70. Ogólnie pojęta samotność

Karolina pociągnęła spory łyk grzanego wina z kubka, który przed chwilą wręczył jej Kris. Mroźna pogoda utrzymywała się w Szwarcwaldzie od tygodnia, cienka warstwa śniegu pokrywała wszystko wokół: świerki, drogi, daszki jarmarcznych budek ustawionych wokół kamiennego filaru. Stojąc pod wielkim wiaduktem kolejowym, łączącym dwie ściany wąwozu, Karolina poczuła się nagle malutka i przytłoczona. Wzrokiem odszukała pozostałą część ekipy. Wszyscy uczestnicy konserwatorskiego projektu wybrali się w ostatni weekend przed wigilią na legendarny świąteczny jarmark w Ravennaschlucht.

 Radosny śmiech Hanki dobiegł od strony stoiska z bardzo brzydkimi ludowymi wyrobami.

– Kupię to mojej ciotce – machała drewnianym aniołkiem o wykrzywionej twarzy. – Ona zawsze ma taką minę, jak mnie widzi. 

– Strasznie to drogie, ale pyszne – zza lewego ramienia Karoliny wynurzył się Calin z naręczem miejscowych wędlin i dwoma słoikami czegoś, co na pierwszy rzut oka przypominało miód, ale równie dobrze mogło być morelowym dżemem. – Byłem chyba na wszystkich stoiskach, gdzie są degustacje. Najgorsze, że też kupiłem wszystko…

– Ale masz jeszcze na bilet powrotny, co? – rozweselona Irene machnęła w jego stronę pustym już kubkiem po grzańcu. – Wydaje mi się, że potrzebujemy uzupełnić płyny. 

Karolina niespiesznie podążała za nimi i dopijała resztki swojego wina. Pod wielką choinką obsypaną szczodrze światełkami kłębił się leniwie tłum ludzi. Gdzieś pomiędzy innymi dźwiękami, muzyką, stukotem kół pociągu przejeżdżającego na górze, słyszała głównie niemiecki, ale dało się też rozpoznać inne języki. Bywała nie raz na jarmarku we Wrocławiu – kolorowym, tłumnym, gwarnym i pełnym zapachów – ale ten w Szwarcwaldzie miał zupełnie inny klimat. Ściśnięte w wąwozie sklepiki oraz kramy sprawiały wrażenie naturalnie wyrosłych z ziemi, a nie postawionych na początku grudnia zgodnie z planem lokalnych przedsiębiorców. W kilku miejscach wokół choinki paliły się ogniska, przy których zmarznięci ludzie ogrzewali stopy, patrzyli na siebie z radością i śmiali się pijąc grzaniec. Dzięki mniejszej skali całość była bardziej przytulna, a zamiast agresywnej muzyki gdzieś niedaleko Karolina usłyszała znajomą melodię, przebijającą się przez rozmowy ludzi.

Dziewczyna ruszyła w stronę, skąd dobiegały dźwięki.

“I wish I had a river I could skate away on”…

Stanęła pomiędzy ciepłem jednego z ognisk a budką, gdzie zamontowany był głośnik. Wsłuchała się w melodię tak uważnie, że odcięła od niej w głowie pozostałe dźwięki. Ledwie zamknęła na chwilę oczy, pomyślała o tym, że w Toruniu Wisła na pewno tak jak zawsze przepływa pod mostem. Ciemna woda wiruje, sunie w dal bez zatrzymania, nieubłaganie prze naprzód. Rozedrgane światła i panorama miasta delikatnie drżą, odbite od tej wodnej masy. Nad Toruniem na pewno ciemnieje teraz taka sama noc, jak tutaj. A rzeka płynie i płynie. Nic jej nie zatrzymuje, nic jej nie przeszkadza, ona tylko powoli toczy swoje wody i gdyby jej zabrakło, cały Toruń nie miałby sensu. 

Pomyślała ciepło o Sowie i Gosi, które prawdopodobnie jeszcze dzisiaj biegają i załatwiają wszystko co konieczne, by święta odbyły się zgodnie z ich planem. Mama w domu w Szklarskiej Porębie na pewno też szaleje z porządkami i zakupami, tata się na nią denerwuje i mówi, że święta i tak przyjdą. Uśmiechnęła się smutno, otworzyła oczy. 

– Karolina, tu jesteś! – uśmiechnięty Kris z zaczerwienionymi policzkami nagle pojawił się obok. – Co tak się zamyśliłaś?

– Tęskno mi. 

Continue Reading

69. Śnieg

Gosia zdjęła słuchawki i powiesiła je sobie na szyi. W przytłumionym świetle lampki stojącej na radiowym biurku zobaczyła, jak Igor rozkłada ręce w geście zrezygnowania. Dziewczyna pokręciła głową.

– Serio?

– No nic na to nie poradzę!

– Igor. Serio? – nachyliła się w stronę monitora i przeczytała dwa wersy piosenki, która wygrała konkurs na świąteczny hit. – “Śniegu padaj, padaj śmiało, ale tutaj cię nawiało”? Czy lepsze jest “Przytul się do mnie mój kocie, nie siedź dziś tyle w robocie, bo Święta, Święta, Święta”?

– Taką piosenkę wybrali nasi słuchacze. Nic nie poradzę na to, jakich mamy słuchaczy.

Redaktor napił się kawy  ze swojego kubka. Z premedytacją unikał wzroku młodszej koleżanki. Poprawił dłonią maleńkie bombki na ich mikro choineczce, stojącej pomiędzy monitorami.

– No trudno. Albo grubo, albo wcale – Gosia z powrotem założyła słuchawki, widząc, że zbliża się czas na jej wejście. Ostatnie nuty świątecznej piosenki wwierciły się w jej uszy dźwiękiem kiczowatych, elektronicznych dzwoneczków. – To była zwyciężczyni naszego konkursu, Zuza Woźniak. Możecie być pewni, że jej “Kochany Mikołaju” zabrzmi jeszcze nie raz na naszej antenie. Śnieg również prawdopodobnie pojawi się dziś w naszym mieście, więc jest czego wypatrywać. Prawdziwa zima jeszcze tego popołudnia może dać się nam we znaki. A teraz wszyscy kierowcy, proszę was o uwagę, bo Bartek ma już dla was najnowsze informacje na temat korków na toruńskich drogach. 

Czerwona lampka nad jej głową na chwilę zgasła, kolega z sąsiedniego studia przejął głos. Gosia znów zdjęła słuchawki i spojrzała na Igora z wyczekiwaniem. Wpatrywał się w ekran swojego monitora, czytając wypowiedzi słuchaczy na radiowej stronie na Facebooku.

– “Szybko wręczaj nam prezenty, nie bądź znowu taki święty, Mikołaju, Mikołaju, Mikołaju?”

– Gosieńko! – zneicierpliwiony śmiech Igora wypełnił studio nagraniowe, ale natychmiast zmiękł, wtapiając się w ciemne gąbki na ścianach. – Jak masz ochotę pracować dla jakichś wyższych celów kulturalnych, to mamy jeszcze w tym mieście galerie sztuki, teatr i całkiem sporą uczelnię. Trzeba było znaleźć inną pracę, niż paplanie co rano w regionalnej rozgłośni dla zwykłych ludzi. 

Młoda dziennikarka machnęła ręką.

– Dobra. Dopóki nie muszę publicznie na antenie przyznać, że ta piosenka jest cudownym, ciepłym hitem i bardzo mi się podoba, to nie ma problemu. Nie będę przecież nawet przeprowadzać wywiadu z tą Zuzą.

Igor o mało nie zakrztusił się pitą właśnie kawą. Bez słowa, powolnym ruchem odstawił kubek na blat biurka. Gosia rzuciła okiem na jego zachowanie i po złośliwym uśmieszku czającym się w kącikach ust poznała, że wpadła jak śliwka w kompot. Jeśli jeszcze nie została oddelegowana do tego zadania, to na pewno będzie. 

– Jesteś potworem – powiedziała z przekonaniem. Widząc, że zaraz znów wchodzą razem na antenę, założyła słuchawki i dodała: – Będziesz się smażył w tym kręgu piekła, gdzie w kółko puszczają durne świąteczne piosenki.

 


Manewr z nalewką zaproponowany przez mecenasa Dobkowiaka w pierwszej fazie negocjacji nie przyniósł pozytywnego skutku. Sowa porozmawiała co prawda ze swoją sąsiadką o starych czasach, powspominały dziadka z czułością, ale nie udało jej się dogadać w sprawie dokumentów własności mieszkania. Nawet nie dotarły do tego tematu. Starsza pani mimo mizernej postury miała mocną głowę, a odzwyczajona od picia Aleksandra jeszcze przez dwa dni po wizycie na Rubinkowie u siostry pani Mularczyk reagowała odruchem wymiotnym na samo wspomnienie słowa “alkohol”. Na domiar złego dziś robotnicy na strychu piłowali, pukali, walili, stukali, wiercili i nie zamierzali przestać aż do popołudnia. Jako właścicielka lokalu i ich pracodawczyni mogła co prawda powiedzieć im, że mają fajrant aż jej przejdzie ból głowy, ale nie chciała powodować kolejnego dnia opóźnienia w kalendarzu prac nad stworzeniem hostelu.

 Remont bardzo mozolnie szedł naprzód. Wchodząc teraz na strych można było wyróżnić konkretne pomieszczenia, zlokalizować łazienkę, spojrzeć na światła miasta przez nowe okna. Nerwy Sowy nie spuchły na szczęście od dyrygowania tą orkiestrą majstrów – wynajęta firma solidnie zajmowała się każdym zadaniem, a nadzorujący ludzi pan Witek nie miał żadnej wady oprócz kompulsywnego palenia papierosów i seplenienia. Aleksandra nie wiedziała jak pracownicy z grupy remontowej są w stanie go zrozumieć. Zanosiło się na to, że przed świętami uda się zamknąć ostatni etap remontu i zostanie tylko to, co Sowę przerażało i ekscytowało jednocześnie: urządzanie wnętrza. 

Sowa akurat siedziała w kuchni pilnując gotującego się rosołu, z laptopem otwartym na stronie z roletami okiennymi, gdy wściekła jak osa Gosia wróciła do domu po pracy. Głowa jeszcze trochę bolała Aleksandrę, więc dodatkowy tajfun emocji przechodzący z hukiem przez korytarz nie był dla niej niczym przyjemnym. 

– Co za podły pacan! Idiota dyplomowany!

– Cześć, Gosiu – rzuciła w stronę wejścia.

– Bałwan okropny, wredny orangutan! – z korytarza dobiegł dźwięk spadającej z szafki torebki. – Aaaa, nienawidzę tego dnia! Jestem głodna, zmarznięta i jeszcze muszę za godzinę jechać do tej idiotki, która ani nie umie śpiewać, ani pisać tekstów!

Młoda dziennikarka weszła do kuchni po kilkunastu sekundach rzucania rzeczy w korytarzu. Przyjrzała się przyjaciółce zatopionej w oglądaniu kolorowych zasłon. Uniosła podbródek w górę, zaczęła węszyć, w końcu jej wzrok padł na garnek czerwieniący się na kuchence.

– Rosół? – zapytała z nadzieją.

– Tak, będzie za jakieś pół godziny. Chyba zdążysz zjeść.

Dziewczyna ciężko usiadła na krześle naprzeciwko Sowy. W ciszy było słychać jedynie jakieś pukanie na strychu, a pomiędzy tymi dźwiękami kroki ludzi na klatce schodowej. Gosia westchnęła głęboko.

Sowa oderwała na chwilę wzrok od komputera.

– Dzisiaj ma przyjechać Stanisław – powiedziała.

– O, faktycznie. To już? – brunetka pokręciła głową z niedowierzaniem. – Grudzień to prawdopodobnie najkrótszy miesiąc w roku. Nie mam pojęcia, kiedy to minęło. 

– Ja też.

– Cieszysz się, że Staś będzie tu na dłużej?

Aleksandra uśmiechnęła się. Trudno było jej znaleźć słowa, bo gotowość na jego przyjazd w zmiennych proporcjach mieszała się w niej z obawą. Pozwalała sobie czasem wybiegać myślami w przyszłość, ale trzymała je wszystkie na rozsądnej smyczy – bez przesadnego hasania po zrealizowanych marzeniach. 

– Co będzie, to będzie – odpowiedziała w końcu. 

Obie przyjaciółki w milczeniu siedziały przy kuchennym stole, każda zanurzona we własnych myślach. Po dłuższej chwili Sowa wstała, żeby doprawić rosół. 

– O, pada śnieg – uchwyciła kątem okna płatki wirujące za oknem. – Twoje radio nie kłamało.


– Sowa, Sowa. Obudź się.

Stanisław potrząsnął delikatnie ramieniem dziewczyny, która ubrana w pasiastą piżamę spała mocno pod kołdrą. Przez chwilę nie mogła zrozumieć co się dzieje i dlaczego jakiś wielki facet zimną ręką dotyka jej we własnym łóżku. W ciemności wypatrzyła łysą głowę.

– Obudź się, no dalej!

– Stasiu – wymamrotała Aleksandra. Sięgnęła po leżące na nocnej szafce okulary. – Jesteś wreszcie.

– Musisz się ubrać, wystarczy kurtka – podekscytowany Stanisław uśmiechał się znad szalika. – Obiecuję ci, że nie będziesz żałować. 

– Teraz? – Sowa spojrzała na swój telefon, żeby sprawdzić godzinę. – Jest środek nocy.

– Właśnie! Teraz jest najlepiej!

Dziewczyna z niechęcią spojrzała w stronę okna. Pomarańczowa łuna od kilku godzin tworzyła tło dla dachów starego miasta, ale zdawało się, że śnieg już nie pada. 

Stanisław podał Sowie sweter leżący na krześle obok łóżka.

– Nie wiem, co kombinujesz – odpowiedziała dziewczyna. – Ale jeśli zmarznę i będzie mi źle, to nie wracasz na Chopina, tylko nocujesz w aucie.

Mężczyzna dalej z uśmiechem popędzał ją, żeby się ubierała. Zeszli na dół, otworzył jej drzwi swojego samochodu. Dopiero po chwili Sowa zorientowała się, że wokół jest dość jasno jak na trzecią w nocy – puszysta warstwa śniegu pokrywała całe miasto. Nienaruszona i dziewicza upiększała wszystko: chodniki, dachy, drzewa, przystanki, auta. Ruszyli spod kamienicy na Chopina po pokrytej bielą drodze.

– Ale jest ślicznie – powiedziała Sowa, gdy mijali Plac Rapackiego i zawracali w stronę Bydgoskiego Przedmieścia. – Dokąd jedziemy?

– Na górkę.

Kilka minut później Sowa wysiadła z samochodu prosto w puchaty, biały dywan przy wejściu do parku. W świetle latarni wydawało się, że śnieg jest różowo – pomarańczowy. Gdzie tylko sięgnęła wzrokiem, skrzyła się kołderka z mroźnych płatków. Aleksandra popatrzyła krytycznie na swoje niezawiązane buty, z których wystawały spodnie od piżamy. Usłyszała, że Stanisław zatrzasnął bagażnik. Kiedy odwróciła się w jego stronę, stał przy aucie szeroko uśmiechnięty, a w ręce trzymał sznurek od drewnianych sanek.

– Siadasz?

Sowa szczerze zdumiała się na ten widok.

– Boże, nie wiem, kiedy ostatni raz byłam na sankach.

– To zapraszam.

Od miejsca, gdzie zostawili samochód, aż do szczytu parkowej górki Aleksandra milczała i w zachwycie chłonęła zimowy krajobraz. Staś ciągnął sanki, szedł przodem. W ciszy nocy słychać było tylko skrzypienie śniegu pod jego butami i ślizganie się metalowych płoz po zasypanym chodniku.

Dojechali. Mężczyzna usiadł za Sową na sankach, które natychmiast przechyliły się do przodu. W akompaniamencie radosnych pisków i krzyków zjechali w dół, kończąc oczywiście w głębokiej zaspie. Otrzepali się, podbiegli na szczyt górki i zjechali jeszcze raz. Potem jeszcze raz, zawsze kończąc na boku, plecach, brzuchu albo twarzy. Ich zabawa wytyczyła w nienaruszonej niczym, białej połaci nieregularne ścieżki, po których z zapałem wspinali się znów do góry. Sowa z zadyszką ciągnęła sanki, kiedy poczuła, że Stanisław chwycił brzeg jej kurtki i próbuje ją przewrócić. Broniła się zaciekle, ale nie miała z nim szans – po chwili oboje leżeli na ziemi, cali w białym zimnym puchu. Mężczyzna patrzył z zachwytem na czerwony z zimna nos Sowy, jej mokre rękawiczki i okrągłe okulary, w których odbijało się światło latarni.

– Dzięki, że jesteś – powiedział miękko, a w powietrze uniósł się obłoczek pary.

