6. Hrabina i koronkowe majtki

– Czy ty nie powinnaś gdzieś wyjechać? – odezwał się Maciek, kładąc  na stole w kuchni dodatkową parę kluczy, które specjalnie dla niego dzień wcześniej Sowa wygrzebała z czeluści szuflady.

Właścicielka mieszkania siedziała na balkonie, a swoje spuchnięte stopy zanurzyła w misce pełnej zimnej wody. Odpalała już drugiego papierosa, choć była dopiero dwunasta.

– Niby gdzie? – odpowiedziała, nie patrząc na swojego rozmówcę.

– Nie wiem, gdzie, hrabino – Maciek w dwa dni przeszedł proces tytułowania Sowy na różne sposoby. Zaczął od „landlordzie”, potem bardziej wykwintnie „diuszeso”, przez staropolskie „mości dobrodziejko”, aż do ostatecznej formy „hrabino”, którą to łaskawie zaakceptowała. – Ale jeśli teraz nie wyjedziesz, prawdopodobnie czeka cię tu jakaś zagłada.

– Skąd ta myśl – prychnęła dziewczyna i zaciągnęła się nerwowo papierosem.

Maciek wszedł w jej pole widzenia ze swoimi ramionami atlety. Sowa natychmiast wewnętrznie zmiękła. Postanowiła pozwolić mu wypowiadać do niej słowa, skinęła uprzejmie głową, a tradycyjny koczek zaplątany na czubku jej głowy przechylił się przy tym łaskawym ruchu nieco do przodu.

– Znamy się krótko, ale już nie raz takie rzeczy widziałem. Mój brat to pracoholik i do tego jest uparty jak osioł. Rok temu postanowił pracować w korpo, od tego czasu ma błędny wzrok, wypala pięć paczek dziennie, przestał śpiewać pod prysznicem i jeśli koszula nie jest idealnie wyprasowana, robi swojej dziewczynie awanturę na pół miasta. Nie byle jakiego, bo mieszkają w Łodzi.

Maciek oparty plecami o metalową barierkę balkonu, spojrzał na bose stopy Sowy zanurzone w wodzie. Po krótkiej chwili milczenia pokazał ręką na nogi dziewczyny.

– Pracujesz w sklepie, prawda?

– Tak.

– Jesteś sprzedawcą? Albo może nawet kierownikiem zmiany?

– Tak.

– Ile razy dziennie chcesz zamordować człowieka?

Sowa lekko zmarszczyła brwi. Przez jej głowę przemknął codzienny obraz kobiet, którym należało powiedzieć, jak ładnie wyglądają w tej garsoneczce, jaka to na nią wyjątkowa promocja, że w tym kolorze do twarzy i że na pewno będzie na lata. Zresztą przecież nie tylko klientki były problemem. Bardziej uwłaczające było chyba stałe tłumaczenie współpracowniczkom, co mają robić, bo nie były w stanie przyswoić naraz więcej, niż trzech informacji. Sowa podejrzewała, że ich mózgi są stworzone z tkaniny o strukturze podobnej do obrusa plamoodpornego – nie nasiąkają niczym.

– Zapytaj raczej, kiedy mam okazję spotkać kogoś, kogo bym oszczędziła – odpowiedziała w końcu, strzepując popiół do glinianej doniczki. – Ale poznałeś, że pracuję w sklepie po… moich stopach?

Maciek uśmiechnął się szeroko. Miał między przednimi zębami przerwę, która może u kogoś innego byłaby rażąca, ale przy całej jego osobowości pozostawała tylko charakterystycznym akcentem.

– Pewnie – założył ręce na piersi. – I powiem ci więcej. Poznałem też, że powinnaś sobie zrobić urlop. Skoro dziewczyny pojechały w obce kraje, a ty tu zostałaś i każesz mi się dorzucać do rachunków, to pewnie nie masz hasju. Ale to przecież nie koniec opcji. Może pojedź do jakiejś babci? Cioci? Na wieś? W góry?

