57. Muzyka w ciemności

Sowa z głową opartą na ręce przyglądała się ciemnemu wnętrzu pubu. Nie różnił się prawie niczym od standardowych miejsc, gdzie w toruńskich piwnicach w obrębie Starego Miasta można było usiąść i zatopić się w wieczorne rozmowy, zagrać rzucając lotkami do tarczy, poczekać na kogoś przy wejściu paląc papierosa, a może nawet wybrać się na randkę i pomalować oczy tak, żeby w półmroku wydawały się ogromne i tajemnicze. Stojące pod ścianą instrumenty i mikrofony były zużyte. Wyglądały razem jak łupy zgromadzone w pomieszczeniu przez jakiegoś wybrednego, wielkiego chomika. Gosia oparta ramionami o blat baru usiłowała dogadać się z osobą o trudnej do określenia płci, która ścierką wycierała szklane kufle. Po kilku długich chwilach młoda dziennikarka wróciła do stolika Sowy z kwaśną miną. 

– I jak? Będzie tu dzisiaj ten człowiek, z którym masz rozmawiać?

– Nie wiadomo – westchnęła brunetka, siadając na skrzypiącym krześle. Sięgnęła po telefon, żeby sprawdzić godzinę. – Nieprzewidywalni muzycy. Grać zaczną za jakąś godzinę, może przed występem mi się uda. 

– No to czekamy.

– Chcesz piwo?

– A weź mi jedno. Ciemne. 

Sowa leniwie obserwowała pary i grupy przyjaciół krążące po pubie. Oczy trochę jej się kleiły, co chwilę wzdychała głęboko. W zasadzie prawie nie zdawała sobie sprawy z tego, gdzie jej przyjaciółka wyciągnęła ją na wieczór. 

– Siedem nieszczęść.

– Słucham? – Aleksandra podniosła nieco głowę i wzięła od Gosi pełen kufel.

– Wyglądasz jak siedem nieszczęść.

– Nic nie poradzę.

– Ale coś się dzieje? – Gosia usiadła tak, by mieć na oku instrumenty pod ścianą. – Przez ostatni tydzień ledwie się widziałyśmy, tak dużo czasu spędzałaś sprzątając ten strych, a ja stale w radiu…

Sowa oparła się mocniej na ręce i napiła piwa. 

– Zaczynam się poważnie zastanawiać, czy ten hostel to jest dobry pomysł – odparła bez energii. – Wszystko co mam stawiam na jedną kartę,  poświęcam cały czas, bardzo mnie ten projekt ekscytuje, ale wysysa ze mnie całą energię.

– Właśnie widzę.

Do pubu razem z podmuchem zimnego powietrza weszło dwóch mężczyzn ubranych w grube kurtki. Jeden z nich miał w futerale jakiś wielki instrument, prawdopodobnie kontrabas. W ciasnym przedsionku zajęli całą przestrzeń, a ich wesołe głosy przebiły się nawet przez gwar i muzykę płynącą z głośnika. Gosia odwróciła się w ich stronę jak jastrząb polujący na ofiarę. 

– To chyba on – powiedziała powoli. – Ten w kaszkiecie.

Do środka znów wpadł podmuch zimna i do przedsionka prawie wepchnęła się ze śmiechem wysoka kobieta w czerwonym płaszczu. Całe towarzystwo przesunęło się bliżej stolika zajmowanego przez Sowę i Gosię. Procedury powitania i rozbierania się z kurtek dały młodej dziennikarce czas, żeby uważniej przyjrzeć się muzykom. Dziewczyna precyzyjnym ruchem sięgnęła do torby, sprawdzając czy ma na pewno zabrała ze sobą sprzęt do nagrywania. 

– Sowa, to ty? 

Continue Reading

56. Yyy, dobranoc.

Tuż przed godziną zero Gosia spojrzała na przyklejony na drzwiach studia radiowego obrazek z plażą i wesołym grubaskiem w szortach w kwiaty. Czuła, jak jej serce przyspiesza, a dłonie zaczynają się pocić. Rzuciła okiem na zegar odliczający czas do końca reklam, a potem jej wzrok znów powędrował w stronę obrazka prosto z Hawajów. 

Powolnym, precyzyjnym ruchem zdjęła buty i postawiła je pod biurkiem. Przesunęła stopami w kolorowych skarpetkach po miękkiej wykładzinie. Za szybą umieszczoną w jednej ze ścian widziała uśmiechniętego Igora, który przypatrywał się jej uważnie. Dostrzegł gest ściągania butów i pokazał kciuki w górę. 