– Jeszcze raz! – zawołała Sowa. Jednym ruchem ciała podniosła się z ziemi.  Niedbale otrzepała kurtkę ze śniegu. – No dalej, kto ostatni na górze, ten jutro robi śniadanie.

 

68. Aż do śmierci

Sowa patrzyła w zamyśleniu na gałęzie sosen nad swoją głową. Ciemne na tle jasnoszarego nieba chwiały się powoli, jakby tańczyły w zwolnionym tempie do szalejącego w ich koronach wiatru. Na szczęście na ścieżce nie był aż tak silny.

– Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam w lesie – powiedziała dziewczyna, wciskając zmarznięte ręce głęboko do kieszeni kurtki. 

– Ja staram się być codziennie – odpowiedział mecenas Kamil Dobkowiak wesołym tonem. – Przez tę szaloną, niewybieganą… No właśnie, gdzie ona zwiała? Nela!

Brązowa, smukła sylwetka psa wystrzeliła z pobliskich krzaków w stronę swojego właściciela. Zahipnotyzowana wpatrywała się w trzymaną przez Kamila piłkę. Machając ogonem Nela uderzała co chwilę o nogę Sowy, co bolało tak mocno, jakby ktoś bił ją w udo napiętą liną albo cienką listewką. W końcu po wykonaniu komendy mecenas rzucił psu piłkę. Suka w niewiarygodnym tempie pognała przed siebie.

– Nawet bym cię przeprosił, że się tym razem nie spotykamy w kancelarii, ale chyba mi tu nawet lepiej, niż w centrum miasta. 

– Dopóki zawozisz mnie i odwozisz na Chopina, możemy jeździć do lasu na każde spotkanie.

– Oho, zapamiętam! – Kamil roześmiał się. Jeszcze raz rzucił podekscytowanemu psu piłkę. – A przechodząc do meritum… Jednak mamy na naszej drodze ku świetności pewną przeszkodę. Pani Mularczykowa spod dwójki nie chce się zgodzić na nasze warunki. 

– Mularczykowa? – Sowa w zdumieniu spojrzała na prawnika. – Przecież ona od kilku lat u nas nie mieszka. Wyprowadziła się do siostry, na Rubinkowo. 

Mecenas wzruszył nieznacznie ramionami. 

– Nie mieszka, ale formalnie uważa się za właścicielkę lokalu. Dała mi wyraźnie znać, że nie zamierza tej sprawy załatwiać pokojowo. 

Przez chwilę szli w milczeniu, a pod ich stopami trzaskały suche gałązki. Wśród szelestu liści ze ścieżki po prawej stronie wyłonił się zdezelowany rower. Starszy pan majestatycznie pedałował dalej, nie zwracając uwagi na psa, który kilka razy szczeknął na niego ostrzegawczo. 

– No dobrze, czyli co z tym robimy? – zapytała Sowa. – Mam siedzieć i czekać na jakieś kroki prawne, które podejmiesz, czy mam zadzwonić do niej i wyjaśnić, co się wydarzyło?

Kamil przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią. Wesoły wyżeł biegał w tym czasie wokół jego ręki i szczekał, żeby ponownie rzucić mu piłkę. 

– Najlepiej chyba będzie zacząć od zwykłego telefonu. Macie jakieś wspólne wspomnienia z przeszłości? Czy ona znała twojego dziadka?

– Tak, znała – dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem. – Jako banda dzieciaków robiliśmy sobie z niej żarty i dzwoniliśmy do jej drzwi bez powodu. Potem oczywiście uciekaliśmy. Kiedyś ktoś jej nawrzucał patyków do skrzynki na listy, bo nas goniła jak graliśmy w piłkę. Dziadek po takich akcjach szedł do niej na ugodę ze swoją wiśniową naleweczką. 

– O, proszę. Jest o co zahaczyć. Nela, NIE! – spokojną wymianę zdań przerwała wydana ostrym tonem komenda. Kiedy mecenas upewnił się, że pies porzucił wąchanie sarnich bobków, ponownie podjął temat. – W takim razie proponuję ci wybranie się do niej z naleweczką. 

– Okej. A jak to nie pomoże?

– Spotkamy się na kolejnym spacerze, porzucasz Neli piłkę i przygotujemy parę nudnych pism, wzywających panią Mularczykową do opamiętania się. 

– Brzmi jak plan.

Nela przyniosła piłkę prosto w ręce Sowy. Obśliniona, gumowa kulka dotknęła dłoni dziewczyny, a ta skrzywiła się z niesmakiem. Popatrzyła w brązowe, radosne oczy psa i westchnęła z rezygnacją. Mocniej chwyciła śliski przedmiot, rzuciła go daleko pomiędzy drzewa. Nela ruszyła jak strzała, wzbijając małą chmurkę suchych liści w powietrze. 

– A mówiąc o planach… Widzimy się dzisiaj na wieczornym graniu?

– Chciałabym, ale chyba nie – Sowa wycierała ręce w ostatnią czystą chusteczkę. – Dopiero po południu może przyjść elektryk, więc nie wiem do której będę uziemiona. Takie tam sprawy do załatwienia, rozumiesz.

Mecenas Dobkowiak wypatrzył nadbiegającego spomiędzy drzew psa. Rzucił się ku niemu, aż poły eleganckiego płaszca zafurkotały w powietrzu. Udało mu się dopaść Nelę i przewrócić ją na ziemię dla zabawy. Suka zaszczekała, wyślizgnęła się zręcznie z jego uścisku. Kamil zachwiał się i niemal całkowicie stracił równowagę, w ostatniej chwili podparł się ręką o ziemię.

– Boże, to dorosłe życie nas kiedyś zabije! – roześmiał się.  Continue Reading

Świąteczne Pudełko z Kryzysem

Jeszcze nie masz papierowego Kryzysu, a potrzebujesz jakiegoś pretekstu, by go zdobyć?
Chcesz zarazić kogoś czytelniczą pasją, podarować zestaw na trudne czasy?

Z radością odpowiadam na tę potrzebę! Zamów Pudełko z Kryzysem i uciesz kogoś (lub siebie) papierową książką z ilustracjami, ceramicznym kubkiem gotowym na codzienną służbę na Twoim biurku oraz naklejkami lub pocztówkami z kryzysowymi ilustracjami.

Zestaw jest uniwersalny, jeśli chodzi o wiek: nie trzeba mieć 25 lat, by go otrzymać.  Jest też unisex, bo przecież trudne czasy nie omijają nikogo.

Zamów swój Kryzys TUTAJ.

67. Orion

– Kim właściwie jest ta twoja koleżanka? – zapytał Kris, poprawiając pasek zapakowanego po brzegi plecaka.

– Ma na imię Valeria. Znamy się ze studiów, przyjechała do Polski na Erasmusa i obiecałyśmy sobie, że jeszcze się zobaczymy – Karolina odblokowała telefon. Sprawdziła jeszcze raz, czy przypadkiem nie przyszła jakaś nowa wiadomość. – Potem wróciła do Hiszpanii, pracowała na jakiejś ekologicznej farmie, jeździła po Afryce stopem i w końcu kupiła sobie vana. Teraz mieszka w nim z dwoma psami.

Kris schował zmarznięte ręce do kieszeni. Od pół godziny stali we dwoje na przystanku, robiło się coraz zimniej, a pod ponurym niebem w ciemności znikały powoli wzgórza Szwarcwaldu pokryte cienką warstwą śniegu. 

– Może coś ją zatrzymało?

– Nie wiem, nic nie pisze…

Chwilę później zza zakrętu wyłonił się żółty Volkswagen Transporter z naklejoną na masce psią łapką. Terkocząc i prychając auto zatrzymało się w zatoczce przystanku, na którym czekali Karolina i Kris. Dziewczyna podeszła do drzwi, żeby je otworzyć. Z siedzenia pasażera spojrzał na nią w dół łaciaty pies o jednym oku błękitnym, a drugim brązowym. Znad psiej sylwetki wynurzyła się dziewczyna z ciemnymi dredami.

– Wsiadajcie, szybko! 

Kris zaraz za Karoliną wspiął się na pokład żółtego wehikułu, który wydawał głośne dźwięki niezależnie od tego, czy było się na zewnątrz, czy wewnątrz. Pies zeskoczył na tył, a oboje nowych pasażerów znalazło swoje miejsce z przodu. Kris zamknął drzwi, Valeria ruszyła naprzód. 

Zwisający z lusterka łapacz snów pełen piórek i koralików poruszył się w prawo i w lewo, gdy van włączał się do ruchu.

– Coś się stało, że tak późno dotarłaś?

– O, spóźniłam się? – Hiszpanka spojrzała na zegar w desce rozdzielczej. Przepraszająco machnęła ręką. –  Miałam problem, żeby wyjechać z poprzedniego noclegu jak sypnęło śniegiem. Ale już wszystko dobrze. Droga przed nami, chmury nad nami, wszystko będzie dobrze!

– Cześć, jestem Kris – chłopak wychylił się do przodu i przywitał z uśmiechniętą dziewczyną kierującą pojazdem. – A dokąd właściwie jedziemy? Karolina tylko mówiła, że spotkać się z jakimiś ludźmi…

– Tak, jedziemy na polanę pośrodku niczego. Dokładnego adresu nie pamiętam, ale mam tu wklepany w nawigację – radość Valerii kontrastowała teraz z wyrazem twarzy Krisa. – Spotkamy się ze znajomymi, których ostatni raz widziałam w Afryce i ich rodziną. Będzie para cyfrowych nomadów z Niemiec, małżeństwo pracujące zdalnie jako obsługa IT oraz ich kuzynka z dziewczyną. One też mają psa, nie mieszkają cały rok w kamperze jak ja, ale wynajęły sobie na dwa tygodnie. Są chyba… Piosenkarkami? Nie wiem, w każdym razie zajmują się muzyką. 

– To wesoło – podsumował Kris, wpatrzony w krętą drogę wijącą się pomiędzy świerkami.

Continue Reading

66. Rozmowa z Maćkiem

Maciek położył dłoń na barierce schodów. W korytarzu oświetlonym mdłym światłem żarówki zagradzał sobą całe przejście. Spojrzał na Gosię. Udawała, że szuka czegoś w torebce.

– Porozmawiaj ze mną teraz.

Dziewczyna uniosła głowę. Zniecierpliwiona machnęła rękoma.

– Nie mam czasu, nie widzisz? Muszę iść.

– Na takie rzeczy nigdy go nie masz.

– Na jakie rzeczy.

Maciek westchnął i opuścił głowę. Dziewczyna przez chwilę patrzyła w milczeniu na wysokiego faceta, który przez ostatnie tygodnie znaczył dla niej coraz mniej. Z początku biła się z myślami, w duchu karciła za swoje zachowanie, aż w końcu przestała odpowiadać na jego wiadomości i czuć jakiekolwiek wyrzuty sumienia z tego powodu. Teraz Maciek stał przed nią nieruchomo, ubrany w zimową kurtkę z plamami od deszczu na ramionach. 

W końcu podniósł wzrok. 

Gosia miała wrażenie, że cały świat razem z nią wstrzymał oddech na kilka sekund. W koniuszkach palców poczuła lekkie mrowienie. Poruszyła dłońmi nie spuszczając oczu z Maćka, a napięcie i czas zatrzymane w powietrzu wokół nich znów zaczęły płynąć. 

– Chcesz rozmawiać teraz? – zapytała.

– Tak.

– Tutaj?

– Tak.

– Dobrze.

Dziewczyna stanęła pewniej na nogach. Zaplotła ręce na piersi. Gdzieś nad ich głowami, na remontowanym poddaszu, rozległ się warkot wiertarki. 

– To o czym chcesz rozmawiać? 

– O tym, co się dzieje między nami – Maciek lekko zmarszczył brwi. – Albo raczej co się nie dzieje. Dowiedziałem się przypadkiem od Sowy, że byłaś na jakichś Andrzejkach beze mnie.

– No i co, nie mogę iść bez ciebie na imprezę?

– Oczywiście, że możesz! Po prostu nic mi nawet o tym nie powiedziałaś. Nie widujemy się ostatnio prawie wcale…

– Jestem bardzo zajęta.

– …Bo zawsze pracujesz, musisz gdzieś iść, nie masz czasu ani ochoty na żadną aktywność, która miałaby się dziać w moim towarzystwie. Małgorzatko.

Maciek wszedł o jeden stopień wyżej. Wiertarka nad ich głowami ucichła nagle, a światło na korytarzu automatycznie zgasło. Oboje machnęli rękoma, żeby znów się pojawiło. 

– Małgorzatko… – głos chłopaka załamał się ledwie zauważalnie. – Co się dzieje?

Dziewczyna oparła się biodrem o barierkę. 

Na tak postawione pytanie nie miała gotowej odpowiedzi. Mimo, że już od jakiegoś czasu układała sobie w głowie potencjalne monologi, które miały trafić do jej chłopaka podczas trudnej rozmowy, mimo wpisywania na próbę (i potem kasowania) rozsądnych wiadomości w okienko czatu w internetowym komunikatorze, mimo wszystkich podjętych wcześniej wysiłków, by rozłożyć tę sytuację na czynniki pierwsze, na logiczne powody oraz światłe refleksje, wyszło jak zawsze – niezbyt mądrze.

– Nie czuję już… tego. 

Maciek zacisnął mocniej rękę na barierce schodów. Wiertarka znów odezwała się nad ich głowami. 

– Ale przecież jak tylko mi mówiłaś, że coś ci nie pasuje, starałem się to naprawić. Próbowałem odpowiedzieć na wszystkie twoje prośby i rozwiewać wszystkie wątpliwości.

– Wiem, że się starałeś – dziewczyna dalej trzymała ramiona zaplecione na piersi. – Bardzo to doceniam. Ale…

– Wiesz, że “ale” przekreśla poprzednie zdanie?

– Nic nie przekreśla! – zniecierpliwiła się Gosia. – No nie wiem. Po prostu coś się wyczerpało. Nie wierzę, że nam się uda wrócić do tego pięknego początku, który mieliśmy. 

– Mi się nic nie wyczerpało – Maciek wszedł o jeszcze jeden stopień do góry, a dziewczyna automatycznie odsunęła się od niego. – Ja chcę z tobą być. 

– No widzisz.

Światło w korytarzu znów zgasło automatycznie, jakby zadrwiło z wypowiedzianych przez Gosię słów. Chłopak machnął ramieniem w powietrzu, a żarówka rozświetliła korytarz i wydobyła z mroku niedużą figurkę Gosi, która w szarym płaszczyku, z nieco wystraszoną i naburmuszoną miną, nieruchomo stała pośrodku półpiętra.

– Ja już nie czuję, że jest tu cokolwiek do naprawienia. Nie ma o co walczyć.

– Nie zgadzam się. Chcę o ciebie walczyć.

– Maciek, naprawdę! – na policzkach Gosi pojawiły się rumieńce. – Ja już nie jestem jakąś tam studentką, mam zupełnie inny tryb życia, mam inne cele i priorytety…

– Zakochałaś się w kimś innym? – chłopak bezwiednie zniżył głos do groźnego tonu. – W kimś z radia, tak?

Przez moment oboje stali nieruchomo, nie odzywając się do siebie. Na tak postawiony zarzut Gosia miała ochotę na złość chłopakowi wykrzyczeć, że u niej w pracy przynajmniej można z kimś pogadać na poważne tematy, a nie o najnowszym wyniku w internetowej grze w czołgi. Wahała się też, czy nie zaprzeczyć gwałtownie – nie chciała, by Maciek pomyślał, że jej decyzja w jakikolwiek sposób jest podyktowana wydarzeniami z zewnątrz. Postanowienie, by się z nim rozstać, było być może bardziej efektem zaniedbania niż racjonalnej kalkulacji, ale w całości należało do niej. Zanim jednak znalazła sposób na udowodnienie swoich intencji, chłopak pokiwał głową, jakby wszystko było już dla niego jasne. Ucichła też wiertarka. 

– Dobrze. Dobrze – powtórzył. Wsadził obie ręce do kieszeni. – Rozumiem.

– Co rozumiesz?

Zamiast odpowiedzieć na jej pytanie, chłopak odwrócił się na pięcie. Znów na chwilę zgasło światło w korytarzu, więc zanim Gosia zdążyła zareagować, Maciek był już pół piętra niżej. 

– Hej, poczekaj! – zawołała za nim. Ruszyła w dół po schodach. – Poczekaj!

Zdenerwowany chłopak zatrzymał się dopiero przy skrzynce na listy na parterze. Podłoga była tam śliska od naniesionej przez mieszkańców wody. Gosia z rozpędem zeskoczyła z ostatniego schodka i poślizgnęła się na kafelkach. Kiedy odzyskała równowagę i odszukała wzrokiem swojego chłopaka, nadal nie wiedziała, dlaczego zawołała za nim, aby się zatrzymał. Zrobiła to odruchowo, żadne sensowne słowa nie przychodziły jej do głowy, gdy patrzyła na jego szerokie ramiona, mokre od deszczu. 

– Ja nie chciałam, żeby tak wyszło.

Ledwie skończyła mówić te słowa, już miała wrażenie, że to zupełnie inny przekaz, niż dyktowały jej serce razem z głową.

Maciek zamknął oczy. Domyśliła się, dlaczego. Po chwili na brzegu jego powiek zobaczyła zbierające się łzy. 

– No to cześć – rzucił szybko.

Prawie wybiegł z kamienicy na zewnątrz, prosto w ulewę. Drzwi do budynku powoli zamykały się dzięki obciążającemu je mechanizmowi, aż definitywnie zatrzasnęły się i szum deszczu ucichł. 

Tym razem Gosia nie ruszyła za Maćkiem i nic nie zawołała za nim w przestrzeń. Stała nieruchomo przy pierwszych stopniach prowadzących na piętro, oddychała głęboko. Po kilku chwilach znów automatycznie zgasło światło. Dopiero wtedy dziewczyna zorientowała się, że już po wszystkim. Odwlekana przez tygodnie rozmowa, którą projektowała w swojej głowie na tyle sposobów, wskoczyła niezgrabnie na linię czasu.

Z wielkim wysiłkiem przypomniała sobie, po co właściwie wyszła z mieszkania na Chopina. Chciała iść do drogerii po kosmetyki i papier toaletowy. Te sprawy do załatwienia tak błahe i przyziemne, że aż kontrastujące z odbytą właśnie rozmową, przywołały jej myśli na spokojniejsze tory. “No to muszę iść do sklepu. Muszę iść do sklepu. Idę do sklepu” – powtórzyła sobie w myśli. Odczekała jeszcze chwilę na wszelki wypadek, by nie spotkać na swojej drodze Maćka, a potem ruszyła na zewnątrz. 

Pod parasolem szła w stronę ulicy Mickiewicza. Czuła przejmujące zimno, które kąsało ją w rozgrzane policzki i ręce. Słyszała stukanie własnych obcasów na betonowym chodniku, daleki odgłos tramwaju, szum samochodów. Minęła parę studentów i dwie staruszki. Jak w transie bez żadnych konkretnych myśli dotarła do skrzyżowania. Powinna pójść w lewo, jeśli chciała dotrzeć do drogerii. Zatrzymała się tylko, by przepuścić człowieka jadącego na rowerze i nagle poczuła na sobie ogromny ciężar, tak przygniatający, że nie pozwolił jej zrobić kroku w żadną stronę. 

“Czyli to koniec. Skończone.”
Przez kilka sekund wpatrywała się w brązowy liść, który wdeptany w częściowo w szpary na chodniku wyglądał niezwykle żałośnie. Mokre płytki i materiał jej parasola przyjmowały kolejne krople deszczu. W towarzystwie jednego krótkiego westchnienia ulgi ciężar opadł z jej barków, ale jednocześnie w jej piersi nagle pojawił się szloch. 

Gosia stała na chodniku i ryczała jak bóbr. Sięgając do kieszeni po chusteczkę, by wytrzeć chociaż cieknący nos, myślała o sobie same nieprzychylne rzeczy. Zaczęła od obwiniania się o odwlekanie rozmowy, przeszła płynnie przez fazę “dlaczego ja ryczę, skoro to ja jestem ta zła?” i skończyła na refleksji, że na pewno płacz rozmazał cały jej makijaż. Przechodnie mijali ją na chodniku, nieco zdziwieni, ale nikt się nie zatrzymywał. W końcu dziewczyna pociągnęła solidnie nosem, schowała chusteczki do kieszeni i zamiast w lewo, poszła prosto przed siebie. 

Dwadzieścia minut później stała u progu rodzinnego domu. Nie zabrała ze sobą kluczy do mieszkania rodziców, więc zadzwoniła do drzwi. Mama Gosi otworzyła je szeroko, a widząc mokrą od deszczu, zapłakaną córkę, szczerze się zdziwiła.

– Kochanie, co tu robisz? Wejdź!

– Mamo… – Gosia skrzywiła się i poczuła, jak kolejna fala łez nadciąga nieubłaganie. – Rozstałam się z chłopakiem. 

65. Strefa komfortu

– I co, Marcinku, która najbardziej ci się podoba?

– Ta propozycja z górami i księżycem, wszystko wpisane w trójkąt. Trójkąt jest takim dynamicznym kształtem, pasuje do Karoliny.

– Do Karoliny?

Sowa odwróciła się ze zdumieniem. Pomiędzy pościelą w delikatne kwiatki a koszem białych poduszek nie widziała żadnych gór ani trójkątów. Rudy mistrz marketingu, który właśnie przyjechał z Warszawy na weekend, wpatrywał się w swój telefon. Uniósł głowę i pokazał Sowie ilustrację, która wyświetlała się na ekranie.

– Ahaaa – dziewczyna uśmiechnęła się. – Ty o tatuażu.

– A ty o czym?

– O pościeli!

Marcin rozejrzał się wokół siebie. Przez chwilę w milczeniu kręcił głową. Podszedł do wiszących w równym rzędzie, kolorowych poszewek. 

– Będziesz to pewnie musiała prać w wysokiej temperaturze? – ze zmarszczonymi brwiami przekładał tkaniny ze swojej prawej strony na lewą.

– Pewnie tak.

– To weź jasną bawełnianą i tyle.

Sowa chwyciła w rękę białą pościel całkowicie zadrukowaną rysunkami kwiatów, które wyglądały, jakby zstąpiły na tkaninę prosto ze stron starej książki o botanice.

– Za droga.

– Za droga – potwierdziła dziewczyna. Z westchnieniem zwróciła się w stronę tańszych pościeli. – Ale póki co i tak nie będę nic brała. Powinnam się pewnie bardziej skupić na tym, czy majstrowie dobrze kładą fugi w łazience, a nie na dodatkach. Ciekawe, czy uda się otworzyć hostel jeszcze w styczniu. 

Ruszyli razem dalej po wyznaczonej między półkami ścieżce. Podążali za strzałkami leniwie, wyprzedzani przez zestresowane matki z dziećmi i pary kłócące się o kolor wybieranych krzeseł. 

Marcin wyrwał się na kilka dni z Warszawy akurat w tym samym czasie, kiedy lokatorzy z jego mieszkania – Mania i Kuba – postanowili odwiedzić swoich rodziców. Stanisław też wyjechał z Torunia po długim czasie, zapewniając, że tym razem tylko na dziesięć dni. I jeśli Sowa wyraża taką chęć, może wrócić na cały następny miesiąc, zostać na Chopina do końca grudnia. Gosia nie chciała wyjeżdżać na wycieczkę do Ikei, zajęta na zmianę pracą i leczeniem kaca, więc wybrali się tylko we dwoje.

– Jak ja się cieszę z naszego wspólnego czasu. Tylko naszego – Marcin uśmiechał się do Sowy szeroko, gdy mijali dział z lampami. Jego oczy łapały i odbijały każdą iskrę światła z pozapalanych na wystawie żarówek. – Już dawno nie mieliśmy żadnej niezwykle racjonalnie uzasadnionej, wspólnej wyprawy po trzy noże i dwa koce. 

– To prawda. Pójdziemy coś zjeść po zakupach? 

– Jasne. 

Continue Reading

64. Rytuał przejścia dalej

“Wiktor się znalazł.”

Karolina od dwudziestu minut leżała w ubraniu na łóżku i mieliła w sobie tylko to jedno zdanie. Co jakiś czas podnosiła telefon, patrzyła na wiadomośc od siostry Wiktora i znów odkładała rękę na posłanie. 

Dlaczego jeszcze w ogóle wzbudzało to w niej jakieś emocje? Dlaczego były tak silne?

Po co męczyła się, zastanawiając się czy zdecyduje się do niej przyjechać? Co prawda znalazł się w Szwajcarii, która faktycznie była tuż za miedzą. Mógł zaplanować jakąś wycieczkę w okolice, mógł napisać i zaprosić Karolinę na wędrowanie po alpejskich trasach. Istniała taka możliwość.

Dziewczyna usłyszała pukanie do drzwi.

– Nie idziesz na kolację?

Kris stanął w progu. Przez moment przyglądał się zabałaganionej połowie pokoju należącej do Irene. 

Karolina z westchnieniem podniosła się z łóżka. 

– Unikanie jedzenia jeszcze nikomu w niczym nie pomogło, prawda? – rzuciła, podchodząc do Austriaka. 

– No, chyba, że schudnąć.

Dziewczyna zamknęła za sobą drzwi na klucz i ruszyli razem korytarzem.

– Coś cię gryzie?

– Wiktor się odnalazł, jego siostra napisała do mnie – Karolina chwyciła zimną poręcz schodów, jakby faktycznie potrzebowała się na czymś oprzeć. – I zdawało mi się, że nie zrobi to na mnie żadnego wrażenia. Ale zrobiło. Nie rozumiem, dlaczego. Taki trup z szafy, przecież już skreśliłam go na tyle różnych sposobów, na tylu różnych poziomach.

Kris uniósł lekko brwi.

– Ale zamierzasz się do niego odzywać?

– Boże, nie! – Karolina roześmiała się nerwowo na tę propozycję. – Najbardziej to bym chciała, żeby już na zawsze znikł z mojego życia, w jakiejkolwiek roli go nie spotkam.

– Rozumiem – chłopak otworzył przed Karoliną drzwi i wyszli na wewnętrzny klasztorny korytarz prowadzący do jadalni. – To czemu się tak stresujesz?

– Nie wiem.

Kris usłyszał w tych dwóch krótkich słowach tyle smutku i złości naraz, że spojrzał uważnie na koleżankę. Wyciągnął rękę i poklepał dziewczynę przyjaźnie po ramieniu.

– Będzie lepiej, zobaczysz. 

– Ale już było lepiej! Czemu nie jest nadal, na stałe!

Chłopak roześmiał się. Weszli do sali pełnej stół, krzeseł, obrusów i zapachu jedzenia. Na miejscu przeznaczonym dla konserwatorów była już Hanka, nakładała sobie na talerz posiłek przygotowany przez siostry zakonne. Kris i Karolina usiedli obok. Po chwili zjawili się pozostali członkowie ekipy, nad stołem jak zawsze rozbrzmiał gwar. Calin donośnym tonem opowiadał coś o swoim planie na weekend, Irene o niezwykłym nauczycielu jogi, który zapraszał ją do Indii na warsztaty. W końcu Karolina schowała do kieszeni telefon, na który co jakiś czas spoglądała.

– Co tam się dzieje, prawie cię dzisiaj  z nami nie ma przy tym stole – Hanka spojrzała na Polkę przenikliwym wzrokiem. 

Wiedząc, że koleżanka nie odpuści zanim się nie dowie, Karolina przypomniała wszystkim historię listu, którego razem szukali w śmietniku. 

– Czyli w zasadzie nic się nie stało? – doprecyzowała Irene.

– Nic. Nic! – Karolina w geście frustracji wyrzuciła ręce do góry nad stół. – Nic się nie stało, a ja się zachowuję, jakby zaraz miało się wydarzyć wszystko.

– Dobra, musisz po prostu zamknąć to gówno jakimś rytuałem – Hanka wzruszyła ramionami. Dolewając sobie herbaty do kubka dodała: – Wiadomo, że nie zawsze działa, ale warto próbować. To wszystko poparte psychologiczną wiedzą, żeby nie było. Palenie listów do byłych, wywalanie ich rzeczy na śmietnik, to są uwalniające rytuały. Ja po każdym facecie robiłam sobie jakiś tatuaż, żeby jednocześnie to zamknąć i przeboleć. 

Wzrok wszystkich padł na ramię Hanki. Uśmiechnęła się, gdy to dostrzegła. Odstawiła kubek z herbatą na stół. Podwinęła rękaw koszuli. Pokazywała palcem skórę jak mapę z punktami zwrotnymi w swoim życiu.

– Te fale to był Steve, świetny facet, żeglarz. Psia łapę mam po Karolu, hodowcy terierów. Tu mam jeszcze górę, bo Marek był wspinaczem. A po drugiej stronie… – przesunęła palcem po ramieniu, gdzie wytatuowana paproć zieleniła się soczyście. Uśmiechnęła się smutno. – Ivan. 

– A co będziesz miała po mnie? – zapytał rozbawiony Calin, nachylając się nad stołem. 

Hanka spojrzała na chłopaka z rozbawieniem. Od dziesięciu dni regularnie, w mniej lub bardziej oczywisty sposób, próbował ją podrywać. Karolina i pozostali uczestnicy konserwacyjnej przygody nie raz deklarowali, że ten pobyt w Szwarcwaldzkim klasztorze przypomina im wyjazd nastoletniej klasy na szkolną wycieczkę, ale w ich niedużej grupie do tej pory jeszcze nie zajaśniało na horyzoncie widmo romansu.

– Zobaczymy, co mi zostawisz w moim lodowatym sercu – odpowiedziała Hanka, świdrując Calina wzrokiem.

– Dobra, dobra – Karolina gestem uspokoiła stolik, nad którym rozległy się śmiechy, westchnienia i inne dźwięki. – Czyli polecasz rytuał na odcięcie się?

– Polecam. 

Przez dwa kolejne dni Karolina zastanawiała się, jaki sposób będzie najlepszy, by zamknąć wspomnienia w mentalnym pudełku i nie wracać do nich przy każdej możliwej okazji. Za namową Gosi, która tego typu życiowe sprawy załatwiała precyzyjnie i systematycznie, robiła sobie w telefonie listę możliwości. Miała tam już napisanie długiego listu do Wiktora i spalenie go, rozrysowanie ich wyprawy na kartce i zakopanie jej pod drzewem w pobliskim lesie oraz kilka innych opcji. W trakcie pracy, słuchając na rusztowaniu podcastu znalazła kolejne sposoby. Wszystkie potwierdzały, że takie działanie będzie wskazane, słuszne, mądre, że będzie emanacją jej pewności siebie oraz nowej tożsamości.

– I właśnie to mnie jakoś nie przekonuje – wyznała Karolina Krisowi, gdy w pobliskim sklepie kupowali prowiant na krótką górską wycieczkę, którą planowali razem z Calinem na niedzielę. – To powinno mnie uwolnić, zmienić, podkreślić, że jestem jakaś… nowa.

– A co, nie jesteś?

Dziewczyna zatrzymała się przy lodówkach pełnych kolorowych napojów gazowanych. Przez chwilę patrzyła na nie w milczeniu.

– A co, jestem?

Kris poprawił okulary, które zjechały mu na czubek nosa. 

– Na to pytanie tylko ty możesz sobie odpowiedzieć. No, wybieraj co tam chcesz i zmywamy się stąd, bo zaraz zamykają. 

Po powrocie ze sklepu Karolina zastała Irene leżącą na macie pod kocem w trakcie relaksacji po godzinnym ćwiczeniu jogi. Cichutko stąpając, żeby nie przeszkodzić koleżance w medytowaniu, Polka weszła do ciemnego pokoju. Postawiła zakupy na podłodze. Irene bardzo głęboko westchnęła i powoli podniosła się do siadu skrzyżnego. Zaintonowała mantrę om, a potem złożyła dłonie na wysokości serca. Otworzyła oczy. 

– Spokojnie, już skończyłam – powiedziała z uśmiechem. 

– Dzięki.

Karolina zdjęła ciepłą kurtkę i zaczęła rozpakowywać zakupy. Za jej plecami Włoszka powoli zwijała matę. Tknięta kolejną nagłą myślą, blondynka odwróciła się w stronę współlokatorki.

– Irene?

– Hm?

– Miałaś kiedyś moment, w którym zauważyłaś u siebie jakąś dużą zmianę? Nie wiem, na przykład kiedy zaczęłaś ćwiczyć jogę?

Dziewczyna stanęła nieruchomo z matą w ramionach. Zapatrzyła się w róg pokoju, jakby stamtąd ktoś wyświetlał jej odpowiedź na prompterze. 

– I tak, i nie. Mam ogromne problemy z kręgosłupem, więc joga jest świetnym ćwiczeniem fizycznym. Uspokaja mnie, pomaga poukładać sobie rzeczy w głowie. Wpływa na mnie, ale to jest ciągły proces, nie jakaś gruba kreska – ciach, koniec starej irene, teraz jest nowa, Irene-joginka.

Karolina usiadła na swoim łóżku z westchnieniem. Przez chwilę patrzyła na nieruchomą, bosą koleżankę ubraną w luźne ciuchy do ćwiczeń.

W końcu Polka wyciągnęła telefon z kieszeni i przeczytała sporządzoną wcześniej listę sposobów na odcięcie się od starych wspomnień czy błędów. Nadal żadne z działań nie przemawiało do niej tak bardzo, by chciała z niego skorzystać. Nie licząc tatuaży Hanki, wszystkie wydawały jej się mało atrakcyjne. Nie zamierzała jednak upamiętniać Wiktora, ani też podkreślać, że jest kimś nowym dzięki przeżyciom ostatniego roku. Podzieliła się z Irene tymi przemyśleniami.

– Czuję się bardziej, jakbym wracała do starej siebie  – dodała na koniec. 

Włoszka również usiadła na łóżku po swojej zabałaganionej stronie pokoju. 

– To co by zrobiła stara Karolina?

– Po prostu tatuaż, tak dla siebie.

– To go zrób. Tak dla siebie.

Następnego dnia rano przy stole Karolina zapytała Hankę, czy pomoże jej znaleźć jakiś sensowny sposób, by jeszcze w trakcie wymiany w Szwarcwaldzie mogła zrobić sobie pierwszy tatuaż. Koleżanka zapaliła się do tego pomysłu, przy okazji również chciała coś nowego dorzucić do swojej kompozycji na jednym z ramion. Przesiedziały dwie godziny niedzielnego wieczoru, szukając w internecie ciekawych miejsc, które znajdowały się w zasięgu kilku stacji pociągiem. Wreszcie udało im się dogadać z jednym z tatuatorów we Freiburgu, który znalazł nieodległy termin. Teraz pozostawało tylko ustalić, jaki wzór Karolina chce mieć.

– Góry – odpowiedziała natychmiast, z szerokim uśmiechem. – To muszą być góry.

63. Zmiany

Gosia zobaczyła, jak żona Czarnego niezbyt zgrabnie wchodzi na drewniany stół. Siedzący wokół ludzie wznieśli swoje butelki i zakrzyknęli coś na kształt wiwatu składającego się tylko z dźwięków. Kobieta poprawiła ciepłą kamizelkę, odchrząknęła i odrzuciła blond loki na plecy. Stanęła pewnie ze stopami rozstawionymi na szerokość bioder. Pomiędzy uciszającymi się nawzajem gośćmi imprezy wyglądała przez chwilę jak nieruchoma statua z zamkniętymi oczami.

– Co się dzieje? – szepnęła Gosia do Igora.

– Taka coroczna tradycja. 

Żona Czarnego zaczęła śpiewać arię operową.

Małgorzata Swadźba otworzyła buzię ze zdumienia. Jeszcze nigdy nie słyszała tyle dźwięku naraz w tak małej przestrzeni. Choć pieśń była pozbawiona jakiegokolwiek podkładu muzycznego, wiatr wiejący w kominie i naokoło chaty dodawał całości niezwykłego tła. Goście patrzyli na stojącą na podwyższeniu kobietę, a na ich twarzach malowały się wszelkie możliwe emocje. Śpiewaczka lekko unosiła dłonie, co rusz obdarzała swoją uwagą inną osobę, ale ani na chwilę nie przestawała jaśnieć jakimś niezwykłym światłem, które tylko artyści zakochani w swojej sztuce potrafią gromadzić i oddawać. 

Igor pociągnął nosem. Gosia ukradkiem rzuciła okiem na współprowadzącego audycję.  Uśmiechnęła się na widok wzruszonego, dwumetrowego wielkoluda. Redaktor Czarny patrzył na swoją żonę z uwielbieniem, kiedy kończyła arię wysokim tonem. Umilkła, ale jej głos jeszcze przez chwilę wibrował w powietrzu, wsiąkał w drewniane ściany, w stare tkaniny mebli, w nieruchomych ludzi. 

– Brawoooo!

Wszyscy rzucili się do wiwatowania na jej cześć, klaskali, gwizdali, tupali i wznosili wysoko swoje butelki czy szklanki. Czarny ujął dłoń żony i ucałował ją, pomógł jej zejść ze stołu.

– Andżelika pracuje w operze w Bydgoszczy – Igor nachylił się w stronę Gosi, żeby wśród wrzawy wypełniającej chatę usłyszała co mówi. – Poza ćwiczeniami i występami nigdy nie daje się namówić na śpiewanie, ale tutaj co roku przekonujemy ją, żeby uświetniła spotkanie.

– Boże. Przepiękne to było. I w dodatku po czesku.

– Tak. Można powiedzieć, że wyła do księżyca. No serio! – dodał, gdy Gosia spojrzała na niego z politowaniem. – To z Dvořáka.

– A gdzie ty masz swoją żonę, co? 

Redaktor oparł się ciężko o ścianę przy wejściu na schody. Dwoje gości przeszło obok. 

– Może zanim odpowiem, pójdziemy wymienić puste szkło na pełne? – Igor machnął swoim piwem w stronę dwójki, która znikła w kuchni. – Musimy się spieszyć, bo zaraz się skończy kraftowe, whisky, gin, cola i zostanie tylko…

– Możemy iść, ale nie musimy się spieszyć – Gosia mrugnęła porozumiewawczo. – Schowałam u siebie w torebce jeszcze całą butelkę nalewki. 

Igor z uznaniem pokiwał głową.

– Nie wiedziałem, że taki z ciebie strateg.

– Lata praktyki – odpowiedziała swobodnie. 

Dopiero widząc rozbawioną minę Igora zdała sobie sprawę, że może nie daje tym wyznaniem najlepszego świadectwa o sobie, ale machnęła tylko ręką. 

Po powrocie z kuchni usiedli razem na schodach prowadzących na piętro. Co jakiś czas musieli przesuwać się, by osoby chcące wejść na górę chatki mogły przejść. Drewniane stopnie były chyba ostatnim wolnym miejscem. Całą przestrzeń wypełniali ludzie, muzyka grana na instrumentach przez gości, butelki, jedzenie i gwar.

– To jest absolutnie niezwykłe, że nam się udaje co roku zapełnić to miejsce – Igor westchnął, patrząc z góry na krzątających się gości. – Pierwszy raz byłem u Czarnego na Andrzejkach chyba z dziesięć lat temu. Wiadomo, ekipa się trochę wymienia, niektórzy musieli po drodze zajmować się dziećmi, a potem wrócili.  Część wyjechała, ktoś tam zupełnie odpłynął w życiu, pokłócił się albo przeprowadził do innego kraju… Ale co roku wracamy do tego lasu i gramy, pijemy, aż wszyscy się skończą.

– Bardzo mi się tu podoba – Gosia oparła głowę o ścianę wyłożoną boazerią. – Nawet nie czuję się obco, chociaż trochę się tego obawiałam.

– To najlepszy znak, że jesteś właśnie w tym miejscu w swoim życiu, w którym powinnaś – Igor wyciągnął swoją butelkę w stronę koleżanki i zachęcił ją gestem, by stuknęła swoim piwem o jego. 

– Patrz, patrz, nawet Stary Waldek gra! – dziewczyna aż wychyliła się do przodu, gdy zobaczyła poważnego przełożonego z harmonijką w ustach. 

– Oczywiście, Waldek to jest rasowy bluesman!

Przez chwilę oniemiała Gosia patrzyła w dół na ludzi. Niektórzy już rozgrzali się od kominka, muzyki albo alkoholu. Zdejmowali swetry, kraciaste koszule i puchowe kubraczki, które na początku były niezbędne, by wytrzymać zimno. Znana Gosi z korytarza radiowego kobieta o okrągłej budowie usiłowała namówić do tańca jednego ze starszych gości. Nie prosiła długo – już za chwilę oboje wirowali na wytartych deskach, a wokół ludzie cieszyli się i klaskali.

– To gdzie jest twoja żona?

Igor uśmiechnął się.

– Nie odpuszczasz, co?

– Nigdy.

– Kasia oficjalnie ma dyżur w szpitalu.

– A nieoficjalnie?

– Nieoficjalnie też.

– Ale pewnie nie musiała go brać. Albo zamieniła się z kimś. Albo stwierdziła, że zrobi ci na złość, bo się pokłóciliście.

Chłopak o zmęczonym wyrazie twarzy stanął u stóp schodów i spojrzał na siedzących na stopniach radiowców. Igor przesunął się w stronę Gosi, przepuścili go na górę. 

– Jesteśmy małżeństwem od ośmiu…? Dziewięciu lat. I na początku zawsze ze mną przyjeżdżała do chaty na Andrzejki. Ale zmieniła się, jak to ona mówi, jest zbyt zmęczona. Nie potrzebuje takich spotkań. Nie chce marnować na nie czasu. Woli siedzieć w domu i odpoczywać albo pracować, żeby zarabiać na nasz kredyt.

