nią i zastanów się nad własnymi słowami – Sowa przerwała przyjacielowi. Machnęła ręką w stronę Karoliny, skulonej na kanapie. – Czy tak wygląda zdeterminowany człowiek, który zleca morderstwo?

Karolina niepewnie podniosła potarganą głowę znad własnych kolan. Zaczęła trochę żałować, że nie utrzymała wszystkiego w tajemnicy.

– No dobrze – westchnął Marcin. Zapiął marynarkę, ruszył w stronę wyjścia ze swojego mieszkania. – Proszę tylko nie zaczynać realizacji żadnego ze scenariuszy beze mnie. Jak wrócę od fryzjera, to życzę sobie, żebyście wszystkie trzy nadal tu były.

Drzwi trzasnęły. Sowa opadła na kanapę obok Karoliny, a Gosia usiadła na podłodze u stóp przyjaciółki. W milczeniu patrzyły na niewinną białą kopertę zaadresowaną do Karoliny, wysłaną tydzień wcześniej z Kirgistanu. Leżała na ciemnym dywanie koło padów do konsoli i raziła swoim jasnym kolorem, a jeszcze bardziej imieniem nadawcy.

– Jak myślisz, co Wiktor tam napisał? – zaczęła nieśmiało Gosia. – Co właściwie mógłby chcieć ci powiedzieć?

– Nie mam pojęcia – Karolina potarła piegowate policzki obiema dłońmi. – Już przestałam się łudzić, że go dobrze znam. Nie wiem, co mu strzeliło do głowy.

– Jestem w teamie z Marcinem. Powinnaś zniszczyć ten list, zapomnieć typa jak najszybciej, nie powinien już nic dla ciebie znaczyć – Sowa bez uśmiechu sięgnęła ręką po kopertę. – Nie ma znaczenia, co jest w środku. Może jest miły, nabrał pokory i cię przeprosił. Spoko. Może jest idiotą i się będzie tłumaczył. Nieważne. Cokolwiek, powtarzam, cokolwiek jest w tej kopercie, zniszczy ci teraz zbudowane z trudem zdrowie psychiczne. Chcesz tego?

– Nie – mruknęła Karolina w stronę swoich kolan.

Continue Reading

32. Ciąg dalszy

Z każdym krokiem stawianym na polskiej ziemi po wylądowaniu Gosia otrząsała się ze swojej podróży. Wcześniej dziewczyna czuła się schowana za szybą, a teraz na odwrót: pozbawiona jakiejkolwiek bariery między sobą a światem. Odczuwała wszystko trzy razy mocniej, bodźcom nie było końca.

Jednym z pierwszych wrażeń było zimno.

– Ubieraj kurtkę, no już! – jakaś mama na płycie lotniska zatrzymała swojego kilkuletniego syna i opakowywała go w kurtkę jedną ręką. Drugą ciągnęła po asfalcie wypchany do granic bagaż podręczny. – Karol, ile razy mam powtarzać, stój spokojnie!

– Mamooo. Szarpiesz.

Drugim z wrażeń była niewątpliwa brutalność i wulgarność polskiego języka. Po zastanowieniu i przejściu kolejnych kilku metrów w stronę busa do terminala Gosia zmieniła zdanie – to nie sam język był jakiś szorstki i nieprzyjemny. To fakt rozumienia każdego z wypowiadanych słów sprawiał, że odczuwała dogłębnie zarówno złość niecierpliwej matki i irytację kilkuletniego synka. W busie do terminalu Gosia stanęła obok grupy wesołych ludzi w jej wieku, którzy wracali z wakacji. Ich proste komentarze do rzeczywistości i czerwone od słońca nosy były jednocześnie zabawne i dołujące. Świat nieubłaganie przesuwał się za szybą, gdy jechali. Bus wypluł pasażerów obok drzwi do budynku, ponownie zerwał się silny wiatr, który szarpnął włosami Gosi i jej dżinsową kurtką.

Trzecim wrażeniem była samotność. Dziwne połączenie melancholii, ekscytacji z powrotu do domu i możliwości opowiedzenia już za chwilę wszystkich historii. Czekając na pociąg na dworcu w Modlinie Gosia przyglądała się drzewom. Ich liście srebrnym kolorem mrugały do niej zza budynku, a gdy zrywał się silny wiatr, głośno szumiały.

“Nie da się tego opowiedzieć – przemknęło jej przez myśl. – Nie ma takiej możliwości, żeby opisać komuś drzewo i zobaczył je dokładnie tak, jak ja. Choćbym nie wiem jaki zasób słów przywiozła z tej podróży, to nie opiszę, nie zrozumieją. Nie będą wiedzieli, kim dla mnie stała się Ella, ani jak gorąco jest przy autostradzie.”

Continue Reading