Jeszcze tylko dwadzieścia sekund.

Obok Igora siedział z marsową miną Stary Waldek, który miał jej pomóc jako realizator audycji. Wychylił głowę zza swojego monitora dopiero wtedy, gdy na zegarze widniało dziesięć sekund.

Dziewięć…

Gosia spoconą dłonią chwyciła myszkę komputera i przesunęła kursorem po ekranie tylko po to, żeby coś zrobić. Na jednym ze swoich monitorów widziała radiowy czat ze słuchaczami, a na drugim playlistę ułożoną przez Czarnego.

Pięć…

Igor nadal patrzył przez szybę. Pomachał do Gosi i zaczął robić głupie miny. Dziewczyna uśmiechnęła się nerwowo. 

Trzy…

Wbiła wzrok w kartkę z przygotowanym tekstem do odczytania w pierwszym wejściu.

Dwa…

Zaświeciła się czerwona lampka.

– Dobry wieczór. Po tej stronie mikrofonu Gosia Swadźba. Zastąpię nieobecnego dziś redaktora Czarnego. Mimo jego braku spędzimy te dwie godziny na wspólnym słuchaniu dobrej muzyki prosto z bloków i miast całego świata. W międzyczasie oczywiście zachęcam was do odzywania się na naszym radiowym czacie. – Gosia wzięła głęboki oddech, starając się, żeby nie było tego słychać w eterze. – Zaczęliśmy już od klasyka, to był oczywiście Kaliber 44 i “Film” . A teraz w waszych głośnikach Pezet i jego “Ukryty w mieście krzyk”.

Continue Reading

55. Wszystko, czego wcześniej nie robiłam

W autobusie, czytając list po raz pierwszy, Karolina słyszała jak krew szumi jej w uszach, a obie dłonie lekko drżały. Teraz, gdy wyjęła go z koperty drugi raz i w świetle małej lampki patrzyła na każdy akapit po kolei, była zupełnie spokojna. Choć uważnie analizowała wszystkie słowa, uśmiechała się pod nosem. Z tyłu kartki, na wysokości prośby o ponowne spotkanie dziewczyna dostrzegła zamazany numer telefonu z dopiskiem, którego nie była w stanie rozczytać. Obok widniała tłusta plamka, jakby kapnął w tym miejscu wosk ze świeczki. 

Karolina dobrnęła w skupieniu do końca i prychnęła. Dźwięk zdawał się wyjątkowo głośny w ciszy klasztornego wieczoru.  Złożyła list. Schowała go z powrotem do koperty. Stała przez chwilę z jedną ręką na parapecie, w drugiej trzymała przesyłkę z Kirgistanu. Patrzyła prosto na zieloną masę świerków porastających pagórek, na który wychodziło okno jej pokoju. Bezwiednie gładziła kciukiem brzeg koperty. 

“Co za koleś.” – pomyślała. Gdzieś za uchylonym oknem zaczął szczekać pies, a w ślad za nim odezwał się z alarmem drugi. “To zupełnie nie brzmi jak przeprosiny. Ani w ogóle jak coś, do czego warto wracać. – przeniosła wzrok z zielonych drzew na list. – Dobrze, że tyle czekałam z przeczytaniem. Gdybym zrobiła to od razu, pewnie nie byłabym taka… świadoma.”

Ktoś zapukał do drzwi. 

– Proszę – powiedziała po niemiecku Karolina, odwracając się w stronę wejścia. 

W progu stanął wysoki, brodaty mężczyzna w okularach. Choć był ubrany w koszulę i długie spodnie zupełnie nie przeznaczone do pracy, na jednej z nogawek Karolina zobaczyła świeżą białą plamę, jakby zahaczył nogą o wiadro z gipsem albo wapnem. 

– Witamy w klasztorze świętego Trudperta – powiedział z powagą. Ukłonił się na przywitanie, a dziewczyna podeszła i uścisnęła jego wyciągniętą dłoń. – Jestem Gianni, prowadzę ten projekt, więc ze wszystkimi najważniejszymi pytaniami możesz śmiało się do mnie zwracać. Widzę, że już któraś z sióstr zaprowadziła cię do pokoju.

– W zasadzie zrobił to ogrodnik, który przy wejściu przekazał mnie jednej z dziewczyn… Irene? Chyba miała tak na imię, ale nie wyglądała na zakonnicę. I z tego co mówiła, to z nią tutaj śpię.

– No tak, tak – Gianni uśmiechnął się przepraszająco. –  Za chwilę zaczynamy kolację. Zapraszam do wspólnego stołu. 

– Dzięki. Chętnie coś zjem i poznam was wszystkich. 

Zanim opuścili razem pokój, Karolina rozejrzała się wokół siebie, chcąc zostawić przeczytany list. W pobliżu drzwi nie było jednak żadnego stołu ani szafki. Zobaczyła obok nieduży śmietnik. Wiedziona jednym ze swoich impulsów, dziewczyna wrzuciła list do kosza. Nie oglądając się za siebie zamknęła drzwi i poszła za Giannim klasztornym korytarzem.

Continue Reading

54. Szczęściara

Koniec października wdarł się w życie mieszkańców Torunia tak zamaszyście, jak zawsze: falą nowych i starych studentów przepływającą przez miasto między kampusem a klubami, promieniami słońca prześwietlającymi ostatnie liście kasztanowców posadzonych wzdłuż ulicy Bydgoskiej, wiatrem wiejącym na moście nad Wisłą i dziwnym poczuciem, że zbliża się jakiś początek nowej historii. 

Gosia miała to wrażenie każdego roku, ale nasiliło się w ciągu ostatnich czterech lat, od kiedy przeprowadziła się z rodzinnego mieszkania do pokoju u Sowy. Lubiła znów rozpoczynać semestr, zawsze startowała z nadzieją na ciekawsze zajęcia, niż w poprzednim. Choć nie była taką fanatyczką chodzenia na uczelnię jak Karolina, nowość przyciągała Gosię nawet do przyciemnionych pokojów wykładowych z wyświetlonymi na ekranie prezentacjami. Powroty na wydział sprawiały, że coś w życiu porządkowało się samo, jakby poruszane zewnętrzną, niepowstrzymaną siłą, odwieczną ręką umowy społecznej. Znajome twarze opalonych lub zmęczonych kolegów i koleżanek z roku, pierwsze po wakacjach przypadkowe spotkania w barze “U Adasia” pod biblioteką – to wszystko przez kilka ostatnich lat stanowiło dla Gosi rdzeń toruńskiej jesieni. 

– Opowiadaj, jak to jest skończyć studia i nie wracać na uczelnię? – znajoma Maćka z roku, dziewczyna przez wszystkich nazywana Krystyną, postawiła piwo na blacie w zatłoczonym pubie. 

– Dziwnie jakoś – odparła Gosia bez zastanowienia. Maciek w tym czasie odebrał od barmana ich kufle i jeden z nich wręczył swojej dziewczynie. – Nie tęsknię oczywiście, żebyśmy się dobrze zrozumiały.

Continue Reading

53. Całkiem słodka zemsta

Sowa głęboko westchnęła, gdy młody prawnik rozłożył szeroko ręce i z zachęcającym uśmiechem pokazał na filiżankę aromatycznej kawy stojącej na biurku.

– Dobrze wiesz, że przyszłam tutaj tylko po ten dokument, który niechcący zostawiłam podczas ostatniego spotkania.

– Oczywiście, oczywiście – chude ręce mężczyzny jeszcze raz pofrunęły w powietrzu nad blatem. Kiwnął brodą w stronę talerza z ciastkami, który razem z kawą miał być dowodem na jego kryształowe intencje. – Ale zanim pójdziesz, możesz jeszcze opić mnie i objeść, to chyba całkiem słodka zemsta?

Dziewczyna wyjrzała na zewnątrz przez wysokie okno. Właśnie znów zaczęło padać, a jej wcale nie spieszyło się do domu, więc postanowiła usiąść naprzeciwko zestresowanego prawnika. W milczeniu chwyciła białe uszko filiżanki i uniosła ją do ust.

Na biurku obok ciastek piętrzył się stos teczek oraz segregatorów. Gdzieś za nimi leżała przewrócona elegancka tabliczka z wygrawerowanym “Kamil Dobkowiak, Radca prawny”. Kancelaria sprawiała wrażenie pomieszczenia, które przekazane przez jakąś bogatą ciotkę dopiero niedawno zaczęło wypełniać się przedmiotami należącymi do obecnego właściciela. Na starej szafie oprócz obowiązkowych kodeksów praw wszelkich, jeszcze większej ilości teczek i segregatorów, znalazły swoje miejsce zadbane kwiaty doniczkowe. Zza jednej z paprotek wstydliwie wychylała się gipsowa figurka Temidy z zawiązanymi oczami, schowana w gąszczu roślin niczym Amazonka, tylko chwilowo zajmująca się utrzymywaniem sprawiedliwej równowagi.

W czasie, gdy Sowa sięgała po kolejne ciastko, młody mecenas szukał zaginionego dokumentu. Zanurkował pod biurko, zaglądał do szuflad, a jego nienaganna fryzura co chwilę ukazywała się to zza jednego, to zza drugiego stosu segregatorów.

Jest! – zawołał w końcu triumfalnie, wymachując kartką w powietrzu. Położył ją na jedynym pustym miejscu na blacie. Spojrzał na milczącą Sowę z uwagą i usiadł w skórzanym fotelu. – Przemyślałem jeszcze raz sprawę twojego spadku i mam naprawdę dobre wieści.

– Nie interesują mnie twoje dobre wieści, ponieważ nie będziesz zajmował się tą sprawą – odpowiedziała Aleksandra. Odstawiła filiżankę na spodek. – Zabieram tylko tę umowę i będziesz mógł w spokoju prowadzić swoje biznesy z dala ode mnie.

Continue Reading

52. Wynik wcześniejszych miłości

Kiedy w słuchawkach zabrzmiały pierwsze dźwięki Buena Vista Social Club, Karolina aż wyprostowała się w fotelu. Patrząc przez okno autobusu pędzącego czeską autostradą widziała tylko przesuwające się hipnotycznie ekrany dźwiękowe, więc obudzona z podróżnego otępienia nie była w stanie stwierdzić, gdzie się w tej chwili znajduje. Tropikalne nuty w jej uszach zupełnie nie pasowały do asfaltu, mijania ciężarówek jadących na zachód ani do nieba, które wyglądało jak przykryte płachtą matowej blachy. 

Dziewczyna uśmiechnęła się do siebie, gdy piosenka przeszła w dobrze znany refren. Uspokojona, wtuliła się w powieszoną na haczyku kurtkę. Jej wzrok leniwie błądził po mijanych panelach odgradzających drogę od świata. Właśnie tak czuła się jadąc gdzieś daleko: jakby czas spędzony w trasie był wyrwany z kontekstu, nienależący do żadnej innej linearnej ciągłości. Co prawda te godziny nie były produktywne i niewiele mogła z nimi zrobić, ale właśnie to uważała za wartość. Jej uwaga przeskakiwała z jednego punktu do drugiego z radością i bez planu, jakby umysł był psem spuszczonym ze smyczy. 

“To przez Damiana zaczęłam słuchać Buena Visty – pomyślała Karolina. Palcami ręki zaczęła nieświadomie wystukiwać rytm piosenki. – Kiedy on się w ogóle pojawił w moim życiu?…”

Continue Reading

51. Warzywa sezonowe

Minister wzruszył ramionami. Ten ruch sprawił, że uniósł się i opadł drogi garnitur, znad którego wystawała okrągła głowa. Mężczyzna odszukał wzrokiem radiowy mikrofon ubrany w kolorową gąbkę, a potem popatrzył z melancholią w przestrzeń ponad głową Gosi.

– Wie pani co – westchnął ciężko. – Ja bym mógł udzielić bardzo wyczerpującej odpowiedzi na pani pytanie. Ale nie udzielę.

Gosia poczuła, jak na jej karku pojawiają się zimne kropelki potu. Polityk jeszcze raz ciężko westchnął nad mikrofonem. Jego wzrok nadal błądził po ścianie za plecami młodej dziennikarki, która celowała w niego narzędziem pracy. 

– Czyli decyzja ministerstwa zależy wyłącznie od postanowień pana prezydenta w kwestii oczyszczalni? 

– Mógłbym powiedzieć, że tak – zamyślony minister przeniósł wzrok na rozmówczynię. Zanim dokończył, uśmiechnął się nieszczerze. – A mógłbym powiedzieć, że nie. Dziękuję. Do widzenia.

Zanim dziewczyna zdążyła zrobić kolejny ruch, towarzyszący politykowi tłumek asystentów oraz współpracowników ruszył naprzód. Zepchnęli Gosię pod ścianę, po czym szemrząc i lekko wymachując ważnymi teczkami odeszli w stronę wejścia do gabinetu, w którym ministra miał przyjąć prezydent. 

Dziewczyna wyłączyła nagrywanie. 

Rozejrzała się po korytarzu w Urzędzie Miasta. Wszystko wskazywało na to, że tej wypowiedzi nie da się puścić w radiu. Poczuła jak wibruje jej telefon i wolną ręką sięgnęła do kieszeni płaszczyka.

– No hej, co tam?

– Nagrywasz coś wiekopomnego w okolicy rynku? – w słuchawce odezwał się głos Sowy, wyraźnie zniecierpliwionej. – Potrzebuję szybkiej kawy.

Gosia spojrzała na zegarek. 

– Ale to musi być bardzo szybka kawa. Jak pendolino. Jestem w dupie z materiałem.

– Dobrze, jakakolwiek będzie wspaniała. Czekam na ciebie przy kwiaciarniach. Wezmę nam na wynos. No. Widzimy się za chwilę.

Continue Reading

50. Sowa krzyczy

Kilkunastoletnia Aleksandra Sowińska-Hegenbarth bardzo chciała krzyknąć. 

Z głębi swojej duszy, z samego środka gniewu, z tej niepojętej, ponurej mgławicy pełnej rozbłysków i wybuchów, którą codziennie nosiła w sobie. Miała wrażenie, że wszyscy wokół widzą, jak ten krzyk więźnie jej w gardle, jak przydusza ją systematycznie dzień po dniu. Jednak za każdym razem, gdy wreszcie decydowała się wydobyć z siebie choć trochę niekontrolowanego dźwięku, nie umiała tego zrobić.

Nie wahała się mówić stanowczym tonem. Śmiała się głośno. Grała przecież na flecie poprzecznym, co wymagało jej wytężonej pracy nad oddechem. Jedyne, czego nie mogła zrobić, to głośno krzyczeć.

Stara kamienica na Chopina miała w tym czasie swoje tajemnice a jedną z pilniej strzeżonych przed dziećmi był jej strych. Na trzynaste urodziny Sowa dostała od rodziny przywilej zorganizowania na wielkim poddaszu imprezy urodzinowej dla swoich znajomych. Wysprzątane z kurzu podłogowe deski prezentowały się znakomicie, przytargane poduszki i pufy do siedzenia mieniły się kolorami a z zabytkowych belek dachowej konstrukcji zwieszały się lampki, tworząc bardzo przyjemny klimat. Impreza udała się wspaniale, dziesięcioro nastolatków wygłupiało się i głośno słuchało muzyki całą noc. Jak zwykle w takich chwilach, zdawało się, że tak dobrze będzie już zawsze.

Niedługo potem świat zafundował Sowie kilka ciosów naraz. Dziadek Hegenbarth w testamencie zapisał jej całą kamienicę, tata ciężko zachorował i za kilka miesięcy podążył śladem dziadka a reszta wydarzeń zdawała się już być tylko efektem domina. 

Mama, po pozbyciu się większości majątku córki, postanowiła wyjechać do Kanady, jednak zbuntowana Sowa nie zamierzała opuszczać Torunia. Jako pełnoletnia już maturzystka mogła decydować o sobie. Nigdy nie przestała się zastanawiać, czy korzystając wtedy z prawa do autonomicznego wyboru, paradoksalnie nie zamknęła sobie kilku drzwi. 

Sowa stała teraz przed drzwiami na strych, obracając klucz w rękach. Myślami była przy tamtej dziewczynie, ubranej od stóp do głów na czarno. W swoje dziewiętnaste urodziny weszła do środka, najpierw oczywiście kopiąc w drzwi. Zdawało się, że mgławica gniewu i żalu skumulowana w jej duszy zaraz wybuchnie. Stare urodzinowe lampki nadal wisiały na belkach, odgarnęła je wściekłym ruchem ręki. Stanęła pośrodku zakurzonej podłogi. Rozejrzała się wokół nerwowo, jakby ktoś mógł podglądać ją zza kartonów czy połamanych mebli. Nabrała w płuca chłodnego powietrza. Położyła obie dłonie na brzuchu, na wysokości przepony. Teraz musi się udać. Nie dam rady już trzymać. Muszę to zrobić.

I krzyknęła. 

Continue Reading

Wydajmy razem powieść „Kryzys Ćwierćwiecza!”

Najlepsze wieści dla czytelniczek i czytelników Kryzysu!

Oto każde z was może przyczynić się do wydania papierowej wersji powieści. Główną nagrodą za wsparcie jest oczywiście książka, ale wszystkim wspierającym polecam zapoznać się z pełną listą nagród, bo jest w czym wybierać.

Więcej informacji o zbiórce i o nagrodach znajdziecie na stronie kampanii crowdfundingowej: wspieram.to

A jeśli jeszcze potrzebujecie słowa zachęty, obejrzyjcie jak opowiadam o moim największym marzeniu!

Buziaki

Autorka Kryzysu Ćwierćwiecza,
Kasia Rożek

 

49. Ostatnia partyjka

– To co ty właściwie teraz robisz ze swoim życiem? – Gosia podała Karolinie kolejny karton wypakowany książkami z historii sztuki.

Blondynka przechwyciła pakunek. Perfekcyjnie wymierzonym ruchem załadowała pudło do bagażnika dużego samochodu. Wcisnęła je pomiędzy pościel a trzy inne kartony. W bagażniku nie został nawet milimetr wolnej przestrzeni. Patrząc na ten idealny tetris Karolina uśmiechnęła się szeroko.

– Wiozę życie do domu – odpowiedziała. 

– A za tydzień wywozisz je za granicę, tak?

Gosia podniosła z ziemi doniczkę z ulubionym fikusem swojej przyjaciółki. Niezależnie od tego, ile dni Karoliny nie było w mieszkaniu na Chopina, roślinka przetrzymała wszystko. Wcześniej bez specjalnej troski hodowany przez jakąś koleżankę w akademiku, fikus kilka razy spadał z półki, bywał oblewany różnymi płynami, podgryzany przez zwierzaki, ale przetrwał każdą niegodną sytuację. Podczas nieobecności współlokatorki Sowa podlewała doniczkę i czasem mówiła do fikusa kilka słów, więc miał nawet okazję poczuć się zaopiekowany. 

– Och, fikusie ty mój! – Karolina przejęła podaną przez Gosię roślinę. Dotknęła piegowatym nosem jego liści. – Teraz przejedziesz się ze mną na drugi koniec Polski. Bo muszę być odpowiedzialna chociaż za ciebie. Za siebie jestem mniej, więc niech chociaż twoje życie będzie w miarę poukładane.

– Co ty gadasz – brunetka odsunęła się nieco od bagażnika, gdy przyjaciółka sięgała po jego uchwyt jedną ręką. – Przecież to jest dobra zawodowo decyzja, żeby jechać na te konserwatorskie przygody. Co właściwie będziesz tam robić? Mathis coś ci zdradził?

Karolina z troską załadowała fikusa do samochodu, posadziła go na siedzeniu pasażera i zablokowała dwoma pudłami, żeby się nie przewracał. Dopiero wtedy odwróciła się w stronę Gosi.

– Nie mam żadnej pewności, że nauczę się w tych Niemczech czegoś potrzebnego mi w zawodzie oprócz języka. Ale to fajny region, południe, już jest inny klimat i ludzie bardziej wyluzowani.  Niedaleko gór. Nawet, jeśli zawodowo mnie to siedzenie na rusztowaniu niczego nie nauczy, to chociaż będę mogła sobie pozwiedzać. Projekt jest unijny i trwa pół roku. Dobrze się na coś takiego załapać. Wszyscy moi znajomi Erasmusi klaskaliby z radości słysząc, że po latach wożenia im tyłków po Polsce w końcu sama się zdecydowałam wyjechać. Może ich nawet  odwiedzę, zdaje się, że ktoś tam w okolicy mieszka z tej ekipy, którą poznałam na imprezach w Poznaniu.

Gosia pokiwała głową ze zrozumieniem. Spojrzała na zapakowany po dach samochód, którym przyjaciółka przyjechała ze Szklarskiej Poręby do Torunia. Westchnęła głęboko.

– To co, najpierw idziemy z Sową na miasto coś zjeść, a potem po jednej partyjce wszystkich gier jakie mam? – Karolina uśmiechnęła się szeroko. – Dzisiaj mam zamiar wygrać w każdą.

Brunetka przez chwilę milczała. Nostalgia nieuchronnie rozlewała się po jej sercu, ale hasło wywołujące u niej gen rywalizacji natychmiast rozwiało chmurę czarnych myśli. 

– Chyba śnisz. To, że zawsze zaczynasz w pociągi nie oznacza, że masz taryfę ulgową.

Continue Reading