– O rajuśku – Gosia pociągnęła łyk ze swojej butelki. – Jak dla mnie, taki czas z muzyką i ludźmi to najważniejsze, co bym chciała w życiu robić. No i reportaże – dodała po chwili, obserwując jak do pierwszej tanecznej pary dołącza druga. 

– Ostatnio nie dogadujemy się zupełnie – mówił dalej Igor. Przerwał na chwilę, gdy chłopak schodzący teraz z góry klepnął go w ramię. Razem z Gosią zrobili miejsce na schodach i przepuścili go raz jeszcze. – Kasia nie ma dla mnie czasu. Zresztą wydaje mi się, że nie jestem już dla niej interesujący, byłem tylko środkiem do realizacji jakiegoś życiowego celu. Znaleźć faceta – odstawił butelkę na stopień koło swojej nogi i gestykulował dłońmi, wyznaczając odcinki w powietrzu. – Wyjść za mąż. Zbudować dom. Ustawić się. Tyle. 

– Macie dzieci?

– Nie. To też była jej jednoosobowa decyzja. 

Gosia przesuwała palcem po gładkiej powierzchni swojej butelki, nie mogąc złożyć w głowie kolejnego pytania albo kojącej odpowiedzi, którą chciała obdarzyć smutnego Igora. W tamtej chwili wydawał jej się taki zamknięty w swoim zrezygnowaniu, a jednocześnie potrzebujący ciepła, że nikt inny na świecie nie mógł mieć większego prawa do bycia pocieszonym.

Wyciągnęła ramię i pogłaskała go dłonią po plecach. Zdziwiony redaktor spojrzał na nią z wdzięcznością. 

– Spytałaś z własnej inicjatywy, to teraz przyjmuj odpowiedź.

Po chwili milczenia Igor również wyciągnął ramię, by przyciągnąć Gosię do siebie i się do niej przytulić. Czuła, jak alkohol wlany do żołądka zamazuje jej świadomość na krawędziach i wyostrza poczucie, że dokonuje się właśnie coś niezwykłego. Było jej naraz dobrze, melancholijnie, tęskno i ciepło.

Muzycy na dole przestali grać. Towarzystwo rozeszło się do kuchni, łazienki lub na papierosa przy wejściu. Nadal przytuleni Gosia i Igor przepuścili na schodach kilka osób, które wchodziły na górę lub schodziły w dół. W końcu wstali, żeby nie tamować ruchu.

– To co, dobijamy ten wieczór nalewką? 

– Nie odmówię.


Trzy godziny później siedzieli w czwórkę przy kuchennym stoliku z Igorem, Starym Waldkiem i żoną Czarnego, która okazała się wyjątkowo wytrwała jako gwiazda imprezy. Większość gości już zdążyła położyć się spać w miejscach, w których znaleźli kawałek kanapy albo materaca. Dwoje muzyków grało jeszcze w sąsiednim pokoju ciche piosenki. Nikt nie był już w stanie rozróżnić ani zaśpiewać tych melodii.

– Proszę bardzo – śpiewaczka rozlała do małych kieliszków wiśniowy płyn, odstawiła pustą butelkę na stół przykryty ceratą. – Wiecie, to wyjątkowa okazja. Zazwyczaj w ogóle nie piję. 

– Jakaż to okazja, Andżeliko, najpiękniejszy głosie po obu stronach Wisły?

– Pijemy za moje rozstanie… Z operą.

Nad stołem natychmiast podniósł się pijacki lament. Gosia odstawiła wzniesione już w powietrze szło i pochyliła się do przodu.

– Niemożliwe! – zawołała. – Dlaczego?

– Mój czas się kończy. Do cholery, tyle lat spędziłam na deskach, że naprawdę cięzko to przychodzi, ale nie dam sobą pomiatać. Otóż – kobieta przymknęła oczy i uśmiechnęła się szeroko, gdy mówiła: – Zdaniem dyrektora jestem do większości ról za stara i za gruba.

Głosy sprzeciwu raz jeszcze wypełniły ciasną kuchnię. Igor pokręcił głową z niedowierzaniem.

– Ja nie wiem, gdzie ten człowiek ma oczy – wybełkotał oburzonym tonem. – Nie przejmuj się nim i śpiewaj! Przecież jesteś piękna i masz ogromny talent!

Gosia jak przez mgłę patrzyła na śpiewaczkę, która unosi w górę wskazujący palec. 

– Podjęłam decyzję. Nie będę już tam pracować. 

Stary Waldek westchnął głęboko.

– Na zmiany nie da rady – powiedział. Spojrzał nad stołem na wszystkich po kolei. – Wy to jeszcze macie przed sobą tyle nowych dni, tyle odkryć i tyle zmian…

– Czasem trzeba im się po prostu poddać – dopowiedziała Andżelika. Kiedy chwyciła swój kieliszek, złote loki poruszyły się na jej ramionach. – Kochani. Wypijmy za zmiany.

– Za zmiany!

– Za zmiany. Ale tylko te dobre.

– Ja piję za wszystkie. 

Po kolei wszyscy zmęczeni goście wychodzili z kuchni, aż zostali w niej tylko Gosia i Igor. Dziewczyna półleżała na stole. Patrzyła z tej perspektywy na starą lampkę z kloszem upstrzonym muchami. Choć miała za sobą kilometry trasy przebytej w wakacje, kilka niezwykłych doświadczeń prosto z Bałkanów, wiele litrów przetworzonego alkoholu w życiu, to coś wyjątkowego w tych muzycznych Andrzejkach nie dawało jej jeszcze zasnąć. 

W pole widzenia wszedł Igor, zasłaniając lampkę.

– Gosieńko. Idź spać. 

Dziewczyna posłusznie podniosła się z krzesła. Jednak zamiast udać się w stronę drzwi, podeszła do kolegi i mocno się do niego przytuliła. Igor objął ją. Oboje zamknęli oczy. Stali tak długo w ciszy, słysząc jedynie pochrapywanie któregoś z gości nocujących w pokoju obok i szum wiatru. 

 

62. Wróżba klucz

Gosia poczuła, jak w jej wnętrzu głowę podnosi ognista bestia.  Dziewczyna spojrzała na osłonięty siateczką mikrofon i wiedziała, że nie jest w stanie powstrzymać odpowiedzi ani w żaden możliwy sposób jej wygładzić.

– Jeśli tak interpretujemy słowa naszego słuchacza, pana Mirka – zaczęła powoli, precyzyjnie dobierając słowa. – To z pewnością przyznasz mi rację, gdy zaproszę wszystkie słuchające nas panie do takiej małej, spontanicznej radiowej akcji przełamywania stereotypów. Drogie kobiety i dziewczyny, dajcie nam znać, jeśli  kiedykolwiek  ktoś  zarzucił wam, że nie macie tak wielkiego talentu do prowadzenia pojazdów jak mężczyźni, a w rzeczywistości było wręcz odwrotnie. Jestem pewna, że zbierzemy ciekawe historie i zamieszamy trochę od rana na toruńskich drogach. Piszcie na adres mailowy naszej audycji lub dzwońcie. 

Igor w napięciu obserwował Gosię, która z wypiekami na twarzy odsunęła się nieco od mikrofonu.

– A my w tym czasie trochę ostudzimy emocje – powiedział. – Pomoże nam w tym zespół Raz Dwa Trzy.

Czerwona lampka w pomieszczeniu na chwilę zgasła. Gosia zobaczyła kątem oka jak za szybą studia wzmaga się ruch. 

– No, maleńka – Igor pokręcił głową. – Teraz to faktycznie zamieszałaś na toruńskich drogach.  Nie mieliśmy dzisiaj takich feministycznych zagrywek w scenariuszu. 

– Feministycznych? – Gosia zdjęła jedną słuchawkę z głowy.  W drugiej wciąż słyszała spokojną muzykę. – Mogłabym równie dobrze powiedzieć, że nie mieliśmy w planie  czytania na antenie takich seksistowskich bzdur o kobietach za kółkiem. To w ogóle nie było śmieszne.

Drzwi do studia otworzyły się. Stanął w nich wydający audycję Stary Waldek. Na jego widok dziewczyna zesztywniała i mocniej ścisnęła oparcie fotela.

– Bez takich niespodzianek poproszę – powiedział, wpatrując się w młodą dziennikarkę. Z jego twarzy trudno było wyczytać jakąkolwiek emocję. – To jest miła audycja poranna, a ty prowadzisz ją drugi dzień. Jeśli chcesz mieć na koncie trzeci, to się opanuj. Continue Reading