Sowa zamyśliła się, patrząc na podwórko kamienicy przez metalową barierkę balkonu. Maciek miał rację – już od dawna marzyła o tym, by odpocząć od miasta, jednak ani razu nie wzięła pod uwagę spełniania tych marzeń. Wszyscy członkowie rodziny Sowińskich oraz Hegenbarth albo odwrócili się od niej po śmierci taty, albo tak jak jej mama wyjechali za granicę, albo byli tak nieciekawi i wścibscy, że odwiedziny u nich wywołałyby tylko u Aleksandry kolejny atak wewnętrznego poczucia bezsensu.

Była jednak rodzina, co do której Sowa mogła mieć pełne zaufanie w kwestii odpoczynku od świata. Co roku razem z Gosią i Karoliną jeździły do chaty położonej nieco ponad Szklarską Porębą. W domu mieścił się pensjonat oraz restauracja, zarządzane przez rodziców Karoliny. Co prawda nie były to więzy krwi, ale między Sową i państwem Kowalskimi wskutek tych regularnych wizyt powstały więzy nalewek, a to prawie to samo.

Sowa przymknęła na chwilę oczy i przypomniała sobie widok, jaki rozpościera się z werandy pensjonatu. Znikło rozpalone, upalne niebo, rozgrzane cegły kamienicy i podwórko zastawione śmietnikami. Była za to soczysta zieleń łąki na tle ciemnych iglastych lasów.

– Okej, jest jedno miejsce – powiedziała dziewczyna ostrożnie. – Podaj mi telefon, chłopcze, to zadzwonię i dowiem się, czy mogę jechać.

Maciek chwycił smartfona, który leżał na stole i podał go z usłużnym ukłonem, mrucząc pod nosem „hrabino!”, a potem znikł w czeluściach mieszkania.  Sowa przeprowadziła krótką rozmowę z ojcem Karoliny. Kiedy uzgodnienia dobiegały już końca, a wizja kilku wspaniałych dni w Szklarskiej Porębie zaczęła wyglądać całkowicie realnie, Maciek ponownie pojawił się na balkonie. W rękach trzymał koronkowe majtki z małą kokardką. Zaczął śmiesznie tańczyć i machać nimi Sowie przed nosem.

– Dobrze, dam znać o której mam pociąg, dziękuję – mówiąc to Sowa odganiała natrętnego chłopaka. – Do usłyszenia!

Dziewczyna odłożyła telefon na stołek obok krzesła, a Maciek dalej podrygiwał i podśpiewywał coś pod nosem.

– Czemu przyniosłeś tutaj gacie? – zaśmiała się Sowa. Spróbowała odebrać mu koronkową bieliznę, ale szybkim ruchem schował ją do kieszeni szortów.

– Czyje to? – zapytał chłopak.

– Możesz łatwo zgadnąć, że nie moje – odpowiedziała dziewczyna. – Ja mam za wielki tyłek na takie koronkowe fanaberie.

Wstała z krzesła, a woda wokół jej stóp cicho plusnęła. Gdy osuszała nogi ręcznikiem, poczuła się w obowiązku jednak bronić prywatnych rzeczy swoich przyjaciółek.

– Skąd ty wytrzasnąłeś te majtki? Grzebałeś dziewczynom w szafach?

– Skądże znowu! – chłopak wyciągnął bieliznę z kieszeni i jeszcze raz obejrzał ją pod słońce  z miną wyrażającą uznanie. – Kiedy dwa dni temu wprowadzałem się do pokoju, musiałem ich nie zauważyć. Dziś znalazłem je na ziemi koło łóżka.

– To pewnie Gosi, musiała je gdzieś zapodziać przy pakowaniu walizki – powiedziała Sowa, podnosząc miskę z wodą. – I co, będziesz z nimi teraz spał?

Maciek zrobił oburzoną minę. Czym prędzej schował bieliznę z powrotem do kieszeni. Poważnym tonem odpowiedział:

– Hrabino. Ja sypiam z dziewczynami, nie z ich majtkami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *